Najpierw katastrofa prezydenckiego samolotu. Potem wybuch wulkanu, który wielu osobistościom uniemożliwił przybycie na pogrzeb polskiego przywódcy. Następnie dwie fale wielkiej powodzi, po czym bardziej lokalna, która zniszczyła kilka miasteczek i wsi. A to wszystko przeplatane potężnymi burzami, podczas których wylewają lokalne cieki, zalewane są piwnice, łamane drzewa i zrywane dachy.
Polacy sobie pomagają. Pracując na miejscu klęski i wspomagając organizacje niosące pomoc poszkodowanym. Polacy dyskutują. O tym, co można, a czego nie można było przewidzieć, o wieloletnich zaniedbaniach, o złej organizacji, o tym kto winny, a kto może spać z czystym sumieniem. Polacy się kłócą. Ostatnio najgoręcej o pomniki. Polacy zadają pytania. Także o to, dlaczego Bóg dopuścił do takich rzeczy. Ale Polacy mało się modlą. Przynajmniej nie więcej, niż przed owymi katastrofami.
Gdy Rosję trapi – na szczęście już coraz mniejsza – plaga pożarów, światowe agencje obiegają nie tylko informacje o strażakach, ale i o tych, którzy inaczej nie umiejąc pomóc, modlili się o zatrzymanie klęski. Do modlitwy o deszcz wezwał prawosławny patriarcha Moskwy – Cyryl.
My, Polacy, często tak dumni ze swej wiary, wolimy teoretyczne rozważania. A może nadszedł już czas, by zacząć intensywnie prosić Boga o pomoc? Może trzeba – niezależnie od tego, czy owe klęski są Bożą karą, czy nie – pomyśleć o nawróceniu? Na pewno trzeba! Bo mamy z czego się nawracać i o co się modlić!
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








