Nowy numer 5/2023 Archiwum

Święta góra Sobór

60 lat temu Kościół podjął ogromne dzieło, które przerosło przewidywania jego uczestników. Tak działa Duch Święty.

Wielka zmiana

Nie było dane Janowi XXIII doprowadzić dzieła do końca. Zmarł osiem miesięcy później, 3 czerwca 1963 roku. Obrady soboru zakończył w 1965 r. Paweł VI.

Wdrażanie podjętych tam uchwał okazało się trudnym procesem. W Polsce pod duchowym przewodnictwem kard. Wyszyńskiego odbywało się to powoli i harmonijnie, ale w niektórych krajach niewłaściwa interpretacja nauczania soborowego otwarła drogę do licznych nadużyć. Dziś krytycy soboru nadmiernie akcentują te błędy, nie przyjmując do wiadomości ogromu dobra, jaki przyniosły jego reformy. W środowiskach tych dominuje narracja o „zbójeckim soborze”, który jakoby uruchomił rujnujące Kościół mechanizmy i doprowadził go do obecnego kryzysu. Lekarstwem zaś na to miałby być powrót do „wspaniałych czasów” sprzed soboru. Jest to myślenie sentymentalne, przedstawiające Kościół przedsoborowy spowity dymem kadzideł, sprawujący wzorową liturgię przez zawsze prawych duchownych i obfitujący w niezliczone tłumy pobożnych wiernych. W rzeczywistości nie było tak różowo. Pomijając środowisko zbuntowanego abp. Marcela Lefebvre’a, nikt nie płakał „po Trydencie”. Jeśli dziś ktoś widzi to inaczej, to głównie z powodu nieznajomości tamtych realiów, w których także byli znudzeni i niedbali księża, też była bylejakość, były zgorszenia, zdrady i przestępstwa. Skostnienie i przywiązanie do starych form nie przystawały do zmieniającej się świadomości społeczeństw. To nabrzmiewało i można śmiało postawić tezę, że gdyby nie sobór, dziś byłoby znacznie gorzej, niż jest.

Dlaczego za falę odejść księży z kapłaństwa kilka lat po Vaticanum II wini się sobór? Jak to możliwe, że ci kapłani, ukształtowani przecież przed soborem, tak szybko odpadli? Czy nie dlatego, że nie spełnił on ich nadziei, na przykład na zniesienie celibatu?

Przyzwyczajeni do rzeczywistości, którą stworzyło Vaticanum II, na ogół nie zdajemy sobie sprawy z tego, co mu zawdzięczamy. Bez jego reform świadomość i zaangażowanie świeckich w życie Kościoła byłyby znacznie mniejsze. To sobór podkreślił, że świeccy są członkami Ludu Bożego na równi z duchownymi i mając udział w kapłańskiej, królewskiej i prorockiej misji Chrystusa, wraz z nimi są zobowiązani do budowania Kościoła. Bez postanowień soboru nie byłoby czynnego udziału świeckich w liturgii, nie byłoby obecnego otwarcia na Pismo Święte, nie byłoby dynamicznego rozwoju ruchów i wspólnot katolickich. To sobór, uznając, że poza widzialnym organizmem Kościoła katolickiego są „liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy”, umożliwił otwarcie na chrześcijan innych wyznań i wymianę dóbr duchowych, które, jak się okazało, także u nich obficie rozlewa Duch Święty.

Sobór wreszcie umożliwił dialog z wyznawcami innych religii, stwierdzając w deklaracji Nostra aetate: „Kościół nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte”. To była wielka zmiana w podejściu do tych, którzy znajdują się poza Kościołem. Pozytywnie wpłynęło to na wzajemne relacje, co jednocześnie wcale nie oznaczało rezygnacji z treści wiary katolickiej. Podkreślić bowiem należy, że Sobór Watykański II nie zmienił doktryny Kościoła, lecz sposób widzenia świata. To dzieło Ducha Świętego, który skłonił Jana XXIII do podjęcia dzieła soboru, a Pawła VI do jego dokończenia. Najbliżsi następcy na Stolicy Piotrowej przyjęli ich imiona na znak, że chcą kontynuować dzieło, które tamci podjęli. Znaczące, że dziś Kościół wszystkich czterech papieży czci jako świętych i błogosławionych.

Dobre drzewo – dobre owoce. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy