Nowy numer 49/2020 Archiwum

Czesne a sprawa polska

Debata nad wprowadzeniem odpłatności za studia przypomina lament nad rozlanym mlekiem. Nie ma czego wprowadzać, bo już dziś zaledwie co trzeci polski student nie płaci czesnego. Ale spierać się jest o co, bo system finansowania szkolnictwa wyższego w Polsce stoi na głowie.

Już Milton Friedman, wybitny ekonomista, ideolog wolnego rynku, którego trudno posądzać o prosocjalne odchylenie, trafnie zauważył, że system „bezpłatnych” studiów faworyzuje młodzież z tzw. dobrych domów. Nie jest zatem przy wydawaniu publicznych pieniędzy zachowana zasada solidaryzmu społecznego, gdyż to biedniejsi fundują studia bogatszym. Ten, wydawałoby się, oczywisty fakt od lat nie może przebić się do powszechnej świadomości przede wszystkim dlatego, że jakiekolwiek zmiany – na przykład zapowiedziane niedawno przez Ministerstwo Edukacji Narodowej – natychmiast sprowadzane są na poziom politycznej demagogii. Podnosi się krzyk, że oto liberałowie chcą pozbawić Polaków jednej z ostatnich zdobyczy socjalnych zagwarantowanych konstytucyjnie: prawa do bezpłatnego nauczania.

Profesor Łukasz Turski, fizyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, od lat stojący na czele krucjaty przeciw edukacyjnym mitom, proponuje, by zamiast fikcyjnych konstytucyjnych gwarancji bezpłatnego nauczania wprowadzić wreszcie w życie gwarancje powszechności dostępu do dobrej, wyższej edukacji. Bo bezpłatny wcale nie oznacza w naszych realiach powszechny. – Czas skończyć z uprawianym w Polsce oszustwem edukacyjnym na wielką skalę, a jest nim rażąca niesprawiedliwość w dostępie do wyższego wykształcenia – apeluje prof. Turski.

Dyplom droższy czyli gorszy
Na czym owa niesprawiedliwość polega? Aby to zrozumieć, trzeba wczuć się w sytuację dwóch trzecich studiujących Polaków, którzy dziś za naukę płacą. Inwestycja w edukację w ich przypadku związana jest z ogromnymi wyrzeczeniami, tymczasem w zamian za czesne otrzymują edukację gorszej jakości, w formie zajęć weekendowych, wieczorowych, eksternistycznych. Nawet w obrębie jednej państwowej uczelni dyplom dyplomowi wcale nie jest równy (choć na oko wygląda tak samo), a paradoksalnie, gorszą usługę dostają ci, którzy za nią płacą z własnej kieszeni.

Jest jeszcze inny aspekt tej nierówności. Jak zwraca uwagę były minister edukacji prof. Mirosław Handke, to właśnie osoby z małych miasteczek i wsi najczęściej studiują w trybie zaocznym, niejako dorywczo, przez co rozmijają się z istotą akademickości. A zdobywanie szlifów magistra nie powinno ograniczać się li tylko do zaliczania kolejnych egzaminów. Studia wyższe to proces intelektualnej i duchowej formacji, polegającej na przebywaniu przez kilka lat w inspirującym środowisku.
Paradoks studiowania w Polsce polega na tym, że na większości kierunków państwowych uczelni studia dzienne są wyłącznie „bezpłatne”, a zatem ktoś, kto wnosi czesne do kasy uczelni, nie ma szans studiować w trybie stacjonarnym.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama