Każdy dzień Marty Chrzan wygląda podobnie. Od rana kilka godzin spędza przy sztaludze, lipowych deskach, ucieraniu kamieni. Pracuje w domu, w skromnym mieszkaniu, na jednym z wielu gdyńskich osiedli. Pisze ikony. Po południu wychodzi na spacer, by w pobliskim kościele spotkać się z Tym, któremu zawdzięcza wszystko, przede wszystkim życie. Potem do wieczora... tlenoterapia.
Marta urodziła się w Słupsku. Potem z rodzicami przeprowadziła się do Gdyni. Mukowiscydoza – to określenie wówczas zabrzmiało dla wszystkich jak wyrok. Z tą genetyczną, nieuleczalną chorobą ludzie żyją maksymalnie dwadzieścia kilka lat. Marta żyje o wiele dłużej. Lekarze nie są w stanie wytłumaczyć, dlaczego. Z medycznego punktu widzenia nie powinno jej już być wśród nas. Nieraz to od nich słyszała.
Złoto najwyższej próby
Ikony są jej pasją od kilkunastu lat. Kiedy uczyła się w liceum plastycznym, uważała je za malarstwo prymitywne. Dopiero gdy sama zaczęła je malować, odkryła w nich coś wyjątkowego. – W swojej prostocie zawierają wszystko. Teraz nie wyobrażam sobie bez nich swojego życia – wyznaje Marta. Jako pierwsza katoliczka ukończyła prawosławną szkołę pisania ikon w Bielsku Podlaskim. Odtąd zawsze zachowuje zasady kanonu i odwieczne receptury. Pigmenty uzyskuje z minerałów i kamieni półszlachetnych.
Używa też złota najwyższej próby. – To jest przecież ikona. Gdybym przygotowywała je z innych materiałów, byłoby to pewnego rodzaju oszustwo – mówi Marta. Pigmenty przygotowuje sama. – Czasami znajduję je nad morzem. Szukam kolorów ochry, czyli brązu, albo odcieni ceglastych – opowiada. Uciera hematyty czy malachity. – Naturalne pigmenty dają zupełnie inny efekt. To jest całkowicie inna gra świateł. Tym bardziej że z nieutartego do końca kamienia pozostają ziarenka kwarcu. To daje niesamowity efekt w świetle świec, które w cerkwiach płonęły przed ikonami. Nie do uzyskania farbami olejnymi, akrylem czy zwykłą temperą – wyjaśnia.
Gdy w czasie wakacji, jako mała dziewczynka, odwiedzała swojego dziadka, często bawiła się przy wyjątkowo pięknej lipie, która rosła na podwórku. – Dziadek nigdy nie pozwalał zrywać z niej gałęzi, żeby rosła prosto – wspomina Marta. Dzisiaj, wie, że dziadek przeczuwał, że drewno z lipy przyda się do czegoś wyjątkowego. I tak się stało. Pocięte na deski, posłużyło do wykonywania ikon. – Właśnie zużyłam przedostatni kawałek tamtej lipy – pokazuje Marta.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








