Nowy numer 48/2020 Archiwum

Mauro też człowiek

Czy Polak może popierać kandydaturę Włocha na szefa Parlamentu Europejskiego?

Jeśli po wyborze nowego przewodniczącego nad budynkiem PE w Strasburgu nie pojawi się biały dym, to chyba tylko z szacunku dla pierwszeństwa watykańskiej tradycji. Zainteresowanie, jakie towarzyszy rywalizacji o kierowanie PE, przypomina czasami temperaturę oczekiwania na formułę „Habemus papam”. Nawet przekupki na targu z przejęciem mówią o „tym Buzku, co ma Unią rządzić”. To naturalne, że jako Polacy kibicujemy Jerzemu Buzkowi. W polskich mediach jednak zabrakło trochę życzliwej prezentacji kontrkandydata Buzka. Włoch Mario Mauro tylko dlatego przegrywa w naszych oczach, że... nie jest Polakiem. Tymczasem wszystkie inne cechy powodują, że jest równie dobrym kandydatem na to stanowisko. A ponieważ szefowanie PE to nie sprawa powodzenia jednego kraju, tylko całej Unii, trzeba umieć postawić także pytanie: czy czasem nie lepszym?

Dewot w polityce
Włoski polityk urodził się w 1961 roku w San Giovanni Rotondo, siedem lat przed śmiercią ojca Pio. Studia z filozofii i literaturoznawstwa ukończył na Katolickim Uniwersytecie Najświętszego Serca w Mediolanie. Od 10 lat bez przerwy zasiada w ławach PE. Jest członkiem centroprawicowej partii Lud Wolności, która w PE wchodzi w skład – podobnie jak PO i PSL – Europejskiej Partii Ludowej. Jak mawiają nawet niechętni Włochom, Mauro jest najbardziej pracowitym włoskim europosłem. Od lat związany z katolickim ruchem Komunia i Wyzwolenie, zyskał też zaufanie włoskiego episkopatu dzięki swoim staraniom o równouprawnienie szkół katolickich i możliwości otrzymywania przez nie dotacji z budżetu państwa. To właśnie nieukrywany związek z Kościołem stał się dla lewicowych europosłów powodem do krytyki jego kandydatury (choć pełnił już funkcję jednego z 14 wiceprzewodniczących). „Jest zbyt pobożny”, padały argumenty. „To człowiek Watykanu”, dodawali inni. Oliwy do ognia dolał Mauro stwierdzeniem, że dwanaście gwiazd na fladze Unii Europejskiej symbolizuje Matkę Bożą. Kiedy w 2006 roku Parlament Europejski przegłosował rezolucję o homofobii, nie krył wstydu, że ta instytucja naraża na szwank swoje dobre imię. Rezolucję nazwał wtedy „hymnem pochwalnym na rzecz niszczenia wartości”. Nieraz dawał sygnały, że jest wyjątkowo wrażliwy na punkcie kulturowej tożsamości Europy. „Europa musi bronić swojej chrześcijańskiej tożsamości i korzeni, inaczej przestanie być Europą”, mówił. I dodawał, że grozi nam „totalitarna laicka dyktatura”.

Co grozi Europie?
W 2006 roku Mario Mauro ostro skrytykował europosłów za ich postawę wobec chrześcijaństwa. Oskarżył ich o mylenie religii z fundamentalizmem. „Przez ponad 10 ostatnich lat Parlament Europejski, przy ponad 30 okazjach, oskarżył Kościół katolicki i Kościół prawosławny o pogwałcenie praw człowieka, ale ani razu nie wystosował podobnych oskarżeń pod adresem takich państw jak Kuba czy Chiny”, mówił w jednym z wywiadów. Twierdził, że ataki, z jakimi spotyka się Kościół, są zagrożeniem dla Unii Europejskiej. „Niektóre kraje próbują budować społeczeństwo bez Boga. Ci, którzy sprzeciwiają się udziałowi Kościołów w europejskim życiu publicznym, mogą stać się źródłem destrukcji projektu zjednoczonej Europy”, prorokował Mauro. Mauro był także jednym z autorów rezolucji Parlamentu Europejskiego potępiającej prześladowanie chrześcijan, głównie w Afryce i Azji. „Dziękuję wam za głosowanie za rezolucją”, powiedział potem europosłom. „Dzisiaj Parlament Europejski dał ważny sygnał o politycznej i kulturowej wymowie, odcinający go od świeckiego fundamentalizmu, o który Europa jest coraz częściej oskarżana”. Natomiast w styczniu tego roku, w wywiadzie dla „L’Osservatore Romano”, oświadczył, że za swoją misję uważa zapobieganie dyskryminacji chrześcijan. Trudno się dziwić, że socjaliści nie potrafią sobie wyobrazić włoskiego polityka na stanowisku szefa Parlamentu Europejskiego, który dla nich jest nierzadko instrumentem walki o Europę wolną od „religijnych zabobonów”. Także w samej Europejskiej Partii Ludowej, rodzimej frakcji centroprawicowej, nie każdemu odpowiada radykalizm jego poglądów. Choć wszyscy przyznają, że jest w tych poglądach uczciwy, a do tego ma opinię wielkiego euroentuzjasty i sumiennego europosła (sprawdziliśmy – 87-procentowa obecność w minionej kadencji).

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także