Nowy numer 49/2020 Archiwum

Yvonne z bananowego gaju

Co uprawia Papież? To najbardziej interesuje dzieci. Siedzimy w domu z drewnianych pali oblepionych gliną. Żeby przeżyć, trzeba uprawiać. Tak postrzegają świat mieszkańcy Rwandy.

Padri, padri! – głos 7-letniej Yvonne rozbrzmiewa wśród ogromnych bananowców. Uśmiechem zaprasza o. Grzegorza Leszczyka, marianina, w odwiedziny. Z dziecięcą ciekawością dopytuje się o mnie. – Beata nie zna kinya-rwanda – mówi misjonarz. –To ja ją będę uczyć – proponuje Yvonne. Pytanie: iki n’ iki?, czyli „co to jest?”, stanie się początkiem wielu gier i zabaw. Językiem oficjalnym w Rwandzie jest francuski. Przynajmniej w teorii. Nawet młodzież kończąca szkołę średnią ma problem z porozumiewaniem się w tym języku. – By być z tymi ludźmi, musisz ich pokochać i poznać ich język – mówi o. Ryszard Kusy, proboszcz prowadzonej przez marianów parafii w Nya- kinama.

Głód – mój towarzysz
Na ścieżce robi się zbiegowisko. Kolejne małe rączki chwytają moje dłonie. Za chwilę każdy palec ma kilku wyraźnie zadowolonych właścicieli. Przepychają się, by być jak najbliżej. W Afryce wystarczy dosłownie przystanąć w wiosce czy na drodze, a zaraz obok pojawi się gromadka dzieci. Poobrywane koszuliny, spodenki w strzępach i umorusane buzie. Maluchy dźwigają na plecach młodsze rodzeństwo. Jeden przez drugiego odpowiadają na pytanie misjonarza. Śmiech i gwar rozmowy przyciągają kolejne dzieci. Kilkoro w lepiących się od słodkiego soku rękach trzyma kawałki trzciny cukrowej i ssie ją. Głód jest nieodłącznym towarzyszem Afrykanów. Jedzą raz dziennie. Głównie ziemniaki i fasolę. Mięso jest tylko od wielkiego święta, raz do roku. Wiele z tych dzieci nigdy go nie jadło. A banany? Rosną dosłownie wszędzie. Ponad 100 gatunków, ale to nie wystarcza, by rozwiązać problem głodu.

Yvonne biegnie w głąb gaju. Za chwilę wraca zmartwiona. „Wujka nie ma, a ja nie mam klucza. Nie możemy wejść do domu”. Jest sierotą. Jej rodzice zmarli na AIDS. Ta choroba zbiera coraz większe żniwo. Jeszcze kilka lat temu problemem były głównie dzieci, które straciły najbliższych w czasie ludobójstwa w 1994 r. Teraz „dzieci wojny” dorastają i się usamodzielniają. Wyzwaniem są AIDS, gruźlica i malaria. Tylko w parafii Nyakinama jest prawie półtora tysiąca sierot. Rwanda jest krajem o jednym z najwyższych na świecie wskaźników gospodarstw domowych prowadzonych przez dzieci (ok. 50 tys.). Żyje w nich ponad 100 tys. dzieci.

Zaprasza nas do siebie Esperance. Jej imię znaczy: Nadzieja. Jej mąż niedawno zmarł. Choruje na AIDS. Z dwójką dzieci mieszaka w glinianej chacie. Wchodzimy do środka. To znak, że traktuje nas jak swoich. Całe mieszkanie to jedna niska niewielka izba. Jedynym wyposażeniem jest stojące pod ścianą łóżko. Siadamy. Nad głową zwinięta moskitiera. Służy za szafę. W kącie palenisko. W garnku bulgoce fasola. Dzieci łakomie wyciągają ręce po cukierki. Przypomina mi się teoria pełnego brzuszka, którą wyłożył mi o. Bogusław Gil MIC – pełne werwy, uśmiechnięte maluchy na pewno wcześniej coś zjadły. Smutne oczy przypominają o niekończącym się burczeniu w brzuchu. Rozkoszujące się cukierkiem dzieci mówią, że to ich pierwszy posiłek. Za godzinę zacznie zmierzchać.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama