Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ambasador

Ten Amerykanin poświęcił karierę dyplomaty, żeby poinformować świat o zbrodniach komunistów w Polsce.

Chodzi o pierwszego powojennego ambasadora USA w Polsce. Jego książka „Widziałem Polskę zdradzoną” właśnie ukazała się w wydawnictwie „Fronda”. Artur Bliss Lane z żoną Cornelią przylecieli do Warszawy ostatniego dnia lipca 1945 roku. Samochód wiózł ich z Okęcia do centrum przez morze ruin. Artur patrzył przez okno z rosnącym przygnębieniem. „Przypomniałem sobie stolicę Polski, jaką znałem i kochałem w minionych latach” – napisał później w książce „Widziałem Polskę zdradzoną”. Wspominał żywiołowy entuzjazm warszawiaków na tych samych ulicach 3 maja 1919 roku. Był wtedy początkującym amerykańskim dyplomatą. Był też w Warszawie w 1937 roku. „Była jedną z najpiękniejszych stolic Europy” – zanotował. – „Teraz zaś (...) swąd dymu dawnych pożarów wisiał w powietrzu, a przyprawiający o mdłości, słodkawy odór rozkładających się ciał ludzkich ostrzegał, że wkraczamy do miasta umarłych. (...) Moje oczy szukały nadaremnie jakiegokolwiek znanego placu lub budynku, dopóki w centrum, w Alejach Jerozolimskich, nie zobaczyłem dwóch poczerniałych wież z pogiętego metalu; nagle pojąłem, że to było wszystko, co pozostało z luksusowego niegdyś dworca kolejowego” – napisał.

Pobici podwładni
Artur B. Lane w 1945 roku miał 51 lat. A za sobą prawie 30 lat pracy na różnych szczeblach amerykańskiej dyplomacji. Poprzednio był ambasadorem w Kolumbii. W Warszawie szybko zorganizował ambasadę w pokojach hotelu „Polonia”. Zatrudnił też kilku Polaków. Wśród nich przedwojennych pracowników ambasady, którzy dotarli do niego w łachmanach, skrajnie wycieńczeni. Niestety, wkrótce zaczęło się z nimi dziać coś dziwnego. Jeden przychodził do pracy z twarzą pokrytą strupami i siniakami. „Za każdym razem musiał tłumaczyć je wypadkiem samochodowym, wyrzuceniem z tramwaju itp.” – wspominał Artur. W końcu pracownik wyznał, że regularnie biją go tajniacy z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy żądają od niego donoszenia.

Tłumaczkę ambasady Irenę Dmochowską UB wtrąciło do aresztu, postawiło absurdalne zarzuty o udział w zbrodniach i zmusiło do przyznania się. Artur Lane wymusił na polskim rządzie spotkanie z aresztowaną. W rozmowie uczestniczył ubek, kpt. Adam Humer, „urzędnik o wyglądzie złoczyńcy”, jak zanotował ambasador. Dmochowskiej drżały ręce i wargi, mówiła bardzo cicho, a „Humer bez przerwy przeszywał ją wzrokiem, jakby ostrzegając przed ujawnieniem jakichś zakazanych informacji”. Artur zbierał dowody na zbrodnie komunistów. Politycy PSL, jedynej partii niezależnej od Sowietów, byli mordowani. Często były znane nazwiska morderców, funkcjonariuszy UB, ale nikt ich nie ścigał. Przed wyborami do Sejmu w styczniu 1947 r. komuniści zmuszali ludzi do podpisania manifestu z poparciem dla kandydatów rządowych. W razie odmowy grozili śmiercią całej rodzinie.

I wrzucali opornych do cel, w której musieli stać po kolana w lodowatej wodzie. „Pewien mężczyzna wytrzymał tę torturę przez 72 godziny, odmawiając poparcia listy rządowej. Wdała się gangrena. Amputowano mu obydwie stopy” – relacjonuje Lane. Wybory odbyły się dopiero w styczniu 1947 r., bo komuniści długo przygotowywali się do ich sfałszowania. Artur Lane wybrał się jako obserwator do lokalu wyborczego na przedmieściach Warszawy. Lista wyborcza komunistów miała nr „3”. „Regulamin wyborów przewidywał głosowanie tajne, toteż ze zdziwieniem zauważyłem, że wielu wyborców wyraźnie pokazywało kartkę z dużym, czarnym numerem „3” przed włożeniem jej do koperty. Wkrótce jednak odkryłem, że członkowie komisji wyborczej zaznaczali na liście nazwiska osób, które głosowały tajnie, nie pokazując numeru listy. Zakonnice i księża niezmiennie głosowali tajnie, zgodnie z prawem” – zanotował ambasador.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama