Nowy numer 48/2020 Archiwum

Co wytrzyma samolot

To jedna z najbardziej tajemniczych katastrof lotniczych w historii. Kilkanaście dni temu zniknął z radarów samolot z 228 osobami na pokładzie. Co się z nim stało?

Nie wiadomo nie tylko, co się stało, ale także gdzie się stało. Pierwsze wydobyte szczątki pochodziły z zupełnie innej maszyny. Jakiej? Też nie wiadomo. Kilka dni później odnaleziono dwa ciała pływające na powierzchni wody. Najprawdopodobniej to nieżyjący pasażerowie feralnego A330. Taka katastrofa jak ta nie miała prawa się zdarzyć, a jednak się zdarzyła.

Co tam się stało?
Pomijając (choć nie wykluczając) najmniej prawdopodobne scenariusze, jak chociażby ten, że francuski airbus zderzył się w powietrzu z innym samolotem, rozważyć można dwa przypadki. Pierwszy to atak terrorystyczny, a drugi to czynniki zewnętrzne, od człowieka niezależne. Cokolwiek stało się z A330, jedno jest pewne, musiało się to stać bardzo szybko i niespodziewanie. Można jeszcze dodać, że kompleksowo. Na tyle szybko, że nikt – ani człowiek, ani urządzenia automatyczne – nie zdążył wysłać pełnej informacji, pełnego sygnału alarmowego. Samolot wysłał ponad 40 komunikatów, ale były one ze sobą sprzeczne. To, co się stało, musiało być na tyle niespodziewane i nieprzewidywalne, że przez kilka godzin lotu nic nie wskazywało na zbliżające się niebezpieczeństwo. I ostatnia sprawa: samolot w powietrzu musiał się rozpaść w drobny mak. W jednym momencie unicestwione zostały wszystkie jego podsystemy.

Terroryści?
Podobno francuskie linie lotnicze Air France od jakiegoś już czasu otrzymywały ostrzeżenia, że w ich samolotach planowany jest zamach bombowy. Czyżby więc atak terrorystyczny? Za eksplozją na pokładzie samolotu przemawiają dwa szczegóły. Po pierwsze, w ten sposób da się wytłumaczyć brak jakiegokolwiek sygnału alarmowego. Eksplozja rozerwała samolot i piloci nie mieli czasu ani możliwości wysłania czegokolwiek. Bomba może tłumaczyć też lawinę komunikatów z różnych podzespołów samolotu, tuż przed jego zniknięciem z radarów. Eksplozja uszkodziła wiele systemów maszyny naraz i komputer wysyłał raporty o ich stanie. Więcej jest jednak argumentów przeciw bombie na pokładzie. Jeżeli to miał być atak terrorystyczny, dlaczego nikt się do niego nie przyznał? Po co robić zamach i zostać w ukryciu? Druga sprawa, ładunek wybuchowy musiałby być całkiem spory, a takiego nie jest łatwo na pokład wnieść. Jeszcze mniej prawdopodobne, że samolot został zestrzelony. Gdyby katastrofa zdarzyła się nad terytorium Afganistanu, to co innego. Ale na środku Atlantyku nie ma terrorystów gotowych strącić samolot pasażerski.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się