Nowy numer 48/2020 Archiwum

Herszt ma łagodne oczy

Gdy Aniela Karłowiczowa była jeszcze w połogu, małego Wacka ochrzcił ojciec chrzestny. – Poświęciłem go na księdza – powiedział. – Taki zaszczyt? – niedowierzała kobieta. Był wrzesień 1907 roku...

Ocalony
Śmierć była wokół. Bobola grzebał 40, 50 osób dziennie. Wystarczył granat, chwila nieuwagi... Do tego aresztowania, wywózka. Brat księdza Marian przed powstaniem wraz z rodziną mieszkał na Pradze. Jego szesnastoletnia córka Marysia rwała się do walki. Ojciec prosił: – Zostań, bo matka chora. Ja pójdę.
Poszedł. Był zawsze blisko Wacka. Byli razem i wtedy, gdy księdza na chwilę zawołali do rannego...

Nagle zjawili się Niemcy. Mariana zatrzymali, wywieźli do Drezna. Już nie wrócił. – Ja chyba byłem pod szczególną opieką... – zastanawia się ks. Karłowicz. – Na Starówce strzelał do mnie Niemiec. Z kilku metrów nie trafił. Do połowy zasłonił mnie filar. Niemiec zezłościł się, rzucił granatem. Trafił w filar. Huk, kurz. Pomyślałem, że skoro go nie widzę, to i on mnie nie widzi. Uciekłem. Starówkę opuścił kanałami. Z ostatnimi oddziałami przedostał się na Żoliborz, a stamtąd do Puszczy Kampinoskiej.

Po powstaniu władze kościelne pozwoliły Karłowiczowi pracować z daleka od Warszawy. – Dostałem się za Sochaczew i to mi uratowało życie. Komuniści szukali „Andrzeja Boboli”. Nie byli pewni, czy Karłowicz i Bobola to ta sama osoba. Wypytywali ludzi, chodzili po sąsiedztwie. Nikt mnie nie wydał. Niedługo po wojnie z pierw- szą wizytą pojechał do Pułtuska, do mamy. – Mama powiedziała: „Wszystkie swoje modlitwy za ciebie ofiarowałam”. Odpowiedziałem: „Mamo, masz owoc swoich paciorków”.

I znów walka
W 1947 roku biskup powierzył Karłowiczowi tworzenie parafii na warszawskim Gocławku. Trudne zadanie w tamtych czasach... Nikt nie dostawał pozwoleń, zaczynały się represje. Ksiądz Wacław poszedł do wydziału architektury. Za biurkiem siedziała kobieta. Poznał ją, ona jego. To była Żydówka, którą uratował od śmierci w czasie powstania w getcie. – Nazwiska jej już nie pamiętałem, ważne, że ona zapamiętała moje... Powiedziała: „Karłowiczowi to ja wszystko podpiszę, a każdemu innemu nic”. Zostałem proboszczem na Gocławku i w 1950 roku odbyła się pierwsza Msza w wybudowanej drewnianej kaplicy.

W tym samym niemal czasie, półtora kilometra od kościoła, na placu po bitwie pod Olszynką Grochowską walały się szczątki powstańców z 1831 r. Dzieci czaszkami grały „w piłkę”. Pod koniec lat 60. przyszły do księdza wyrostki, bracia Melakowie. – Księże – powiedzieli – trzeba coś z tym zrobić.
I zrobili. Mimo represji uratowali pamięć o ludziach i teren, który władze komunistyczne przeznaczyły na... koszary ZOMO. Co roku, do chwili obecnej, w rocznicę bitwy odprawiana jest Msza św., jest uroczysty Apel Poległych.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama