Nowy numer 49/2020 Archiwum

Komu bije dzwon Zygmunta?

Kojarzenie upadku komunizmu z datą 4 czerwca to absurd

Było święto. Chyba ważne, bo telewizja przez cały dzień transmitowała jego obchody. Politycy wznosili toasty i mówili o wolności, tolerancji oraz o tym, co łączy, a nie dzieli. Ich zdania były okrągłe jak stół. Zadbano też o oprawę muzyczną. Do dźwięków dzwonu Zygmunta śpiewała Kylie Minogue.

Co świętowano? Rocznicę 4 czerwca 1989 r., kiedy w wyborach powszechnych został skonsumowany układ między częścią opozycji a komunistami (w Sejmie 65 proc. mandatów zarezerwowano dla przedstawicieli PZPR i stronnictw prorządowych, a pozostałe 35 proc. zdobyli kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”)? A może 4 czerwca 1992 r., gdy Lech Wałęsa z grupą lojalnych posłów doprowadził do odwołania antykomunistycznego rządu Jana Olszewskiego? Pewnie jedno i drugie, bo oba wydarzenia to kamienie węgielne III RP.

Oczywiście, każdy ma prawo świętować, co chce i kiedy chce, jednak mówienie o upadku komunizmu w kontekście 4 czerwca jest absurdalne. Data ta bowiem symbolizuje coś dokładnie przeciwnego: zgodę na historyczną ciągłość między komunistycznym reżimem a demokracją. „Szczególna wdzięczność należy się przywódcom obu stron wojny polsko-polskiej – Lechowi Wałęsie i Wojciechowi Jaruzelskiemu. Obaj dobrze zasłużyli się Polsce” – pisze Adam Michnik. A jego myśl twórczo rozwija Aleksander Kwaśniewski, apelując o zaproszenie do świętowania już nie tylko Jaruzelskiego, ale i Czesława Kiszczaka. Chociaż Michnik i Kwaśniewski nie są bohaterami mojej bajki, w tym przypadku jestem skłonny przyznać im rację. Z perspektywy uczestników „wojny polsko-polskiej”, która swój finał znalazła w Magdalence i przy Okrągłym Stole, 4 czerwca jest wspólnym świętem Wałęsy, Jaruzelskiego i Kiszczaka.

Sęk w tym, że dla wielu anonimowych opozycjonistów nie było żadnej wojny „polsko-polskiej”. Trwała wojna z komunistami okupującymi nasz kraj z upoważnienia Moskwy, ale nie z Polakami. Komunizm, jak wiadomo, nie ma narodowości. Manifestuje swój internacjonalizm, a jego ostatecznym celem jest światowa rewolucja. To nic, że w późnym Peerelu zastąpił te ideały dążeniem do zachowania władzy, pieniędzy i przywilejów przez partyjnych notabli. Nadal pozostawał ideologią międzynarodową, oderwaną od polskości. Dzięki układowi zawartemu przy Okrągłym Stole komunistyczni aparatczycy i funkcjonariusze SB zachowali ogromny wpływ na politykę III RP. Komunizm w Polsce nie upadł z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, ani z roku na rok. Najwyżej stopniowo, w bólach, degenerował się i tracił znaczenie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama