Nowy numer 32/2020 Archiwum

Modlitwy nie da się rozstrzelać

W Rio de Janeiro zamiast wylegiwać się na plaży Copacabana, lepiej iść na plac Paulo de Fronti, gdzie Doris Hipolito z 30-osobową grupą kobiet z Legionu Maryi modli się w intencji nienarodzonych. Kilka lat temu strzelano do nich z zaciemnionego samochodu, ale się nie przestraszyły.

Doris ma 48 lat, a od 18 w Rio de Janeiro ratuje poczęte dzieci przed aborcją. Nie przez przypadek podczas wystąpienia w brazylijskim parlamencie przypomniała słowa Martina Luthera Kinga, że do zwycięstwa zła wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili. Dlatego zajmuje się tysiącem spraw. W 1998 r. powołała Narodowe Stowarzyszenie Kobiet za Życiem. Stworzyła dom wsparcia dla samotnych matek. Codziennie osobiście i przez telefon przekonuje kobiety zamierzające zabić swoje poczęte dzieci, żeby tego nie robiły. Rozmawia z politykami, aby zmienić zapisy legislacyjne dotyczące obrony życia. Trzech z nich wytoczyło jej procesy. Między innymi poseł Chico Alencar – dlatego, że podała do publicznej wiadomości jego nazwisko z komentarzem, że popiera mordowanie nienarodzonych. A 13. dnia każdego miesiąca, w dzień objawień fatimskich, idzie na plac Paulo de Fronti. Często powtarza słowo bebe, co po portugalsku znaczy dziecko. – Każde urodzone dziecko to dla mnie radość – mówi. – Mam świadomość, że mogło znaleźć się na śmietniku, a teraz się śmieje, patrzy na gwiazdy na niebie.

Strzały do klęczących
Ten krytyczny moment ostrzału modlących się na placu Paulo de Fronti zdarzył się po tragicznej śmierci lekarza z Korei Południowej, który przyjechał do Brazylii, żeby szybko się wzbogacić na zabijaniu poczętych dzieci. Został współwłaścicielem dwóch klinik w strefie południowej Rio, a właścicielem jednej w dzielnicy Rio Paduna, w strefie północnej. We wszystkich zabijano poczęte dzieci. Któregoś dnia trafił na wykład Doris przez jedną ze swoich pielęgniarek. Wyświetlała właśnie słynny film „Niemy krzyk”. „Ona broni życia, a tu przychodzi aborcjonista” – narzekali zebrani. Po projekcji przyszedł do niej i powiedział, że kończy z zabijaniem, a 13 stycznia na placu Paulo de Fronti złoży świadectwo.

27 grudnia nieznani sprawcy zamordowali go we własnym domu dwoma strzałami w tył głowy. – Prasa pisała, że dokonywał aborcji, a po obejrzeniu „Niemego krzyku” zwariował i sam się zastrzelił – opowiada Doris. Ale ona wie, że to nie było samobójstwo, lecz morderstwo. – 13 stycznia poszliśmy na ten plac – pamięta. – W pewnej chwili poczułam, że piątą dziesiątkę Różańca musimy odmawiać na klęcząco. Kiedy już klęczeliśmy, pojawił się czarny samochód z przyciemnionymi szybami, objechał plac, a zza odsuniętej szyby wysunęła się lufa karabinu. Między nas zaczęły padać strzały na postrach. Córka Aline przytuliła się do niej przestraszona i spytała, czy to petardy. Doris potwierdziła, bo nie chciała, żeby mała wpadła w panikę. – Tamtego dnia spytałam, czy ludzie wiedzą, że modląc się, mogą stracić życie – opowiada. – Wszyscy uznali, że z tego nie zrezygnują. I ta modlitwa trwa do dziś, nie tylko w Rio.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama