Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wyrok z happy endem

Jednych ogranicza wózek, drugich więzienne kraty. Jest taki dom, w którym mogą się spotkać.

Przeżyłem tydzień, który wniósł do mojego życia więcej niż 25 lat – napisał w świadectwie wolontariusz Krzysztof Maliszewski. Wolontariusz bardzo nietypowy. Jeszcze niedawno jego adresem była ul. Lipowa 21 w Głogowie, czyli zakład karny. Na wiosnę po raz pierwszy z innymi więźniami trafił na tydzień na ulicę ul. ks. Prałata Luigi Novarese 2, patrona wspólnoty Cichych Pracowników Krzyża, która prowadzi głogowski Dom Uzdrowienia Chorych. Od 2004 r. odbywają się tu 14-dniowe turnusy rekolekcyjno-rehabilitacyjne. Ich celem, jak zauważa przełożony głogowskiej wspólnoty ks. Janusz Malski, jest odnalezienie sensu życia naznaczonego chorobą, a także odzyskanie wiary w swoje możliwości duchowe i twórcze.

Tu każdy jest równy
Na turnus można przyjechać z opiekunem, ale nie zawsze jest to możliwe. Duszpasterz osób niepełno-sprawnych archidiecezji gdańskiej ks. Stanisław Łada, należący także do wspólnoty Cichych Pracowników Krzyża, zaproponował, aby skorzystać z pomocy więźniów. Na pierwszym turnusie Krzysztof Mali-szewski był opiekunem poruszającej się na wózku, chorej na stwardnienie rozsiane Elżbiety Staszewskiej z Gdańska. Pani Barbara uważa, że zaangażowanie więźniów przy wolontariacie to strzał w dziesiątkę. – To lepsze niż jakakolwiek resocjalizacja. Krzysztof miał oczy dookoła głowy, jak zobaczył, że ktoś potrzebuje pomocy, to biegł i pomagał. Teraz jest już na wolności i niedawno mnie odwiedził. Dostał mieszkanie, pracuje i na nowo układa sobie życie – mówi pani Barbara.

Po pierwszym turnusie rozpoczęto stałą współpracę. Kilku więźniów przychodzi tu także w ciągu tygodnia. Wśród nich jest Sławek Wojtkiewicz. Pomaga chorym i zajmuje się domem. W jego życiu bywało różnie: głównie kradzieże i rozboje. To jego trzecia odsiadka. Do wolontariatu zachęcił go kolega. – Nigdy wcześniej nie byłem w takim miejscu. Bałem się kontaktu z ludźmi chorymi i niepełnosprawnymi, bo nie wiedziałem, czy sobie poradzę. Na pierwszych posiłkach, zamiast jeść, patrzyłem na siedzących dookoła ludzi. Człowiekowi w głowie się nie mieściło, ile jest chorób, a tutaj można zobaczyć je na własne oczy – opowiada Sławek. W zakładzie karnym pracował jako tapicer i otrzymywał za to wynagrodzenie. Woli jednak przychodzić tutaj, bo otrzymuje coś więcej niż pieniądze. – Czuję się tu potrzebny i jestem traktowany przez siostry, księdza jak jeden z nich. Nikt nie daje mi tu do zrozumienia, że jestem gorszy, bo jestem więźniem. Tu każdy jest równy – zapewnia.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama