Nowy numer 48/2022 Archiwum

Franciszek Pieczka o Roratach, Drodze Krzyżowej i spotkaniu z Janem Pawłem II

Wybrane wypowiedzi zmarłego w piątek wybitnego aktora dla „Gościa Niedzielnego” i „Małego Gościa”.

Zmarły 23 września Franciszek Pieczka parokrotnie opowiadał dziennikarzom "Gościa" o swoim swoim życiu, wierze, dzieciństwie w Godowie, znaczeniu rodziny. Urodził się 18 stycznia 1928 r. w Godowie na Górnym Śląsku. Dyplom Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie uzyskał w 1954 r. Pierwsze kroki jako aktor stawiał na scenach teatrów m.in. Teatru Dolnośląskiego w Jeleniej Górze i Teatru Ludowego w Nowej Hucie. Dwa lata później debiutował w filmie, występując w „Pokoleniu” Andrzeja Wajdy. „Wiara daje uspokojenie, dlatego jestem spokojny, bo wiem, że życie nie kończy się tu, na ziemi” - mówił GN trzy lata temu. Przypominamy kilka wypowiedzi śląskiego aktora, nie na temat życia zawodowego, ale tego co poza nim.

Kogo w dzieciństwie słuchał po niedzielnej Mszy św.?

Franciszek Pieczka: „Urodziłem się na Górnym Śląsku, w Godowie nad Olzą. Po każdej Mszy niedzielnej ciotki i wujkowie siadali w altance przy naszym domu i zaczynali opowiadać. Ciotka Milka, wujek Emrych, ciotka Marta, wujek Czarnota, wujek Tekieli, jeden i drugi. Chłonęliśmy ich refleksje, czując, jak zatrzymują czas”.
(Z artykułu „Czas mu nie uciekł” Barbary Gruszki-Zych)

O roli św. Piotra w filmie „Qvo vadis”:

Franciszek Pieczka: „Kiedy ze wzgórza, gdzie graliśmy, patrzyłem na bazylikę św. Piotra, wzruszyłem się na myśl, że tam jest nasz rodak Jan Paweł II. Po projekcji byłem tak stremowany, że powiedziałem tylko: »Ojcze Święty, wybacz moją nieudolność« i usłyszałem jego »Dziękuję«”.

(Z artykułu „Czas mu nie uciekł” Barbary Gruszki-Zych)

Po tym, jak został kawalerem Orła Białego, zapytany, czy czuje się wybitnym Polakiem, artystą:

Franciszek Pieczka: „Co znaczy wybitny? Po prostu robiłem swoje, a ocena należy do innych i mam nadzieję, że będzie to ocena sprawiedliwa. Najważniejsze to godnie przeżyć życie i po drodze nikogo nie krzywdzić. Nagrody cieszą, ale tylko wtedy, gdy idą w parze z prawdziwym człowieczeństwem nagradzanego”.

(Z wywiadu „Teraz zostaje refleksja nad życiem” Dariusza Domańskiego)

Jeszcze o spotkaniu z papieżem Polakiem:

Franciszek Pieczka: „To było niezwykłe przeżycie popatrzeć w oczy Ojcu Świętemu, który znał świat aktorski i mógł go ocenić. Moja rola stanowiła pewną cezurę zawodowych doświadczeń, a spotkanie z papieżem Polakiem było dla mnie ogromną radością. To było takie odczuwalne dotknięcie świętości”.
(Z wywiadu „Teraz zostaje refleksja nad życiem” Dariusza Domańskiego)

O Roratach w śląskiej wsi:

Franciszek Pieczka: „Chodziłem na Roraty we wsi Godów, w której się urodziłem. Leży ona niedaleko Jastrzębia Zdroju na Górnym Śląsku. Dawniej kościół był tam drewniany, ale gdy byłem dzieckiem zbudowano nowy, murowany i właśnie z takiego kościoła pamiętam Roraty. Najbardziej zapamiętałem światełko. Wtedy dzieci nie miały lampionów, tylko świece. Rodzice mieli taką spiralną. Gdy się paliła robiła się taka giętka i miękka i bardzo mnie to fascynowało. Elektryczne lampiony noszą teraz na Roraty moje wnuki. Choć dziś, gdy tyle atrakcji, chyba nie robi na nich to już takiego wrażenia, jak na nas kiedyś ta zwykła świeca rozświetlająca kościół.

(Wypowiedź dla „Małego Gościa Niedzielnego”)

Wspomnienie z dzieciństwa o Drodze Krzyżowej:

Franciszek Pieczka: „Gdy byłem dzieckiem, Droga Krzyżowa zawsze była dla mnie dużym przeżyciem. Pamiętam zwłaszcza piękne obrazy z mojej parafii. Dla dorosłego człowieka najbardziej przejmująca jest Matka bolejąca pod krzyżem, patrząca na swojego umierającego Syna. Zawsze zastanawiam się, jak ja bym się czuł, gdyby mój syn tam wisiał, a ja nic nie mógłbym zrobić. Ból Maryi, która nie może pomóc Synowi skazanemu i wystawionemu na szyderstwo, to coś niepojętego. To jest dla mnie najistotniejsza stacja Drogi Krzyżowej”.

(Wypowiedź dla „Małego Gościa Niedzielnego”)

O wierze zaszczepionej w dzieciństwie:

Franciszek Pieczka: „Ojciec przez długie lata był kościelnym, a ja jako nastolatek grałem na organach. Niekiedy, jak mi się wydaje, że rozmawiam sobie z Panem Bogiem, proszę, żeby dał mi wiarę, jaką mieli moi rodzice. Żebym nie miał wahań, wątpliwości, rozterek. Kiedy dorastałem, matka mnie pouczała: »Synu, jak umrzesz, a tam nic nie będzie, a tu się zachowywałeś dobrze, to nic nie stracisz«. Dlatego po latach, kiedy budzę się rano i patrzę w lustro, mogę do siebie powiedzieć: »Nikogo nie skrzywdziłem«. I nie muszę się wstydzić. Człowiek w moim wieku widział niejednego, co po trupach chciał przewrócić świat do góry nogami, ale mu się to nie udało.

(Z artykułu „Czas mu nie uciekł” Barbary Gruszki-Zych)

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy