Nowy numer 48/2022 Archiwum

Sportowiec to świetny wzór

O wychwytywaniu sportowych talentów, popularności koszykówki i kolejnym przedłużeniu ważności bonu turystycznego mówi minister Kamil Bortniczuk.

Jakub Jałowiczor: Po Adamie Małyszu mamy całe pokolenie dobrych skoczków. Teraz będziemy potęgą koszykarską i tenisową?

Kamil Bortniczuk: Mamy wiele przykładów, jak jednostkowe sukcesy potrafiliśmy przekuć w systemowe rozwiązania, które generowały kolejne osiągnięcia. Tak było nie tylko z Adamem Małyszem, ale również z siatkówką czy piłką ręczną. Jestem przekonany, że z piłkarzami ręcznymi już niebawem wrócimy na szczyt popularności. Pierwszy sprawdzian czeka nas w styczniu 2023 r., podczas mistrzostw świata, które współorganizujemy ze Szwecją. Życzyłbym sobie, żeby podobnie było z polskim tenisem po spektakularnych, historycznych sukcesach Igi Świątek, a także z polską koszykówką – drugą pod względem popularności, po piłce nożnej, dyscypliną zespołową na świecie. Myślę, że fakt, iż koszykówka była w Polsce w ostatnich latach stosunkowo mało popularna, to raczej kończący się właśnie epizod.

Naprawdę? Koszykówka była mocno promowana w latach 90., jej popularność nie potrwała jednak długo.

Sport ten rzeczywiście był popularny, byłem wtedy nastolatkiem i pamiętam pełne boiska koszykarskie. To zainteresowanie wynikało z tego, że mecze NBA były pokazywane w publicznej telewizji w atrakcyjnej porze. Niestety, nie udało się wtedy stworzyć odpowiednich rozwiązań systemowych. Teraz zadaniem moim i prezesa Polskiego Związku Koszykówki jest to, żeby sukces odniesiony na ostatnim Eurobaskecie zaowocował właśnie takimi rozwiązaniami. Mamy już trochę osiągnięć w tym zakresie, bo nie jest tak, że szkolenie młodzieży zostało zupełnie zaniedbane. Liczę, że obecny sukces przełoży się na to, iż za 10–15 lat o sile polskiej kadry narodowej będą decydowali chłopcy i dziewczęta, którzy postanowili zająć się tym sportem po odnoszonych dziś przez naszych zawodników sukcesach.

Jakie to rozwiązania? Coś w rodzaju orlików?

Koszykówkę uprawia się na boiskach i w halach wielofunkcyjnych, a wchodzimy właśnie w największy program infrastrukturalny w historii Polski – budowy hal o lekkiej konstrukcji, które będą mogły być wykorzystywane także do gry w koszykówkę. Drugi bardzo ważny krok to system identyfikacji sportowych talentów. Wprowadzamy go właśnie pilotażowo w polskich szkołach, wzorując się na Słoweńcach. Każde polskie dziecko chodzące do szkoły będzie objęte systemem testów, a wyniki trafią do bazy, do której dostęp będą miały związki sportowe, także koszykarski. Analizując np. wzrost ucznia w powiązaniu z szybkością i skocznością, związki będą mogły wskazać uzdolnione dziecko z predyspozycjami do uprawiania w przyszłości koszykówki na wysokim poziomie. Oczywiście kluby muszą dysponować funduszami i możliwościami, żeby dzieci trenujące koszykówkę przyjąć. Warto przywołać świeży przykład z Lublina, gdzie w ciągu kilkudziesięciu godzin po meczu ze Słowenią do klubu zgłosiło się 120 dzieciaków chcących trenować koszykówkę. Naszym zadaniem jest to, żeby ten zapał wykorzystać i żeby ani Polskiemu Związkowi Koszykówki, ani klubom nie zabrakło finansów, by o te dzieci zadbać.

Czyli jeśli poślę dziecko do szkoły, to informacja o jego wyniku w skoku wzwyż trafi do jakiejś bazy?

Tak. Będą to cztery testy określone przez metodyków badających podstawowe, poza wzrostem i wagą, wskaźniki: skoczność, szybkość, wytrzymałość i siłę. Testy znajdą się w podstawie programowej, więc nauczyciele będą zobowiązani do tego, żeby raz w semestrze je przeprowadzić. W Ministerstwie Sportu i Turystyki zakupiliśmy już narzędzie informatyczne, które nieodpłatnie przekażemy szkołom biorącym udział w pilotażu. Wyniki każdego dziecka, oczywiście po zanonimizowaniu, będą wprowadzone do bazy danych, a następnie algorytm będzie wskazywał szczególnie uzdolnione dzieci. W ślad za tym związki sportowe czy kluby będą mogły przez szkołę uzyskać zgodę rodziców na kontakt i zaproponować dziecku dalszy rozwój w danej dyscyplinie sportu.

Tworzenie takiej bazy danych na temat każdego dziecka w Polsce brzmi trochę orwellowsko.

Nie widzę tu zagrożenia. Baza będzie anonimowa. Kiedy klub lub związek zainteresuje się konkretnymi wynikami, nie będzie jeszcze mieć dostępu do danych dziecka. Ponadto nie widzę zagrożenia w tym, żeby gromadzić dane na temat sprawności polskich dzieci, zwłaszcza w sposób zanonimizowany. W przyjętej metodyce dostrzegam za to wiele szans, choćby dla służby zdrowia. Dzięki budowanej bazie będziemy widzieli nie tylko to, jak się konkretne dziecko rozwija pod względem sprawności, ale i trendy pokoleniowe – jak wypadną czwartoklasiści w skali kraju, województwa i powiatu teraz, a jak za 10 lat.

Tylko czy ma sens łączenie zajęć z WF ze sportem zawodowym, gdzie już nastolatkowie trenują po kilka godzin dziennie?

To nie jest łączenie WF ze sportem zawodowym. To wykorzystanie tych zajęć, czyli czegoś, co jest powszechne i służy zdrowiu publicznemu, sprawności polskich dzieci i przez to całego społeczeństwa, do tego, żeby bez wielkich kosztów i nakładu sił – bo mówimy o czterech testach raz na pół roku – wyłowić dzieci mające predyspozycje do uprawiania sportu, nawet w najmniejszej miejscowości, gdzie normalnie nie byłoby na to szans.

Dofinansowanie budowy kortów też ma pomóc wyłowić talenty?

Dziecku, u którego zauważono predyspozycje do uprawiania sportu i które chce to robić, trzeba zaproponować ścieżkę rozwoju, ale celem nadrzędnym jest zdrowie wszystkich dzieci, czyli de facto całego społeczeństwa. To szczególnie ważne w kontekście współczesnych zagrożeń. Myślę o takich sposobach spędzania wolnego czasu przez dzieci, które z jednej strony rozwijają intelektualnie, ale często są też dużym zagrożeniem. Media społecznościowe, w które dzieci tak bardzo się angażują, to prawdziwe rozpraszacze. Z tego powodu wielu uczniów nie potrafi się skupić na dłużej niż kilka minut, są też przez to dużo mniej aktywni fizycznie. Prowadzi to do uzależnień czy np. problemów z otyłością przynoszących w konsekwencji wiele negatywnych skutków, z którymi jako minister sportu i turystyki czuję się w obowiązku walczyć.

Sportowcy dwudziestolecia międzywojennego to prawdziwa galeria chwały: weterani wojny polsko-bolszewickiej, konspiratorzy, partyzanci. Jeśli spojrzymy na współczesny, skomercjalizowany sport, to – powiedzmy to jak najdelikatniej – nie wiem, czy galeria byłaby bardziej chwalebna niż w przypadku introligatorów, szewców albo zegarmistrzów.

Ale dlaczego odejmuje pan chwałę introligatorom, szewcom czy zegarmistrzom z okresu przedwojennego? Wielu z nich walczyło w I wojnie światowej, a potem angażowało się w konspirację, to były takie czasy. Nie życzę dzieciom, żeby musiały walczyć albo konspirować – i to nasze zadanie, żeby tak nie było. Każdy czas ma swoich bohaterów. Myślę, że zawodowy sportowiec, który świetnie się prowadzi, trzyma dietę, reżim treningowy i osiąga sukcesy – jak Robert Lewandowski czy Iga Świątek – to wspaniały wzór dla młodzieży, choćby w kontekście zagrożeń, o których mówiłem.

Zmieńmy temat. Przed covidem i lockdownami można było liczyć kolejne miliony turystów z zagranicy odwiedzających Polskę. Z roku na rok było ich coraz więcej. Widzimy, jak jest teraz. Wrócimy kiedykolwiek do wyników sprzed 2020 roku?

Myślę, że wrócimy. Przekierowaliśmy ogromne strumienie turystów polskich z rynków zagranicznych na rynek polski i o ile wiem, zakończony właśnie sezon był jednym z rekordowych. Plaże były pełne, obiekty podobnie, niezależnie od negatywnych zjawisk – covidu i wojny. Zdecydowanie pomógł ożywić popyt Polski Bon Turystyczny, który ma ogromną wartość społeczną, bo dzięki niemu wiele polskich rodzin mogło sobie pozwolić na wspólne wakacje. Zyskała też krajowa branża turystyczna. Większym wyzwaniem jest przywrócenie na odpowiednie tory turystyki biznesowej i miejskiej, ale tendencja jest coraz lepsza. Niewątpliwie wojna nie pomaga, bo dla wielu ludzi jesteśmy krajem, za którego granicą toczy się konflikt zbrojny. Powoli turyści zaczynają przekonywać się jednak, że u nas jest bezpiecznie i warto odwiedzić Polskę, choćby na weekend.

Może musimy się przyzwyczaić do tego, że po Polsce jeżdżą Polacy, a Skandynawowie, z których żył Gdańsk, czy Niemcy we Wrocławiu to przeszłość?

Jestem przekonany, że sytuacja wróci do normy. A wielu Polaków, którzy nie mieli alternatywy i wyjechali w polskie góry czy nad morze, zobaczyło, że fajnie spędzić wakacje można nie tylko za granicą. Część zatęskniła za wycieczkami zagranicznymi i tak samo jest z zagranicznymi turystami w Polsce.

Jadąc na wywiad, widziałem na ulicy reklamę Saksonii, w telewizji reklamuje się Turcja, czasem Karyntia… Ile my wydajemy na podobną promocję za granicą?

Nasze wydatki na reklamę są na podobnym poziomie jak w przypadku innych europejskich organizacji turystycznych. Polska Organizacja Turystyczna, poza prowadzeniem kampanii z centrali, działa też przez stałe przedstawicielstwa w różnych krajach. Część promocji biorą na siebie samorządy zainteresowane tym, żeby turystę polskiego i zagranicznego skierować do ich gminy. Wiele kampanii realizowanych jest przy współpracy z placówkami dyplomatycznymi RP na świecie. Prywatni właściciele reklamują swoje ośrodki. Niemały w tym udział rządu, bo pomogły tarcze czy choćby wspomniany bon turystyczny, którego ważność została właśnie kolejny raz przedłużona. Z bonu można skorzystać do końca marca przyszłego roku.

Z tej kwoty, która została?

Oczywiście. To narzędzie, które generowało ruch w polskich obiektach turystycznych. Skoro rodziny dostały taki bon, to chciały go wykorzystać. Sam również skorzystałem, choć jeszcze nie w pełnym wymiarze.

Czy program będzie kontynuowany?

Kiedyś trzeba go zakończyć. Wydłużamy go o kolejne sezony turystyczne, tym razem o ferie zimowe. Ale to była pomoc celowana w pobudzenie rynku poszkodowanego ograniczeniami covidowymi. Teraz mamy za sobą rekordowe sezony. Po ograniczeniach szczęśliwie zostało nam już tylko wspomnienie. Możemy normalnie podróżować i spędzać przyjemnie wolny czas.

Ile jeszcze zostało do wydania?

Do tej pory z tytułu płatności Polskim Bonem Turystycznym do przedsiębiorców wpłynęły prawie trzy miliardy złotych, z czego niemal 500 mln zł w ciągu tegorocznych wakacji.

W niektórych miejscowościach naprawdę trudno znaleźć miejsce, gdzie bon jest honorowany.

W bazie przyjmujących płatności Polskim Bonem Turystycznym znajduje się ponad 28 tys. podmiotów, więc wachlarz miejsc jest bardzo szeroki. Przedsiębiorcy mają świadomość, że to rozwiązanie pozwala pozyskać nowych klientów. Być może w niektórych miejscowościach branża ma się na tyle dobrze, że – jak rozumiem – prywatni właściciele uznali, iż nie potrzebują już tego typu wsparcia. •

Kamil Bortniczuk

minister sportu i turystyki, od 2018 r. poseł, członek Partii Republikańskiej, a wcześniej Porozumienia, jeszcze jako poseł był piłkarzem GKS Głuchołazy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy