Nowy numer 38/2022 Archiwum

Noc wielkiej rzezi

Zaprosić tysiące ludzi na wesele i wszystkich zamordować… Podobno chodziło o dobro katolicyzmu. Zamiast tego mija właśnie 450 lat wstydu.

Zanim nadeszła noc, w której rzeczywistość miała się okazać straszniejsza niż senne koszmary, Paryż świętował w najlepsze. „Takie przygotowano zabawy, tak świetnie urządzono uczty i widowiska, a król z taką gorliwością oddawał się tym igraszkom, iż nie tylko nie miał dosyć czasu na załatwianie spraw poważniejszych, lecz nawet na chwilę odpoczynku” – relacjonował jeden z uczestników tamtych wydarzeń.

Powód imprezowania był nie byle jaki – 18 sierpnia za mąż wyszła słynna Margot (tak ją zapamięta literatura), czyli Małgorzata de Valois, siostra króla Francji Karola IX. Jej mężem został wódz hugenotów, władca Nawarry Henryk Burbon. Hugenoci byli francuską wersją kalwinistów, a więc gałęzi protestantyzmu założonej przez zmarłego osiem lat wcześniej Jana Kalwina.

Jak to – ślub katoliczki z protestantem? W roku 1572, gdy wojny „religijne” pogrążyły we krwi połowę Europy? A tak. Ten mariaż miał być potwierdzeniem ugody między obozem katolickim a hugenotami. Katolicy to przede wszystkim środowisko dworu królewskiego i książęta Gwizjusze, natomiast hugenoci byli głównie skupieni wokół rodu Burbonów. Na ślub i wesele zjechało do Paryża tysiące zaproszonych hugenotów, zwłaszcza ich elita z admirałem Gaspardem de Coligny, dowódcą ich wojsk. Co prawda papież Grzegorz XIII nie dał dyspensy na takie mieszane małżeństwo, ale poseł francuski z Rzymu skłamał – zapewne na życzenie królowej matki Katarzyny Medycejskiej – że dyspensa została udzielona.

Królewska opieka

Wesele trwało więc kilka dni, aż do południa 22 sierpnia. Wtedy to, gdy admirał de ­Coligny szedł ulicą w towarzystwie licznej szlachty, dosięgły go ołowiane kule wystrzelone z okna pobliskiego domu. Ówczesne arkebuzy nie były zbyt celne – pociski nie zabiły hugenockiego dowódcy, jednak przeszyły oba jego ramiona. Ludzie z orszaku rzucili się do budynku, z którego padły strzały, ale sprawca zdołał zbiec. Niebawem miało się okazać, że znikł także marszałek dworu katolickiego księcia Gwizjusza, który ulokował strzelca w tym domu i zapłacił za jego pobyt. Czuło się już, że sprawa sięga najwyższych szczebli w państwie.

Zawiadomiony o zamachu król, „nadzwyczaj, jak zauważono, zmieszany”, przybył wraz z królową matką do domu admirała. Zapewnił rannego, że „nie mniej mu zależy na jego ocaleniu, jak na własnym, wreszcie – że będzie go strzegł jak źrenicę własnego oka” i postawił straż przed budynkiem. Według niektórych źródeł następnego dnia w ogrodach Tuileries odbyła się narada królowej matki Katarzyny Medycejskiej z królem i innymi zaufanymi z obozu katolickiego. Miano tam dowodzić, że nadeszła znakomita okazja i „w ciągu jednej godziny można wszystkich nieprzyjaciół usunąć i zniszczyć ród i imię bezbożnych ludzi”. Katarzyna argumentowała podobno, że jeśli król nie wykorzysta sposobności, „admirał, odzyskawszy zdrowie, wkrótce rozpali w całej Francji czwartą wojnę domową”.

Historycy nie są dziś pewni roli Katarzyny Medycejskiej w tym spisku, choć na ogół panuje zgoda co do tego, że zamach na admirała Coligny’ego wydarzył się z jej inspiracji – to z kolei wywołało efekt domina.

„Szczęśliwy” początek

Zbliżał się wieczór 23 sierpnia. Zbrojni pod przywództwem katolickiego księcia Gwizjusza obstawili dom rannego admirała Coligny’ego. Ten, zdawszy sobie sprawę z sytuacji, „natychmiast wstał, podniesiony z łoża przez swoich, narzucił nocną szatę i upomniał domowników, aby ratowali się ucieczką i nie troszczyli się więcej o niego”. Gdy żołnierze wpadli do komnaty admirała, ten powiedział do najbliższego z nich, który stał z wyciągniętym mieczem: „Młodzieńcze, miej wzgląd na mój wiek i chorobę”. Daremnie. Żołnierz przebił pierś bezbronnego, którego następnie dobiły liczne ciosy i strzały. Czekający na dworze książę Gwizjusz kazał zrzucić zwłoki z okna, bo chciał mieć pewność w sprawie śmierci swojego największego przeciwnika. Po rozpoznaniu ciała powiedział do uzbrojonego tłumu: „Towarzysze, szczęśliwy mieliśmy początek. Teraz spieszmy do innych, bo król tak każe”.

Nadeszła noc z 23 na 24 sierpnia 1572 roku. Dzięki kalendarzowi liturgicznemu przeszła ona do historii jako noc św. Bartłomieja. Apostoł, którego święto przypada 24 sierpnia, został skojarzony z jedną z największych w historii zbrodni dokonanych na tle nietolerancji religijnej.

Wszędzie krew

Zaczęła się masakra. „Gwizjusz i inni dostojnicy podniecali tłum do rzezi nadzieją nagrody z łupów i zdobyczy i rozgłaszali, że taka jest wola króla” – relacjonował naoczny świadek. Jak czytamy, „podniecona rozbojem i rabunkiem tłuszcza, potrząsając skrwawionymi mieczami, szalała po całym mieście, nie szczędząc starców, kobiet ani dzieci, a zwłoki ofiar dla zabawy wyrzucała przez okna, tak że nie było ulicy ani zakątka, gdzie by nie widziano porozrzucanych ciał pomordowanych”.

W potrzasku znaleźli się także zebrani w pałacu królewskim w Luwrze goście weselni pana młodego. Nowożeniec książę Henryk z Nawarry i jego kuzyn Henryk Kondeusz zostali oszczędzeni. Siedzieli zamknięci w gabinecie króla Karola IX. Obaj arystokraci zostali następnie zmuszeni do zadeklarowania wiary katolickiej. Obaj też przy pierwszej sposobności powrócą do protestantyzmu, ale pierwszy z nich, Henryk z Nawarry, po latach znów przyjmie katolicyzm, kupując sobie w ten sposób koronę Francji (wypowie wówczas cyniczne zdanie: „Paryż wart jest Mszy”).

Następny dzień nie przyniósł uspokojenia. Hugenoci byli tropieni jak szczury i wybijani wszędzie, gdzie próbowali się ukryć. „Wówczas to tragarze i najniższy motłoch, celem zrabowania odzieży, obnażali zwłoki pomordowanych i rzucali je do Sekwany” – czytamy.

Zły środek

Noc św. Bartłomieja – która przeciągnęła się na najbliższe dni – pochłonęła życie blisko trzech tysięcy hugenotów. Liczba ta dotyczy Paryża, jednak na stolicy się nie skończyło. Szacuje się, że razem z morderstwami dokonanymi wtedy w miastach prowincjonalnych, od Bourges i Lyonu po Tuluzę i Bordeaux, śmierć poniosło około 10 tysięcy ludzi.

Propaganda dworu przedstawiła rzeź jako konieczną reakcję na wielki spisek hugenotów przeciw prawowitej władzy. Taka też wersja za sprawą posłów francuskich dotarła do Rzymu. Grzegorz XIII na wieść o „ocaleniu króla” i „zniszczeniu spiskowców” zarządził odśpiewanie w kościołach Wiecznego Miasta Te Deum i urządzenie radosnych manifestacji. Ten na ogół łagodny i mądry papież szczerze wierzył, że wydarzenia paryskie przywrócą we Francji katolicką jedność wiary. Był w błędzie nie tylko dlatego, że miał nieprawdziwe informacje. Jego entuzjazm na wieść o śmierci tak wielu ludzi oznacza, że nie oparł się powszechnemu wówczas przekonaniu, że wobec wrogów katolicyzmu wszystkie metody są dozwolone. Owszem, owi wrogowie też nie byli aniołkami, niemniej Kościół nigdy przecież oficjalnie nie zaakceptował zasady „cel uświęca środki”. Złe środki ostatecznie nigdy nie prowadzą do dobrego celu.

Tak było i tym razem. Po rzezi wielu hugenotów uciekło z kraju, ale pozostali wkrótce ochłonęli i zaczęli jednoczyć się w celu stawienia oporu. W konsekwencji wybuchła nie tylko czwarta wojna hugenocka, która według rachub Katarzyny Medycejskiej miała się już nie wydarzyć, ale także piąta, szósta, siódma i ósma. Ostatecznie hugenoci na mocy edyktu nantejskiego z 1598 roku uzyskali na prawie sto lat wolność wyznania i w znacznej mierze także wolność praktyk religijnych.

Tego jeszcze nie było

Zbrodnia nocy św. Bartłomieja nie tylko należy do największych popełnionych rzekomo w imię czystości religii (choć w istocie jedność wiary była potrzebna władzy jako zwornik polityczny), ale jest także jedną z najbardziej odrażających. Naruszono nie tylko zasady wiary, lecz pogwałcono nawet ogólnoludzkie prawo gościnności. „W dziejach nowożytnych czegoś takiego nie było, żeby zaprosić elitę na wesele, które miało być pojednaniem, a tam ją wyrżnąć” – mówił przed dekadą w audycji radiowej nieżyjący już historyk Janusz Tazbir.

Każde zło, które się wydarzyło, złem już pozostanie, zawsze jednak może posłużyć do pożytecznych refleksji, te zaś do wyciągnięcia właściwych wniosków na dzień dzisiejszy.

Co może być takim wnioskiem dla nas, chrześcijan żyjących 450 lat później? Na pewno fakt, że kto trzyma się Ewangelii, nie błądzi. A kto ją zdradza, niech przynajmniej nie mówi, że krzywdzi ludzi w jej imię.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się