Nowy numer 43/2020 Archiwum

Choroba układu odpornościowego

Nie trzeba zaświadczenia, gdy sumienie jest stróżem wystarczającym

Pisałem kiedyś o przeróżnych zaświadczeniach. Ale dziś inny wątek mi się nasuwa. Zaczęło się od zaświadczenia dla kandydatki na matkę chrzestną. Mam w kancelaryjnym komputerze kilka wzorów, czy raczej kategorii. Najniższy poziom opiewa, że „nie ma istotnych powodów, by nie dopuścić do pełnienia funkcji chrzestnego”. Tym razem posłużyłem się wzorem z opinią najlepszą, rozszerzoną o komentarz – jednym słowem kandydatka wzorcowa. Aliści...

Kilka dni przed chrztem alarm. „Bo potrzebne zaświadczenie, że byłam u spowiedzi”. Albo ów proboszcz nie czytał, com napisał, albo nie zrozumiał, albo nie uwierzył. Niby drobiazg. Napisałem kolejne zaświadczenie, małego Filipa ochrzcili – i dobrze. Mimo to czuję pewien niedosyt. Skojarzyło mi się to z inną sytuacją. Otóż była jakaś rodzinna uroczystość, uczestnicy Mszy św. przystępują do Komunii, podchodzi dwoje ludzi żyjących w związku niesakramentalnym. Palec na ustach. Tak dzieci podchodzące z dorosłymi do balasek sygnalizują, że one nie do Komunii, jeszcze nie pora, więc tylko krzyżyk na czoło. Zrozumiałem – oni też nie do komunii, bo jeszcze nie gotowi. Ale widać, że chcieliby, pewnie jeszcze nie nadeszła ich pora. Nie trzeba zaświadczenia, gdy sumienie jest stróżem wystarczającym.

A jeśli nie jest? A jeśli nie jest, to i zaświadczenia niewiele pomogą. Przecież człowiek bez sumienia lekką ręką sam podpisze druczek otrzymany od księdza. A nawet profesjonalnie wydrukuje identyczny na domowym komputerze. Co, nie widziałem takich? Widziałem. A trafiło mi się parę razy, za moich wielkomiejskich czasów, widzieć podpis niby mój. Owszem, prawo kościelne nakłada obowiązek pisemnych zaświadczeń w konkretnych przypadkach. Jednak namnożyło się ich ponad wymagania kodeksu. I chyba zachodzi podwójna reakcja. Z jednej strony nasila się powszechny brak zaufania wszystkich do wszystkich. Z drugiej strony wiara w skuteczność zaświadczeń powoduje, że stają się ważniejsze od ludzi i wydarzeń. Wirtualny świat druczków i pieczątek zastępuje rzeczywistość. Tak się dzieje nie tylko w życiu kościelnym. To choroba społeczna, urzędnicza i państwowa. Układ odpornościowy naszego polskiego życia przestaje działać. Sumień nie zastąpią pomysły na nowe zaświadczenia. Mały Filip niech się dobrze chowa, a jego chrzestna niechby zawsze była warta dobrej opinii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także