Niby wioska, wciśnięta między podmiejskimi domami. Może jednak nie wioska, a raczej obozowisko. Okolone glinianym murkiem. Przy każdym postawionym kroku wzbija się chmura brudnego pyłu i chmura muszysk ociężałych od żerowania w śmieciach. Żeby nakręcić główną sekwencję półgodzinnego reportażu, będę tutaj musiała spędzić dzień lub dwa. Ale jak ja tu wytrzymam? Gdy w cieniu ponad plus 40 stopni, gdy po kilku minutach kurz osiadł już na kamerze, na włosach, na całym ubraniu. No i te muchy, czuję zapach bakterii… może uciec?
Jestem Maluk z Kunduzu
Patrzy na mnie bardzo uważnie, z niezwykłą dla dziecka powagą. Nie przerywa pracy. Z jednej góry śmieci wyciąga woreczki plastykowe, kartki papieru, zeszyty, długopisy, potłuszczone koperty… Wygładza i rozprostowuje pomięte woreczki, odkłada na drugą górkę, a kartki do starego pudła, a długopisy jeszcze gdzie indziej. Nie odrywamy od siebie wzroku. Naprzeciw niego chudy mężczyzna z siwą brodą segreguje plastykowe butelki. – As-salam Alejkum, pokój z tobą, czy ten pan to twój ojciec? – pytam. Chłopak uśmiecha się: – Alejkum as-salam, honum (kobieto, coś jakby „proszę pani”), ten pan to śmieciarz, tak jak i ja. Ja pracuję razem z nim. Mój ojciec jest tam, w domu. Chcesz poznać mojego ojca?
Wychodzi spośród gór śmieci, ociera małą czarną z brudu rękę w nogawkę, stoi przede mną, czeka… Wypadałoby mu podać rękę. Kłębią się we mnie myśli, że przecież jakaś cholera, żółtaczka, no ale przed wyjazdem szczepiłam się w eleganckiej klinice w Warszawie, w której ten chłopak pewnie nigdy w życiu nie będzie. Europejka czyścioszka się znalazła! Podajemy sobie ręce, mocny uścisk ma ten chłopak, taki mały mężczyzna. Od tego momentu wiem, że będę miała w nim znakomitego pomocnika do pracy przy kręceniu filmu. – Jak masz na imię? A on znowu z jakąś dumą w głosie mówi: – Jestem Maluk. Z Kunduzu.
Osada na śmietniku
Prowadzi mnie do swego ojca. Ścieżka w kurzu i muchach to główna uliczka osady uchodźców z Afganistanu. Mieszkają tutaj od około 20 lat, na ziemi niczyjej, blisko centrum ogromnego miasta Lahore w Pakistanie. Wzdłuż ścieżki – niby namioty, płachty na drągach, na posupłanych z odpadów sznurkach. Pod tymi dachami – a to wytarte ze starości dywany, a to stara kanapa, fotel, najniezbędniejsze sprzęty gospodarskie, paleniska z ułożonych cegieł, pod garnki czy czajniki znalezione na śmietniku. Maluk od razu pokazuje mi, gdzie kto mieszka. Tutaj to ludzie z Kabulu, a tam z Kunduzu, mojego miasta. Wskazuje na trzy budy z parcianych worków: – Tam jest ubikacja, gdybyś potrzebowała, tam jest dla kobiet. I woda tam jest w dzbankach, gdybyś potrzebowała, do mycia.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








