Nowy numer 31/2022 Archiwum

Cierpienie w obiektywie

Jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów. To może i banał, ale wiosną 2022 roku przekonujemy się o tym codziennie.

O dramacie Ukrainy zdjęcia mówią więcej niż słowa. Zwłaszcza że są to obrazy bardzo różne: reporterskie, symboliczne, memotwórcze. W tej ostatniej kategorii przodują ukraińskie traktory holujące rosyjskie czołgi, ale nie tylko. Ośmieszanie przeciwnika ma bowiem nie mniejsze znaczenie w wojnie informacyjnej niż pokazywanie okrucieństwa. Historia fotografii pełna jest zdjęć, które nie tylko opowiadały wojny, kataklizmy, ludzkie dramaty, lecz wpływały wręcz na bieg wydarzeń. Ładunek emocjonalny, kompozycja, dramatyzm tego, co oglądamy, porusza sumienia, nie pozwala milczeć. Tak było ze słynnymi czarno--białymi zdjęciami Eugene’a Smitha z japońskiej Minamaty, rybackiej wioski, której mieszkańcy chorowali i umierali od jedzenia ryb skażonych rtęcią. Rzecz działa się na początku lat 70. XX wieku i kto wie, czy właśnie wstrząsające zdjęcia zdeformowanych ciał zamieszczone w tygodniku „Life” nie wpłynęły na zmianę postawy światowej opinii wobec problemu skażenia środowiska. A zwłaszcza „Tomoko i matka w kąpieli”, współczesna pieta, fotografia pojawiająca się w zestawieniach najważniejszych zdjęć, jakie powstały w ubiegłym wieku.

O Minamacie opowiada film pod tym samym tytułem (Canal+) ze znakomitą rolą Johnny’ego Deppa, który wcielił się w postać Eugene’a Smitha. Ale warto film zobaczyć nie tylko dla tej kreacji. „Minamata” to także opowieść o cenie, jaką fotoreporterzy płacą za swoją pracę, a jest to wątek szczególnie ważny w kontekście wojny na Ukrainie. I nie chodzi tylko o zagrożenie życia, ale i konsekwencje dla psychiki.

Smith był legendą dziennikarstwa w czasach II wojny światowej, twórcą gatunku zwanego esejem fotograficznym, czyli historii opowiadanych wyłącznie poprzez zdjęcia reporterskie. Podczas bitwy o Okinawę został ranny. Wojna pozostawiła w jego psychice głęboki ślad. W jednej ze scen filmu przywołany jest przykład wielu Indian, którzy ponoć nie pozwalali się fotografować, wierząc, że uwiecznieni na kliszy tracą duszę. Smith dopowiada: „Nikt nie bierze pod uwagę, że to fotograf, uwieczniając rzeczy straszne, ma nieodwracalnie zranioną duszę, jakaś jej część umiera”. Wiedział, co mówi, bo sam cierpiał na depresję i alkoholizm. Przed wylotem na Minamatę był już życiowym bankrutem, stracił rodzinę i majątek. Ta misja znów uczyniła go sławnym, ale niewiele zmieniła w życiu prywatnym.

Obrazy zniszczeń, cierpienia, okrucieństwa są dziś z nami nieustająco. Być może za jakiś czas znikną z pierwszych stron gazet, telewizji i mediów społecznościowych. Ale ślad zostanie, zwłaszcza w głowach tych, którzy wojnę widzieli na własne oczy. W czasach, gdy sztuczna krew nieustannie leje się na planach filmowych, umniejszane są skutki długotrwałego obcowania z prawdziwą przemocą. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama