Nowy numer 42/2020 Archiwum

Pracownik w kryzysie

Dla pracowników to nie będzie dobry rok. Raczej trzeba pożegnać się z myślą o kolejnych podwyżkach płac. Jedyne, co w tym roku może wzrosnąć, to bezrobocie. Pracę może stracić nawet 300 tys. osób.

W grudniu przybyło nam 76 tys. bezrobotnych, to prawie trzy razy więcej niż pod koniec 2007 r. Nie wiadomo, czy to efekt sroższej zimy, hamującej prace na budowach, czy też skutek światowego kryzysu. Ministerstwo pracy i polityki społecznej, do którego właśnie wpłynęły dane z 340 rejonowych urzędów pracy, jest ostrożne w ocenach. – Na przełomie roku bezrobocie zawsze lekko wzrasta – uspokaja minister pracy Joanna Fedak. – Rosnąca stopa bezrobocia, którą zaobserwowaliśmy w listopadzie i grudniu, może wiązać się z zakończeniem prac budowlanych, zastojem w turystyce, zakończeniem umów na czas określony w handlu.

Jest niedobrze, będzie gorzej?
Dane jednak nie są budujące. Grudzień na rynku pracy był najgorszy od czterech lat. Stopa bezrobocia, czyli liczba bezrobotnych w stosunku do aktywnych zawodowo, tylko w ciągu tego ostatniego miesiąca wzrosła z 9,1 proc. do 9,5 proc. To niby niewiele, ale trzeba pamiętać, że to dopiero wstępne dane i że dotyczą one tylko osób zarejestrowanych w urzędach pracy. Co prawda bezrobocie w Polsce i tak jest niższe niż na przykład we Francji czy na Węgrzech, czy też średnio w całej Unii Europejskiej, ale grudniowe wahnięcie wskaźników może oznaczać, że rynek pracy zaczyna reagować na kryzys gospodarczy. Na razie na kryzys zagraniczny – bo Polska gospodarka jeszcze trzyma się nieźle i co najwyżej można mówić o jej spowolnieniu (o kryzysie mówimy wtedy, gdy co najmniej przez dwa kolejne kwartały spada produkt krajowy brutto). – Prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski na ten rok wahają się od 3,8 proc. – według Komisji Europejskiej – do zaledwie 0,4 proc. według analityków BNP Parias – mówi Jarosław Górski, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Wynika z tego, że również skala wzrostu bezrobocia jest trudna do oszacowania. To, że ten wzrost nastąpi, jest w zasadzie nieuniknione.

Zdaniem Jarosława Górskiego, już teraz przedsiębiorstwa mają coraz większe problemy ze zbytem na rynkach zagranicznych. Rynek krajowy traci chłonność, bo konsumenci w obawie przed spadkiem dochodów albo utratą pracy zaczynają oszczędzać, a zatem mniej konsumują. Trudniejszy dostęp do kredytów powoduje, że przedsiębiorcy ograniczają inwestycje – nie ma więc nowych miejsc pracy. Część rozpoczętych inwestycji może okazać się nierentowna, gdyż zmieniają się warunki popytu. To znaczy, że firma, która zainwestowała w zwiększenie produkcji, może mieć problemy ze sprzedażą swoich towarów. W tak niepewnej sytuacji gospodarczej zwiększa się też ryzyko upadłości przedsiębiorstw – już teraz część z nich ratuje się tzw. kredytem kupieckim, czyli bardzo wydłużając okres płatności wobec swoich partnerów handlowych. Te sygnały źle wróżą na najbliższe miesiące. – Obserwujemy spadek sprzedaży hurtowej w takich działach, jak motoryzacja, sprzęt gospodarstwa domowego, meble – wymienia wiceminister Czesława Ostrowska. – Nie widać jeszcze spadku w sprzedaży detalicznej, bo klienci nadal kupują lodówki, samochody i meble. Oznacza to jednak, że w nadchodzącym roku właśnie te branże mogą mieć problemy z utrzymaniem produkcji, a co za tym idzie – także zatrudnienia.

Problemy mają nie tylko firmy produkujące na eksport oraz ich partnerzy. Według ankiety Business Centre Club, przeprowadzonej w grudniu ub.r., aż 83 proc. badanych firm odczuwało już skutki światowego kryzysu, a 93 proc. przedsiębiorców bało się nadchodzącego roku. Pesymistyczne nastroje przedsiębiorców widać już w urzędach pracy. W ub. roku wpłynęło do nich o 100 tys. mniej ofert pracy niż w poprzednim roku, co znaczy, że pracodawcy wstrzymują się z zatrudnianiem nowych osób.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama