Nowy numer 33/2018 Archiwum

Korek w sercu

Już od ponad 20 lat specjaliści z Kliniki Wrodzonych Wad Serca i Kardiologii Dziecięcej w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu nieoperacyjnie leczą wrodzone wady serca u noworodków, dzieci, ale i dorosłych.

To prawdziwa rewolucja w terapii wad serca. Chorym nie otwiera się klatki piersiowej, nie tnie mostka, nie zakłada drenów ani nie wprowadza krążenia pozaustrojowego. Śladem po operacji jest jedynie mała dziurka w skórze prawej pachwiny, przez którą do żyły udowej wprowadza się cewnik. Po zabiegu pacjent zwykle opuszcza szpital po dwóch, trzech dniach. Zabrzański zespół pod kierownictwem prof. Jacka Białkowskiego należy do światowej czołówki, jeśli chodzi o doświadczenie w wykonywaniu tych niezwykle precyzyjnych zabiegów. Mówi się, że tutejsi kardiolodzy posiadają mistrzowskie zdolności manualne. Warto wiedzieć, że na ten zabieg bez skalpela mogą zgłaszać się do Zabrza chorzy z całego kraju. – Kolejki są niedługie, a chorzy z rozpoznaniem PFO (przetrwałego otworu owalnego), ze względu na możliwość komplikacji neurologicznych, takich jak udar, przyjmowani są z marszu – mówi prof. Białkowski. Dobrze, żeby byli tego świadomi zainteresowani, u których rozpoznano wadę serca, bo niektórzy lekarze w kraju nie informują o możliwości nieoperacyjnego leczenia, ale przesyłają na zabiegi kardiochirurgiczne.

Ręce i głowa
Niezwykła zręczność lekarzy polega na tym, że operują z zewnątrz ciała chorego. Przez otwór w tętnicy udowej wprowadzają plastikową rurkę zakończoną dopasowującym się do ubytku w sercu amplatzerem, nazywanym przez lekarzy „korkiem”. Ten implant wykonuje się z tzw. nitinolu, czyli stopu obojętnych dla organizmu ludzkiego niklu i tytanu. Ma on unikatową cechę zapamiętania pierwotnego kształtu zadanego mu w wysokiej temperaturze i jest rozciągliwy. Wędruje aż do serca i tam odpowiednio dostosowując się, zamyka „dziurę”. Podczas zabiegu lekarze nachylają się nad chorym, ale tak naprawdę śledzą drogę cewnika na ekranach monitorów. – Ważniejsze od tego, co w ręce, jest to, co dzieje się w głowie operującego – mówi prof. Białkowski. – Mu-si cały czas nadzorować „akcję”.

Dlatego każdy dokonujący zabiegu kardiolog musi do perfekcji opanować kierowanie cewnikiem wewnątrz wąskich naczyń krwionośnych, by nie przedziurawić ich ściany i trafić przez zastawki do przedsionka albo komory maleńkiego serduszka. Bo najczęstszymi pacjentami są właśnie dzieci, nawet tuż po urodzeniu. Ale też dorośli, po czterdziestce, a nawet po sześćdziesiątce. Otwory w przegrodzie międzyprzedsionkowej trudno wykryć. Często chore dzieci nie skarżą się na większe dolegliwości. Dopiero w miarę upływu lat, już u dorosłych, pojawia się niepokojące poszerzenie prawego przedsionka i komory, nawracające infekcje oddechowe, a nawet zaburzenia rytmu serca (np. migotanie przedsionków). Wady diagnozuje się echokardiograficznie, czasami z zastosowaniem sondy. Pacjent połyka rurkę z monitorkiem, który śledzi budowę serca od „wewnętrznej” strony.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama