Nowy numer 33/2022 Archiwum

Krecia robota

Nie trzeba być etatowym szpiegiem, by służyć obcemu państwu. Mocarstwa równie chętnie wysługują się agentami wpływu. To dzięki nim Rosja zbudowała parasol ochronny dla swoich interesów w Europie.

Kim jest agent wpływu? Najkrócej mówiąc: nie jest aż szpiegiem, ale nie jest też tylko „pożytecznym idiotą”.

Bezpiecznie i skutecznie

Ten pierwszy jest albo formalnie zatrudnionym przez służby danego państwa i wysłanym za granicę oficerem wywiadu, albo zwerbowanym na miejscu szpiegiem, gotowym zdradzić własny kraj. Natomiast „pożyteczny idiota” najczęściej nie zdaje sobie sprawy z tego, że swoją działalnością i wypowiedziami wyświadcza wielką przysługę nieprzyjaznemu państwu. Ewentualnie – nie przeszkadza mu, że jego cele i cele wrogiego mocarstwa „jakimś trafem” okazują się zbieżne.

Przez całe dekady Związek Radziecki i później Rosja mogły liczyć na te dwie nogi budowania i utrzymywania swojej pozycji na świecie: siatka szpiegowska z jednej strony i „pożyteczni idioci” z drugiej wykonywali ogromną pracę – jedni świadomie, drudzy z przekonaniem, że walczą o szczytne idee. Ta konstrukcja nie byłaby jednak w pełni skuteczna, gdyby zabrakło w niej trzeciego, pośredniego elementu: właśnie agentów wpływu. To dość specyficzna rola: z jednej strony ocierająca się o szpiegostwo i zdradę, choć bez formalnego werbunku, z drugiej bliska roli „pożytecznego idioty”, choć bez tego elementu nieświadomości (czy też niezrozumienia skutków swoich aktywności). To chyba najbezpieczniejsze i zarazem najskuteczniejsze dla obcego mocarstwa narzędzie do budowania i pilnowania swoich interesów zagranicą. Najbezpieczniejsze, bo agenta wpływu praktycznie nie da się zdekonspirować, skoro formalnie nie został zwerbowany. Najskuteczniejsza – bo ma większe dojścia i wpływ na rzeczywistość niż „pożyteczny idiota”.

Bez werbunku?

Oczywiście nie tylko Rosja posługuje się agentami wpływu. Wszystkie mocarstwa, regionalne i globalne, nie zdołałyby zbudować i utrzymać swoich pozycji oraz zabezpieczyć interesów bez agentów wpływu. Wiedzą o tym dobrze Chińczycy, których ekspansja polityczna i gospodarcza nie byłaby możliwa bez oparcia na tej gałęzi. Jej rolę rozumieją naturalnie również Amerykanie, których służby specjalne mają od dawna konkretną definicję agenta wpływu: to osoba, którą dane państwo może wykorzystywać do niejawnego oddziaływania na władze obcych państw, a także na wszelkie wpływowe środowiska w tych państwach w celu osiągnięcia korzyści dla państwa sterującego tym procesem (na podstawie Ustawy o rejestracji zagranicznych agentów – FARA – dostępnej na stronie amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości).

Co ciekawe, o ile w amerykańskiej definicji nie ma mowy o formalnym werbowaniu takiego agenta, o tyle służby rosyjskie przyznają, że nawet agent wpływu przechodzi jakąś formę werbunku, choć nie w taki sam sposób jak szpieg. Rosjanie definiują zatem agenta wpływu jako zwerbowaną i przeszkoloną przez służby rosyjskie osobę zajmującą wysoką pozycję społeczną, która w ramach swoich obowiązków zawodowych może celowo, ale niejawnie oddziaływać na politykę swojego kraju, na konkretne wydarzenia i decyzje, a także na media i wszelkie środowiska opiniotwórcze i mające wpływ na rzeczywistość społeczną, polityczną i gospodarczą.

Ostrożnie, ale bez paniki

Czy w tych definicjach mieszczą się politycy? Przede wszystkim. Dziennikarze? Jak najbardziej. Ludzie wielkiego biznesu? Byłoby dziwne, gdyby nie. Czasem nie potrafiliśmy zrozumieć, skąd wzięły się zaskakujące, niewytłumaczalne decyzje, które pchały dany kraj w objęcia np. Rosji. Trudno było tłumaczyć to naiwnością. Tymczasem bardzo często jest to skutek długiego procesu pozyskiwania agentów wpływu, którzy wykonują krecią robotę, działając de facto na niekorzyść własnego kraju. Z jakiegoś powodu wielu polityków europejskich, w tym premierzy, kanclerze i ministrowie, nie tylko prowadziło i prowadzi otwarcie prorosyjską politykę, ale często po zakończeniu swojej kadencji znajdowało zatrudnienie w zarządach rosyjskich koncernów. Oczywiście trzeba być bardzo ostrożnym i nie rzucać pochopnych oskarżeń tylko dlatego, że czyjeś działanie wydaje się nam niezrozumiałe czy niezgodne z naszym rozumieniem suwerenności. Łatwo wpaść przecież w pułapkę oskarżania o agenturę wszystkich środowisk, które nie odpowiadają naszym poglądom. Nie można jednak być naiwnym i negować faktu istnienia tego obszaru działalności obcych służb, dla których jest to chleb powszedni. Warto przy tym mieć na uwadze jedną rzecz: nie należy wierzyć we wszystko, co mówią byli oficerowie wywiadu. Zdarza się, że mamy do czynienia ze „szczerą spowiedzią” byłego szpiega, który chętnie ujawnia kulisy działań służb, ale równie dobrze możemy być obiektem manipulacji ze strony obcego wywiadu, a zbyt szczegółowe zwierzenia „byłego agenta” mogą okazać się częścią operacji dezinformacyjnej. – Na temat działań operacyjnych polskiego wywiadu nie powiem nigdy ani słowa – powiedział mi kiedyś nieżyjący już gen. Zbigniew Nowek, były szef Agencji Wywiadu.

Oswajanie agenta

Zachowanie zdrowej równowagi między świadomością, że agenci wpływu są wśród nas, a ostrożnością w ferowaniu pochopnych wyroków, nie jest łatwym zadaniem. Niedawno w „Polityce” ukazał się bardzo ciekawy wywiad z Siergiejem Żirnowem, byłym majorem KGB, który dość swobodnie rzucał nazwiskami polityków europejskich będących agentami wpływu Kremla. Większość z tych osób faktycznie podejmuje decyzje, które trudno zinterpretować inaczej niż jako działalność na usługach Moskwy – bardziej lub mniej świadomie. Ale warto też mieć świadomość, że były agent KGB równie dobrze może być obecnie oficerem FSB czy jeszcze innych służb i swoimi opowieściami może prowadzić własną działalność… również jako agent wpływu. Jeśli jednak wierzyć temu, co Żirnow mówi w tej rozmowie, to ciekawy jest zwłaszcza ten wątek: „W KGB z zasady nie rekrutowaliśmy agentów wpływu. Zrekrutowany agent musi być dyspozycyjny, posłuszny, zdyscyplinowany. Wykonuje rozkazy, wiedząc, że dla kogoś pracuje. Współpracy z politykami, dziennikarzami, naukowcami tak się nie formalizuje. Lepiej jest nimi manipulować. Naukowcom można dawać szansę publikacji i dobrze zapłacić. Politykom można dawać ekspozycję – tak jak Putin zapraszał Marine Le Pen, Viktora Orbána czy Silvio Berlusconiego na Kreml i dawał im tam się puszyć, podkreślając, jak bardzo są ważni przed wyborami w ich krajach (…). Dziennikarzy można zapraszać na ważne wydarzenia, dostarczać informacji (…). To są techniki, których nas uczyli. Nie każe im się niczego podpisywać, żeby ich nie spłoszyć. Zamiast formalnych relacji buduje się z nimi nieformalne lub pozornie niezobowiązujące więzi, by zwiększyć ich podatność na manipulację” – mówi Żirnow. I stwierdza, że przypadek byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera to „podręcznikowy przypadek” agenta wpływu. „Najpierw delikatne relacje, potem oferta pracy w Rosniefcie. Niby czysty biznes, a obie strony doskonale wiedzą, że to jest werbunek. Podobnie François Filon, były premier Francji, czy Karin Kneissl, była szefowa dyplomacji Austrii” – dodaje były major KGB.

Werbowanie Polaków

Uważny czytelnik zapewne zauważył, że już na poziomie definiowania agenta wpływu sprawa jest niejednoznaczna. Jedni mówią, że nie są werbowani, inni, że są, jeszcze inni w jednym miejscu mówią, że nie ma werbunku, ale zaraz podają przykład, że jakaś forma werbunku jednak istnieje… Tak właśnie działają służby – i nie ma sensu wierzyć we wszystko, co mówią byli oficerowie. Z pewnością istnieje jakaś forma prowadzenia przez służby agenta wpływu, proces „wychowywania” go, by sam „dojrzał” do bycia pożytecznym narzędziem w rękach obcego mocarstwa. Czy polscy politycy i inne wpływowe postaci życia publicznego są podatne na werbunek ze strony obcych służb? Przywołany już przeze mnie śp. gen. Nowek, choć nie zdradził szczegółów działania polskich służb, opowiadał mi o rozpoznanych przez nasz kontrwywiad metodach obcych wywiadów. Podkreślił ważną rzecz: „Werbunek jest sprawą bardzo trudną, a werbunek osoby interesującej jest rzeczą arcytrudną, to wymaga wieloletnich działań. Oficerowie muszą zrobić rozpoznanie, kto posiada przydatną wiedzę i jednocześnie na tyle podły charakter, że zdradzi swój kraj. Nieudany werbunek to zawsze skandal międzynarodowy. To taka robota saperska. Jesteśmy 38-milionowym krajem, trudno więc, żeby nie było osób, które będą łase na takie pieniądze”. Werbowanie szpiegów z pewnością jest trudniejsze niż pozyskanie agentów wpływu. Jest to jednak praca, która przynosi długofalowe efekty dla werbującego państwa. Polska z pewnością jest obszarem bardzo intensywnych działań obcych wywiadów, przede wszystkim służb rosyjskich. Warto pamiętać o tym zwłaszcza w okresie tak wysokiego napięcia w relacjach międzynarodowych i toczącej się tuż obok wojny, w którą de facto jesteśmy zaangażowani.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się