GN 48/2020 Archiwum

W stronę... końca

W roku 1998 Hiszpan Ramon Sampedro odebrał sobie życie. Cały akt został tak zaplanowany, by nie obciążać odpowiedzialnością ludzi, którzy mu w tym pomogli. Samodzielnie nie mógł popełnić samobójstwa, bo od prawie 30 lat leżał całkowicie sparaliżowany w domu swego brata. Starannie zaplanowane umieranie kazał zarejestrować na kasecie wideo. Nagranie wyemitowano w hiszpańskiej telewizji.

Sympatyczna twarz umierania
Czy człowiek nieuleczalnie chory ma prawo do eutanazji lub uzyskania pomocy w samobójstwie? To podstawowe pytanie, które rodzi się po obejrzeniu filmu, jednoznacznie opowiadającego się za eutanazją. Jest w nim scena, którą można nazwać kluczową, a która doskonale pokazuje nie tyle racje po obu stronach barykady, co raczej stanowisko reżysera w tej materii.

Do domu Ramona przyjeżdża ksiądz jezuita, również sparaliżowany i poruszający się na wózku inwalidzkim. Ponieważ wózka nie można przenieść wąską klatką schodową do pokoju Ramona, chorzy muszą rozmawiać przez posłańca. Ksiądz przyjechał, by odwieść chorego od decyzji o samobójstwie, ale jego argumenty nie przekonują Ramona, zdeklarowanego ateisty.

Reżyser zręcznie steruje emocjami widzów. Wszyscy, którzy pomagają bohaterowi w jego staraniach o uzyskanie sądowej zgody na samobójczą śmierć, to ludzie sympatyczni, budzący pozytywne skojarzenia. Natomiast przeciwnicy tego kroku, jak ksiądz czy brat bohatera, budzą w widzu niechęć i zniecierpliwienie. Ramon, jak każdy chory, budzi współczucie i podziw, a widz podświadomie zaczyna życzyć mu powodzenia. Ale później przychodzi refleksja, że może nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak się wydaje po pierwszym obejrzeniu.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama