Nowy numer 49/2020 Archiwum

Nie jesteśmy genetycznymi robotami

Geny to nie wszystko. Na nasze życie ma wpływ bardzo wiele czynników – mówi Sir Alec Jeffreys w rozmowie z Tomaszem Rożkiem.

Tomasz Rożek: Podobno czuł się Pan naukowcem już w wieku 5 lat. Co odkrył 5-letni Alec?
Sir Alec Jeffreys: – (śmiech) No cóż, nie będę opowiadał o szczegółach, bo większość z nich jest dla mnie dość kłopotliwa. Pamiętam jednak, że wszystko mnie interesowało. Próbowałem wszystko zrozumieć. Miałem coś, co dzisiaj nazwałbym naukowym sposobem myślenia. W wieku ośmiu lat dostałem mikroskop. To było jak wejście w inny świat. Świat fascynujący, bo ukryty. Ukryty, ale równocześnie nas otaczający. Później dostałem zestaw odczynników chemicznych.

A więc biologia i chemia?
– Tak. W wieku około 13 lat znalazłem pokrewną dusze. Farmaceutę. To od niego dostawałem odczynniki potrzebne do doświadczeń. Sam uczyłem się chemii. To było szalone i niebezpieczne. Nie tylko dla mnie. Pamiętam, że kiedyś w szklanej butelce owiniętej gazetą wiozłem w autobusie niezwykle niebezpieczny tzw. dymiący kwas siarkowy. Korek był nieszczelny i z trzymanej na kolanach butelki unosiła się strużka dymu. Aż mnie ciarki przechodzą, gdy o tym dzisiaj myślę.

Gdzie Pan robił swoje eksperymenty? Lepiej chyba na strychu niż w piwnicy. Jak coś wybuchnie, to dach zawsze można dorobić.
– Moim laboratorium od zawsze była kuchnia. Nie powiem, żeby wszystkim w domu się to podobało, ale też nigdy nie czułem jakiegoś nacisku, żebym przestał. Przeciwnie. Wspierano moje zainteresowania.

Chyba wszystkie dzieci są ciekawe świata, kłopot w tym, że tę ciekawość bardzo często zabija szkoła.
– To prawda. Szkoła nie może zabijać inicjatywy młodych ludzi, powinna rozwijać ich ciekawość i kreatywność. Banały – prawda? Ale moim zdaniem to nie tylko kwestia szkoły, ale kultury w ogóle. Żyjemy w otoczeniu czystym i kulturalnym. W takim, w którym często nie do pomyślenia jest na przykład robienie doświadczeń w kuchni albo bieganie na bosaka po polu i łapanie żab, po to, by z bliska im się przyjrzeć. W dużej mierze to dzisiejszy świat ogranicza młodych i niepokornych. Gdybym został wychowany według powszechnie – nawet za moich czasów – przyjętych wzorców, nigdy nie zostałbym naukowcem. Szkoła nie tylko nie może łamać dziecięcego zainteresowania, ale powinna je przywracać, bo dzieci, które szkołę zaczynają, są już tej ciekawości często pozbawione. Dzieci powinny mieć więcej czasu na zabawę, a rodzice powinni dbać, by ta zabawa była mądra, rozwijająca. Bo nauka to zabawa. To ciężka praca, ale zabawa. Te dwie rzeczy wcale nie są sprzeczne.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się