Nowy numer 32/2022 Archiwum

Żyj dla mnie

Ku pamięci tych, którym wojna zabrała coś więcej niż życie.

Sierpień 1939. Chłodny poranek zapowiadał upalny dzień, jeden z wielu tego lata. Od wczesnych godzin mieszkańcy Krosna słyszą donośne jęki pociągów, na zmianę przyjeżdżających i odjeżdżających z dworca kolejowego. Betonowym pasem oddzielającym tory maszeruje kilkunastu żołnierzy zmobilizowanych w ostatnich dniach do obrony kraju. Wśród nich niepewne kroki stawia Kazimierz Serwa – wysoki 31-letni mężczyzna nierozstający się z papierosem. Jego ostatnia fotografia będzie przedstawiać dokładnie taki obraz. Pracę nauczyciela geografii i kierownika szkoły w Strachocinie porzucił na rzecz walki, do której został wezwany. Jego żona Julia spodziewa się dziecka, o którym nie zdążył się dowiedzieć. Gasi butem papierosa; nie wie, że w Krośnie jest po raz ostatni.

Po wypełnionym po brzegi pociągu nie ma już śladu. Pył unoszący się w powietrzu po jego odjeździe został rozwiany przez ciepły wiatr. Płaczące kobiety o obolałych od trzymania dzieci rękach zaczynają rozchodzić się do swoich domów. O godzinie dwunastej na stacji nie słychać już nikogo.

Kazimierz wiedział, że wojna rozbija rodziny i rozdziera serca. Pięć lat wcześniej awansował do stopnia podporucznika ze starszeństwem, a następnie został przydzielony do 5 Pułku Strzelców Podhalańskich w Przemyślu. W ramach tej jednostki w 1937 roku odbył ćwiczenia wojskowe rezerwistów na stanowisku dowódcy plutonu armatek przeciwpancernych. Ten dzień miał więc nadejść. Nikt jednak nie wiedział, że nadejdzie tak szybko.

Po mobilizacji Kazimierz walczył w szeregach 22 Dywizji Piechoty Górskiej w ramach Armii „Kraków”. Zaledwie kilka tygodni później został wywieziony z Polski w ciemnym wagonie.

Przyjaciel

Obóz koncentracyjny w Starobielsku zapełniał się z każdą kolejną godziną. Zatłoczony deptak był pierwszym, co widział człowiek, który zdołał wyjrzeć spomiędzy spróchniałych desek imitujących ściany wozów. W naciągniętych kieszeniach mężczyźni trzymali zdjęcia swoich żon. Małą, wyblakłą od słońca fotografię Julii Kazimierz zatrzymał przy sobie do samego końca. Noce i dnie trwają w tym miejscu wieczność. Zmrok budzi strach wśród najwytrwalszych. Dzień ma zbyt wiele godzin, każda z nich zabiera setki istnień. Wykończeni jeńcy tracą wiarę w powrót do swoich domów. Resztek człowieczeństwa wypatrują jedynie u współosadzonych. To oni są teraz dla nich nową rodziną. Ludźmi, których przed śmiercią zobaczą jako ostatnich.

Kazimierz nawiązał znajomość z mężczyzną widywanym na deptaku. Ich relacja pomogła obu przetrwać najcięższe chwile. Gdy jeden był głodny, drugi oddawał mu swoją rację. Gdy chorowali, opiekowali się sobą nawzajem, wiążąc z koszul coś imitującego cieplejsze okrycie.

Któregoś dnia zwolniono podoficerów. Odchodzącemu znajomemu Kazimierz przekazał napisany własną krwią list do żony. Datowany na 11 października, został wyniesiony z obozu w prawym bucie. Trafił do Leska, skąd odebrała go Julia.

Mijał trzeci miesiąc, odkąd Kazimierz nie dawał znaku życia. Czekali na niego żona i nienarodzony syn. Ostatnie słowa, jakie skierował do nich w drugim liście, z 3 grudnia, nigdy do nich nie dotarły.

W jedynej wiadomości od męża Julia przeczytała: „[…] Królowo mego serca. Jestem nareszcie w tym szczęściu, że mogę do Ciebie napisać. Jestem kochanie zdrowy i cały. Wprost umieram z tęsknoty za Tobą. W każdej sekundzie mego życia myślę głęboko o Tobie. Napisz zaraz co się z Tobą kochanie dzieje, gdzież i jak żyjesz. Mam głębokie wyrzuty sumienia, że tak lekko odszedłem od Ciebie. Nie pomyślałem, aby takie okoliczności zaszły. Żyj mój skarbie drogi z myślą jedynie o mnie, bo mam zamiar wrócić do Ciebie. Dbaj o swoje zdrowie, w razie choroby nie żałuj nic, wszystko sprzedaj i ratuj się, bo Ty musisz żyć dla mnie. […] Boże, jakbym chciał być przy Tobie w tym czasie. Gdybym na święta nie wrócił życzę Ci moje kochanie wszystkiego dobrego. Będę gorzko płakał w ten wieczór, lecz Ty nie rozpaczaj mój skarbie. Szanuj zdrowie dla mnie, bo gdyby Ciebie brakło nie miałbym dla kogo żyć i wrócić. Staraj się o mój powrót. O swym zdrowiu daj następną. Twój do grobu, Kazimierz”.

Na śmierć i życie

Wiosną 1940 roku na świat przyszedł syn Kazimierza – Janusz. Julia czekała na powrót męża jeszcze przez dziesięć lat. W 1949 roku w „Monitorze Polskim” ukazała się informacja o uznaniu go za zmarłego. Ich dom jeszcze wielokrotnie najeżdżali rosyjscy żołnierze. Raz, gdy byli bliscy schwytania, w ciemnej ziemiance Julia stłumiła płacz syna, wkładając mu do ust ziemię. Tej chwili oboje nie zapomną do końca swojego życia.

Razem udało im się uciec do jej siostry. Ukrywając się w małym mieszkaniu na ulicy Strzeleckiej w Krakowie, kilka razy uniknęli aresztowania.

Janusz wychowa się bez wzorca, jakim miał być dla niego ojciec. Drugi mąż Julii nie będzie chciał sprawować nad nim opieki. Mając sześć lat, trafi do domu dziecka w Przemyślu. Mechanizm obronny przed uczuciem miłości i przywiązania pojawi się nawet przy wychowaniu jego własnych trzech synów – Marka, Darka i Arka. Jego żona Wanda stanie się dla niego matką, w której będzie szukał odebranego mu siłą domu.

Pustki po ojcu Janusz nie wypełni przez całe swoje dorosłe życie.

Ostatnia niedziela

W 1940 roku wraz z innymi jeńcami osadzonymi w Starobielsku Kazimierz został przewieziony do Charkowa i rozstrzelany przez funkcjonariuszy Obwodowego Zarządu NKWD oraz pracowników NKWD przybyłych z Moskwy na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP z dnia 5 marca 1940 roku. Zamordowani strzałem w potylicę jeńcy zostali pochowani na cmentarzu Ofiar Totalitaryzmu w Charkowie, w Piatichatkach. Ostatni strzał padł 12 maja.

82 lata później na Ukrainie wybucha wojna z Rosją. W powietrzu znów unosi się pył, na stacjach kolejowych słychać płacz.

Kazimierz umiera na niej po raz drugi.

Oliwia Róża Serwa

O nagrodzie słów kilka

Konkurs Nagroda Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka organizowany jest od 2011 r. Jego patronem jest tragicznie zmarły w 2010 r. Bartek Zdunek – student pierwszego roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, młody człowiek o wielkim sercu i ogromnym talencie, któremu nie było dane zadebiutować w świecie mediów. W konkursie przyznawane są także nagroda im. ks. Andrzeja Baczyńskiego (zmarłego w 2015 r. współzałożyciela, kierownika i redaktora Redakcji Programów Katolickich TVP w Krakowie) – w kategorii Młodzi twórcy filmowi – oraz nagroda im. Pawła Migasa (zmarłego w 2006 r. dziennikarza „Gościa Krakowskiego”) – w kategorii Reportaż po debiucie. W tej właśnie kategorii oprócz nagrody finansowej fundowanej przez „Gościa Niedzielnego” laureatowi przysługuje prawo do publikacji wyróżnionej pracy na łamach GN. W tym roku kapituła konkursu pierwsze miejsce przyznała Oliwii Róży Serwie za tekst „Żyj dla mnie”, opowiadający o poruczniku Kazimierzu Serwie, zamordowanym przez NKWD w Charkowie. Jury doceniło „świadome wykorzystanie przez autorkę formy reportażu, zachowanie cech gatunkowych i bardzo plastyczne opisanie rodzinnej historii”. – Gdy rodzice zapoznali mnie z historią moich pradziadków, zdecydowałam, że zbiorę wszystkie informacje w spójną całość, tak aby kolejne pokolenia w naszej rodzinie nie miały trudności z ich odnalezieniem. I choć oryginał listu pisanego własną krwią przez pradziadka Kazimierza oraz inne dokumenty znajdują się dziś w warszawskim Muzeum Ofiar Zbrodni Katyńskiej, udało mi się na nowo odkryć miłość pradziadków – opowiada Oliwia Róża Serwa. – W obliczu aktualnych wydarzeń temat wojny stał się mi jeszcze bliższy, dlatego postanowiłam, że nadszedł czas na pokazanie naszej historii, która udowadnia, że wojna ma destrukcyjny wpływ nie tylko na osobę, która ją przeżyła, lecz również na dalsze pokolenia – dodaje. Organizatorami konkursu są: Dziennikarskie Koło Naukowe Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, krakowski oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redakcja „Gościa Krakowskiego” oraz Fundacja im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego. Partnerem Nagrody Młodych Dziennikarzy jest Fundacja św. Królowej Jadwigi przy UPJPII. Szczegóły na www.nagrodamlodychdziennikarzy.pl.

Monika Łącka

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama