Nowy numer 48/2022 Archiwum

Wielkie zwycięstwo pro life

Upadł haniebny wyrok Sądu Najwyższego USA, na podstawie którego zabito w majestacie prawa ponad 63 miliony dzieci.

Wbrew krzykliwym tytułom wydane właśnie nowe orzeczenie Sądu Najwyższego USA nie zakazało aborcji. Decyzja z 24 czerwca w sprawie Dobbs przeciw Jackson Women’s Health Organization nie wprowadziła automatycznie ani pełnej, ani nawet szerokiej ochrony życia dzieci nienarodzonych. Wywołała dwa skutki. Po pierwsze, w dokumencie stwierdzono, że wprowadzony w Mississippi zakaz aborcji po 15. tygodniu ciąży jest zgodny z konstytucją USA. Po drugie, i ważniejsze, obalono wyroki wydane w sprawie Roe przeciw Wade (1973) oraz Casey przeciw Planned Parenthood (1992). Czyniły one z aborcji prawo konstytucyjne i przez to nie pozwalały poszczególnym stanom na wprowadzenie rozwiązań istotnie chroniących życie dzieci nienarodzonych. Skutkiem orzeczenia nie jest generalny zakaz aborcji, ale to, że odtąd o zakresie dopuszczalności bądź niedopuszczalności aborcji będą decydować ciała ustawodawcze, a nie sędziowie z Waszyngtonu.

Rażąco błędne

SN stwierdził, że Konstytucja USA nie przyznaje prawa do aborcji, a wyroki w precedensowych sprawach Roe przeciw Wade oraz Casey przeciw Planned Parenthood zostają uchylone jako – uwaga! – rażąco błędne. „Konstytucja nie odnosi się do aborcji i żadne takie prawo nie jest w sposób dorozumiany chronione żadnym przepisem konstytucyjnym. Nadszedł czas, aby posłuchać Konstytucji i zwrócić kwestię aborcji wybranym przedstawicielom ludu” – napisał redaktor tekstu orzeczenia sędzia Samuel Alito. Jego piórem Sąd Najwyższy zmiażdżył wyrok z 1973 r. Jego „uzasadnienie było wyjątkowo słabe, a decyzja miała szkodliwe konsekwencje. Zamiast narodowego rozstrzygnięcia kwestii aborcji Roe i Casey zaogniły debatę i pogłębiły podziały” – napisał.

Nowy wyrok (Dobbs) został przyjęty większością 6:3, gdy chodziło ściśle o sprawę zakazu aborcji powyżej 15. tygodnia ciąży w stanie Mississippi, i większością 5:4, gdy chodziło o generalne obalenie precedensów: Roe przeciw Wade i Casey przeciw PP. Sędzią, który poparł pierwsze, a nie poparł drugiego z tych rozwiązań, był prezes SN John G. Roberts.

W roli głównej samotna matka

Kluczową postacią w tej sądowej batalii była Lynn Fitch – prokurator generalny stanu Mississippi. Pochodząca z małego miasteczka samotna matka trojga dzieci jest żywym dowodem, że kobiety nie potrzebują aborcji, by robić karierę. Gdy była skarbnikiem stanowym, walczyła o równe wynagrodzenia dla kobiet i mężczyzn – wiedziała, że właśnie tego, a nie aborcji potrzebują kobiety w jej sytuacji. Pytana, jak wyobraża sobie świat po obaleniu wyroku w sprawie Roe przeciw Wade, odpowiedziała, że dzieci zostaną uratowane, a matki „dostaną szansę, aby naprawdę zmienić swoje życie. Bo mają wszystkie te nowe, różne możliwości, których nie miały 50 lat temu”.

Politolodzy powiedzą, że w głosowaniu w SN sędziowie nominowani przez prezydentów republikańskich wygrali z sędziami mianowanymi przez prezydentów z Partii Demokratycznej. Rzeczywiście, po raz pierwszy od lat 30. XX w. większość w Sądzie Najwyższym mają sędziowie konserwatywni. Teoretycznie mogłaby to być większość 6:3, ale chyba lepiej powiedzieć 5:3:1, a ta jedynka oznacza prezesa Robertsa (nominata republikańskiego prezydenta George’a W. Busha), o którym sądzono, że będzie konserwatystą, ale zajął pozycję sędziego „obrotowego” – raz głosuje jak konserwatyści, raz jak liberałowie. Prawo nie zna jednak podziału na sędziów konserwatywnych i liberalnych. Wyroki zapadają w imieniu Stanów Zjednoczonych Ameryki i tak jak respektowano orzeczenia, które przez dziesięciolecia narzucała większość liberalna, tak też powinno być z tymi ferowanymi przez większość konserwatywną. Czy tak się stanie? Niestety, nie możemy być tego pewni. Dlaczego?

Z bronią pod domem sędziego

Ogłoszenie orzeczenia w sprawie aborcji poprzedziło wydarzenie bez precedensu w historii amerykańskiego Sądu Najwyższego: po raz pierwszy w sprawie tak wielkiej wagi nastąpił przeciek obszernego fragmentu projektu orzeczenia przed jego ogłoszeniem. Opublikował go portal Politico. Z ujawnionego tekstu wynikało, że krwawy precedens Roe przeciw Wade zostanie obalony.

Skutki tego zdarzenia były poważne – i pewnie zamierzone. Doszło do fizycznych ataków na placówki prowadzone przez ruch pro life oraz Kościół katolicki. Rozpoczęły się manifestacje podobne do tych, które widzieliśmy w Polsce po wyroku Trybunału Konstytucyjnego – także pod prywatnymi domami członków Sądu Najwyższego. Była to bezprawna próba wywarcia wpływu na niezawisłych sędziów. Ujawniono też adres kościoła, do którego chodzi sędzia Amy Coney Barrett, oraz szkoły, w której uczą się jej dzieci.

Co gorsze, przed domem sędziego Bretta Kavanaugh ujęto w środku nocy 26-letniego mężczyznę uzbrojonego w broń palną, nóż i narzędzia służące do włamań. Niejaki John Roske przyjechał tam specjalnie z dalekiej Kalifornii. Wcześniej groził sędziemu Kavanaugh, po którym spodziewał się, że będzie głosował przeciw aborcji na życzenie. W obawie o bezpieczeństwo ewakuowano także rodzinę autora projektu wyroku sędziego Alito.

Zapłacisz za to

Wszystko to działo się przy dość biernej postawie rządzących demokratów. Dwa lata temu ich lider w Senacie Chuck Schumer groził sędziom Brettowi Kavanaugh i Neilowi Gorsuchowi, że jeśli doprowadzą do obalenia wyroku w sprawie Roe przeciw Wade, „zapłacą za to”, bo będzie to „wywołanie trąby powietrznej” i „nie będą wiedzieli, jak w nich to uderzy”.

To jednak nic w porównaniu z atakiem na Sąd Najwyższy, o jakim mówi się już od dość dawna. Rzecz w tym, że Konstytucja USA nie podaje dokładnej liczby sędziów SN. Obecnie jest ich dziewięciu. Ci, którym nie podoba się obecna, konserwatywna większość sędziów, sugerują, że można byłoby zwiększyć liczbę miejsc sędziowskich w tym trybunale, a nowych sędziów nominowałby obecny, skrajnie liberalny prezydent Joe Biden. Dzięki temu nieuczciwemu, ale możliwemu od strony prawnej zabiegowi – tzw. upakowaniu – można byłoby z dnia na dzień zbudować nową, liberalną większość w Sądzie Najwyższym.

Noc gniewu

Proaborcjoniści zapowiadali, że jeśli orzeczenie w sprawie Dobbs nie będzie po ich myśli, zorganizują „noc gniewu”. Władze ostrzegły Kościół i organizacje pro life, że mogą stać się celami ataków. Doszło do incydentów. Najpoważniejszym była próba wtargnięcia proaborcjonistów do gmachu senatu stanu Arizona.

Powtórzmy: w orzeczeniu w sprawie Dobbs nie chodzi o zakaz aborcji. Chodzi o to, by w sprawie dopuszczalności aborcji mogli decydować demokratycznie wybrani parlamentarzyści. I właśnie ten fakt tak bardzo nie podoba się ludziom, którzy mówią, że są „za wyborem” (pro choice).

Patrząc z punktu widzenia polskiego prawa, należy przyznać, że orzeczenie w sprawie Dobbs to drobny kroczek w stronę ochrony życia dzieci nienarodzonych. Ale dla obrońców życia w Ameryce to olbrzymi sukces. Okazało się, że aborcyjne lobby nie jest niezwyciężone. Że mimo trwającego prawie 50 lat oddziaływania demoralizującego prawa, wspieranego przez gwiazdy Hollywood, wielu Amerykanom nadal zależy na ochronie tych najmniejszych, a najwyższy trybunał w ich państwie może wydać wyrok po ich myśli. Aborcyjny symbol upadł. Trend został odwrócony. To wielki zastrzyk nadziei – nie tylko dla obrońców życia w USA, ale także daleko poza ich granicami, bo Stany Zjednoczone wyznaczają zachodnie standardy w wielu dziedzinach życia.

Co dalej?

Ośrodki aborcyjne są zamykane (w niektórych stanach nie ma ich już wcale), kolejne stany wprowadzają przepisy chroniące życie poczęte. Szacuje się, że w dwudziestu sześciu, czyli w nieco ponad połowie stanów, obowiązywać będą prawa, które będą chronić dzieci nienarodzone – w sposób szerszy czy węższy. Orzeczenie Dobbs otwiera drogę do prowadzenia kampanii politycznych w tej sprawie. Jednak, co ważniejsze, konieczna jest w tej sytuacji intensywna praca u podstaw – cierpliwa, pomysłowa, hojna i gorliwa promocja życia oraz pomoc kobietom „w ciąży i w kłopocie”. I nie chodzi wyłącznie o zapobieżenie międzystanowej turystyce aborcyjnej. Chodzi o człowieka i jego sumienie. To zadanie zwłaszcza dla Kościoła. Bo prawo jest ważne, ale dusza ludzka jest ważniejsza. Ta ostatnia uwaga jest aktualna i w amerykańskiej, i w polskiej rzeczywistości.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jarosław Dudała

Redaktor serwisu internetowego gosc.pl

Dziennikarz, z wykształcenia prawnik, były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 r. pracuje w „Gościu Niedzielnym”. Jego obszar specjalizacji to problemy z pogranicza prawa i bioetyki. Autor reportaży o doświadczeniach religijnych.

Kontakt:
jaroslaw.dudala@gosc.pl
Więcej artykułów Jarosława Dudały

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się