Nowy numer 38/2022 Archiwum

Dłuto mistrza

Zamiast nadziei zawsze możemy wybrać w życiu rozpacz. Kiedy mamy nadzieję, ufamy Bogu. Kiedy popadamy w rozpacz, wybieramy zaufanie do siebie samych. Ale rozpacz ma sens tylko wtedy, gdy Bóg nie jest miłosierny, a Jezus nie zmartwychwstał.

Nadzieja mówi nam, że nasze prawdziwe i ostateczne szczęście czeka w niebie, natomiast rozpacz podpowiada, że ten świat jest wszystkim, co mamy, i że nigdy nie osiągniemy prawdziwego pokoju i szczęścia. Gdy wiara staje się trudna, niektórzy chrześcijanie doświadczają pokusy odejścia, innych nawiedza ochota na gniew i rozgoryczenie.

Święty Augustyn określił człowieka pochwyconego w sidła grzechu jako kogoś zakrzywionego ku sobie. Musimy prosić Boga, aby wyprostował nas na swoim kowadle, abyśmy potrafili patrzeć na Niego i na otaczający nas świat w świetle Jego prawdy. Potrzebujemy nadziei na niebo, które nie jest pobożną bajeczką, ale naszą prawdziwą, ostateczną ojczyzną. Choć wiele naszych czynów jest dobrych i sprawiedliwych, jesteśmy także z natury samolubni, skąpi i chciwi. Nie potrafimy stworzyć nieba na ziemi, skłonni jesteśmy zapominać. Nadzieja jest jednak nie tylko ufnym oczekiwaniem błogosławieństwa Bożego i uszczęśliwiającego oglądania Boga, ale także lękiem przed obrażeniem Jego miłości i spowodowaniem kary. Nie oznacza to, że powinniśmy się obawiać Boga jako kogoś, kto skwapliwie szuka powodów, aby nas ukarać. Ale święta bojaźń Boża jest zdrowa. Pomaga uznać, że to Bóg jest Panem, a nie my sami. Gdyby Bóg nie był sprawiedliwy, gdyby przepaść między dobrem i złem w naszych uczynkach ostatecznie nie miała znaczenia, wówczas nie byłby prawdziwym Bogiem, a Jego słowo nie mogłoby stanowić fundamentu naszej nadziei.

„Kogo miłuje Pan, tego karci”. Przekonał się o tym św. Paweł, gdy jego „oścień dla ciała” (por. 2 Kor 12,7) nie został usunięty mimo próśb trzykrotnie kierowanych do Boga. Przekonał się o tym św. Piotr, kiedy musiał wyciągnąć ręce, aby iść tam, dokąd nie chciał. Pan czyni z nami to, co Michał Anioł zrobił z kawałkiem marmuru, który został zrujnowany przez jakiegoś artystę partacza. Zaniósł go do swojego warsztatu, przyłożył do niego dłuto i dzięki swojemu geniuszowi przemienił w nieśmiertelny posąg Dawida. Podobnie i my musimy przejść nieraz ciężkie próby, czasem spowodowane przez najbliższych, aby w pełni zrozumieć sens własnego życia. Bywa, że proces Bożej obróbki przybiera postać doświadczeń do ostateczności i ponad siły. Trzeba w życiu odebrać swoją porcję dyscypliny od Pana – ból, cierpienie i konflikty, które występują w postaci czystej lub nieczystej, gdy nie łączą się bezpośrednio z winą lub działaniem innych ludzi, albo też naumyślnie nam zadawane. Lekarstwa, jakie stosuje Bóg, mogą być słodkie lub gorzkie. Prowadzenie rejestru krzywd doznanych w przeszłości, karmienie się urazą, lizanie ran i rozpamiętywanie sytuacji, w których je zadano, ponowne odgrywanie taśm niesprawiedliwości realnej lub wyimaginowanej – oto liczne dowody na to, że nie w pełni uwierzyłem, iż wszystkie trudne doświadczenia pochodzą z ręki kochającego Boga. I że czemuś służą. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy