Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dobrzy ludzie w piekle

- Ooo, tu jest napisane: „Arbeit macht frei”! To chyba znaczy, że dzięki pracy mogę zostać zwolniona! – ucieszyła się 19-letnia Zosia.

Był 30 maja 1942 roku. Zosia Posmysz miała blond włosy i wyjątkowo sympatyczną buzię, była bardzo wysoką nastolatką.Trafiła pod bramę obozu w Auschwitz, bo Niemcy złapali ją w Krakowie na czytaniu ulotek. Czytała je u kolegi, razem z całą paczką przyjaciół. Ktoś jednak na nich doniósł. Gestapowcy Zosię pobili, a potem wysłali tutaj, do Oświęcimia.

Kobiety przyklejone do drutów
Dzisiaj, po prawie 63 latach, Zofia Posmysz-Piasecka mieszka w Warszawie. To bardzo elegancka kobieta. Trudno mi uwierzyć, że ma 82 lata. Zrobiła herbatę, przyniosła ciastka. – Trafiłam do bloku nr 8, na środkową pryczę – wspomina dzisiaj pogodnym tonem. – Ale te prycze były strasznie zapchlone, że i tak nie dało się spać – dodaje.

Zresztą snu nie było dużo. O 3.30 w nocy wyrwano ich ze snu. I tak codziennie przez najbliższych kilka miesięcy. Była jakaś ciecz do picia, nazywana kawą. Do jedzenia – nic, chyba, że ktoś zachował trochę chleba z wieczornego przydziału. Przełknąć i szybko na apel. Apel, na którym i tak trzeba było stać bezczynnie aż do szóstej, do przyjścia esesmanów.

– Potem wychodziłyśmy do pracy. Ogrodzenie obozu było pod napięciem. Przechodziłyśmy więc obok przyklejonych do niego ciał kobiet. Kobiet, które w nocy poszły na druty, żeby popełnić samobójstwo – mówi pani Zofia.

Zosia pracowała z początku na polu albo wycinała szuwary w stawach. Ta ostatnia praca była straszna: kobiety brodziły w wodzie po pas. Nieważne, czy był ziąb, upał czy deszcz. Nie mogły nawet podkasać pasiaków.

W czerwcu jedna z koleżanek uciekła. Za karę całe komando Zosi trafiło do karnej kompanii we wsi Budy. Kwaterą była nieczynna szkoła. – Leżałyśmy pokotem na podłodze. A w dzień robiłyśmy przecinkę w lesie – mówi pani Zofia.

W kompanii karnej nie było dodatku dla ciężko pracujących, czyli jednej trzeciej bochenka chleba z kawałkiem kiełbasy raz na tydzień. W obozie można było jakoś tym gospodarować, dzielić na części. A tu?

Wkrótce najbardziej wychudzone i osłabione kobiety zaczęły przewracać się przy dźwiganiu pni. – Był tamesesman, którego z powodu odstających uszu nazywałyśmy Gacek. On po prostu dobijał kobiety, które się przewróciły – kiwa głową pani Zofia. – Były tam też niemieckie więźniarki „funkcyjne”, kryminalistki odpowiedzialne za karną kompanię. Jeśli esesman uderzył którąś z dziewczyn, to te odczłowieczone sadystki już kończyły za niego. Już się od ofiary nie odczepiły, wieczorem znosiłyśmy ją martwą. I tak codziennie – mówi.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama