Nowy numer 2/2021 Archiwum

Światło w Birkenau

Hildegard Schmitz z Niemiec po pierwszym pobycie w muzeum KL Auschwitz-Birkenau z przejęcia rozchorowała się. Zaczęły jej się śnić kominy krematorium. Dopiero za drugim razem przyszło wewnętrzne uspokojenie.

Milczenie Agnes
Erdmuthe Muller, też powojenny rocznik ’48, wychowała się na lekturach Else Ury – niemieckiej Żydówki, straconej w Auschwitz. – Nikt tak pięknie nie pisał po niemiecku. Niemcy stracili kogoś, kto ukochał ich ojczyznę, dlatego że był Żydem – nie może się z tym pogodzić. Jej ojciec, Friedrich, podczas wojny stacjonował z wojskiem niemieckim we Francji. – Nie mówił nic złego o tamtych latach. Matka milczała. Erdmuthe, tak jak jej matka Agnes, została pielęgniarką w Czerwonym Krzyżu. Agnes podczas wojny razem z niemieckim wojskiem przywędrowała aż do Charkowa. Zapamiętała krakowskie getto, wagony jadące w stronę Oświęcimia. – Na Ukrainie działały bojówki partyzantów – opowiada Erdmuthe. – Żołnierze niemieccy sadzali na tory ukraińskie kobiety, żeby w ten sposób zabezpieczyć je przed wysadzeniem. Moja matka nie umiała im pomóc, czuła się bezradna i zagubiona. W 1989 r., kiedy razem z córką zwiedzały w Murmańsku muzeum okupacji, matka o mało nie zemdlała. – Musieli przynieść jej krzesło, kiedy zobaczyła na zdjęciach tamte ukraińskie kobiety – mówi. – Wtedy zrozumiała, że najważniejszy jest spokój sumienia. I że trzeba odzyskiwać go co dzień.

Pokuta i pojednanie
Stoimy przed bramą obozu Birkenau. Siwowłosa Ingrid Wester, też z Bad Bergzabern, opowiada, że tu dokonywał zabójczych eksperymentów medycznych jej wuj – Johann Kremer, profesor patologii. – Przyjeżdżam do Auschwitz-Birkenau nie tylko po to, żeby pokutować za grzechy rodziny – mówi. – Modlę się, by przezwyciężyć tamto zło, które może nadal dzielić, utrudniać pojednanie.

Magdalena Stefan od 1992 r. mieszka w Niemczech. Dziś ma podwójne obywatelstwo. – Najważniejszy jest dla mnie człowiek, obojętnie jakiej narodowości – wyjaśnia. – I dlatego mogę mieszkać w Niemczech. Joanna Borowska na swoich obrazach, które wiszą w Centrum, przedstawiła dłonie dotykające światła. – Nie wiadomo, czy ono samo przychodzi, czy to skutek naszych pragnień, żeby nadeszło. Światło jest jej malarską metaforą łaski. Tory kolejowe, na których na chwilę przysiedli moi rozmówcy, błyszczą w pełnym słońcu. Jego światło spływa na nich z góry niepohamowanie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama