Nowy numer 27/2022 Archiwum

Dominikanin w Kijowie: „Panie, jeśli mnie tutaj postawiłeś, to jestem”

Rozmowa z o. Tomaszem Samulnikiem, posługującym w ukraińskiej stolicy, o powracającym do życia Kijowie, nadziei i pokornym planowaniu przyszłości.

Agnieszka Huf, Piotr Sacha: Boże, dlaczego ja tu jestem? W Kijowie? W tym czasie? Często Ojciec o to pyta?

o. Tomasz Samulnik OP:
Kluczowym momentem życia zakonnego – i życia w ogóle – jest posłuszeństwo Bogu. A posłuszeństwo Bogu wyraża się w posłuszeństwie przełożonym. Raczej nie mam tego typu myśli – co ja tu robię. Zgłosiłem chęć, by mieszkać i pracować w Ukrainie, gdy pojawiła się taka możliwość, ponieważ od początku nosiłem w sobie pragnienie wyjazdu na misje. Polska Prowincja Dominikanów opiekuje się wikariatem Ukrainy, czyli innymi słowy – filią Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego. I tu właśnie do pracy skierował mnie prowincjał. Wiecie, u nas w zakonie popularne jest nieco ironiczne powiedzenie: „Nic mnie w zakonie nie trzyma oprócz siły grawitacji” (śmiech). A tak zupełnie serio: mnie trzyma tutaj w Kijowie wiara. Gdy Rosjanie byli już blisko miasta, gdy nieopodal słyszeliśmy wybuchy i strzelaninę, rozważaliśmy wspólnie: wyjeżdżać czy pozostać? Zgodnie zdecydowaliśmy, że zostajemy. Gdyby jednak wojska rosyjskie zajęły miasto i zaczęły strzelać do ludności cywilnej, wówczas czymś bardzo nieroztropnym byłby nasz pobyt w Kijowie; musielibyśmy opuścić to miejsce. Na szczęście do takiej sytuacji nie doszło. Kijów został obroniony. 

Rozmawiamy w 89. dniu wojny w Ukrainie. Czy wciąż rodzi się wdzięczność za wybór tego miejsca?

Jak wspomniałem, nie zdaję sobie tego typu pytań, dlaczego jestem tu, w tym czasie. A wdzięczność rodzi się często, spontanicznie, w codzienności. Być może w pierwszych dniach wojennej eskalacji, w skrajnym zmęczeniu wywołanym nieustannym napięciem oraz intensywną pracą towarzyszyła mi wściekłość, że akurat jestem w tym miejscu. Jednak szybko otrzeźwił mnie w tym stanie moment prostej refleksji wynikającej z prostej (daj Boże) wiary: „Panie, jeśli mnie tutaj postawiłeś, to jestem. Widocznie uważasz, że obecne okoliczności na tym konkretnym etapie mojego życia są korzystne dla mojej duszy. Taką drogą prowadzisz mnie do zbawienia”.

Czy nadzieja wraca do Kijowa?

Nadzieja w Kijowie obecna jest cały czas. Jest to nadzieja podtrzymywana wiadomościami z frontu, że Ukraina odniesie zwycięstwo, że żołnierze na kolejnych terytoriach wypierają wroga. Zwykli mieszkańcy, z którymi rozmawiam, do przyszłości podchodzą jednak z pokorą. Z nadzieją na zwycięstwo, ale też z respektem wobec przeciwnika, który działa często w sposób nieprzewidywalny - świadczą o tym nieprzewidywane ataki rakietowe w różnych częściach Ukrainy (również w Kijowie), a nie tylko na wschodzie kraju. 
Z pewnością życie powoli wraca do Kijowa. Mieszkańcy, którzy wyjechali, w minionych dwóch, trzech tygodniach powoli zjeżdżają do miasta, które się odradza. Kolejne sklepy są otwierane, a na ulicach przybywa samochodów. Za niedługo być może znów pojawią się osławione kijowskie korki.

Z czego bardzo się ucieszycie.

Tak, przynajmniej na chwilę! Bo korki samochodowe to normalna kijowska rzeczywistość. Będą więc przez jakiś czas takim kolejnym pozytywnym znakiem normalności.

Wojska rosyjskie odsunęły się co prawda od Kijowa, wciąż jednak jesteście w zasięgu rakiet i samolotów. Czy w mieszkańcach jest dziś więcej lęku, że te najstraszniejsze rzeczy powrócą czy więcej nadziei – przetrwaliśmy i budujemy?

Jedna i druga rzeczywistość są w Kijowie obecnie wyczuwalnie i wzajemnie się przenikają. Wynikający z tego stan napięcia jest bardzo uciążliwy. Alarmy bombowe słyszymy w Kijowie średnio trzy do pięciu razy w ciągu dobry, co przypomina nam, mieszkańcom, że nie możemy czuć się jeszcze całkiem bezpieczni. Tak, jesteśmy w zasięgu rakiet. Ale Kijów to ogromne miasto. Nie tak łatwo można go zdobyć, o czym przekonali się już Rosjanie. W miejscach, gdzie spadały bomby, ludzie odbudowują swoje sklepiki, swoje domy... Z drugiej strony myśl o tym, że rakieta może trafić w budynek mieszkalny, zawsze wzbudza trwogę. Nasza kucharka, pani Katia, mieszkała w naszym klasztorze przez około dwa miesiące. Wreszcie postanowiła wrócić do swojego mieszkania. Niedługo po jej powrocie rakieta uderzyła w blok mieszkalny sąsiadujący z jej blokiem. Pani Katia bardzo się przestraszyła i wróciła do nas, do klasztoru. Aktualnie pomieszkuje w swoim mieszkaniu. Tak właśnie wygląda życie w napięciu – między nadzieją na normalność a lękiem.
A propos normalności. Ojciec Misza, przełożony klasztoru w Fastowie (80 km od Kijowa), kilka dni temu zorganizował piknik dla mieszkańców Borodzianki. Przyjechał wraz z wolontariuszami food truckiem. Na gruzach miasta rozdawał jedzenie i pyszną, prawdziwą kawę! A warto wiedzieć, że w Ukrainie jest kultura picia dobrej kawy. 

A działo się to w mieście, które jest jednym z symboli rosyjskiego okrucieństwa, jak Bucza czy Irpień. Ojciec mówi o próbie powrotu do normalności, prostych przyjemności. A co w rzeczywiści duchowej zmienia ta wojna? 

Nie potrafię dziś odpowiedzieć na to pytanie. Żyję w Ukrainie i obserwuję ludzi od blisko dziesięciu miesięcy. W Ukrainie żyje niespełna 1 proc. katolików rzymskich oraz kilkanaście proc. grekokatolików. Zdecydowana większość to prawosławni Patriarchatu Moskiewskiego lub Patriarchatu Ukraińskiego. Potrzebuję czasu i doświadczenia, które z czasem przychodzi, aby odpowiedzieć rzeczowo na tak postawione pytanie. 

Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do przebaczenia nieprzyjaciołom. Ojcze, jak to zrobić, gdy na samą myśl o Rosjanach wracają przed oczy obrazy nieludzkich okrucieństw, martwe ciała leżące na ulicach? 

Przebaczenie jest naszych aktem woli wobec bliźniego. Tak nas uczył i tak sam czynił Chrystus. To wypowiedziany akt woli – w konkretnym nieszczęściu, w konkretnym bólu, wobec konkretnych osób. Uczucia związane z tym nieszczęściem będą nam towarzyszyć jeszcze przez długie lata. Obrazy i doświadczenia związane w przebiegiem wojny poranią nas, a niektórych naznaczą na resztę życia. Ale mimo to zraniony może podjąć akt przebaczenia. Ów świadomy akt wolnej osoby zależy m.in. od chrześcijańskiej samoświadomości i relacji miłości z Jezusem. W tej sprawie często przychodzi mi na myśl takie zdarzenie: jeden z naszych świętej pamięci ojców, z którym żyłem w klasztorze w Krakowie, wspominał, jak rozstrzelano jego rodziców podczas rzezi wołyńskiej. Jako dziecko musiał patrzeć na tę egzekucję. Bardzo trudno było mu się pozbierać emocjonalnie po przeżytej w ten sposób traumie. Wielokrotnie o tym mówił, nawet w podeszłym wieku. Ale jasno, świadomie stwierdzał, że przebaczył oprawcom i modli się za nich.

ZOBACZ TEŻ:

Wierzymy, że już niedługo szpitale wojskowe zostaną zamknięte, nie będzie już wojny i cierpienia fizycznego. Rany duchowe będą jednak krwawić jeszcze wiele lat po wojnie.

Z pewnością. Już teraz staramy się myśleć perspektywicznie i planować różne akcje. W Kijowie na przełomie września i października zamierzamy zorganizować warsztaty muzyki liturgicznej, które planowane były na 25-27 lutego, lecz nie odbyły się z powodu wybuchu wojny. Myślimy o szeregu prostych inicjatyw, gestów, a przede wszystkim o powrocie do zwyczajnego, stacjonarnego trybu duszpasterskiego i dydaktycznego w Instytucie św. Tomasza. Wspomniany przeze mnie ojciec Misza Romaniv wraz ze sporą grupą wolontariuszy Centrum Pomocy św. Marcina de Porres już na co dzień wykonuje tego typu mniejsze i większe gesty pomocy wobec najbardziej doświadczonych wojną.

25 maja mija kolejna rocznica encykliki „Un unumt sin” („Aby byli jedno”) Jana Pawła II, gdzie padły słowa o konieczności oddychania oboma chrześcijańskimi płucami – wschodnim i zachodnim. Jak wiele zmieniło się w relacjach między rzymskimi katolikami, grekokatolikami i prawosławnymi? Czy w praktyce ten ekumenizm realizuje się teraz bardziej niż wcześniej? 

Tu w Ukrainie, w Kijowie owo budowanie jedności się po prostu dzieje – zbliżenie dokonuje się między osobami różnych denominacji chrześcijańskich, jak również pomiędzy chrześcijanami a niewierzącymi. Dzieje się to głównie na płaszczyźnie solidarności w walce, we wzajemnej pomocy, solidarnym znoszeniu niedoli, niedostatków związanych z trwającą wojną. Wierzę, że przez tego typu czysto ludzkie gesty Duch Święty podprowadza nas na głębszy, właściwy poziom bycia jednym Ciałem Chrystusa i tym samym bycia Jego świadkami wobec świata. Myślę, że obecna sytuacja w Polsce jest próbą i zarazem szansą dla naszego altruizmu, wielkoduszności, dobroci. Natomiast dla chrześcijan zaistniała sytuacja przyjęcia w dom bliźniego stanowi weryfikację naszego chrześcijaństwa, która przecież wyraża się w uczynkach wobec bliźnich z tego powodu, że należymy do Chrystusa. Jest to kwestia wiarygodności Kościoła, świadectwo chrześcijaństwa w codzienności społecznej.
Często pytam siebie (i tym pytaniem chcę się z Wami podzielić): Tomek, czy będziesz umiał dać takie świadectwo, żeby Ci, którym służysz, sami kiedyś zapytali: „dlaczego ci chrześcijanie żyją w taki sposób?”. Znowu odnajduję w pamięci niedawne fakty z życia naszej wspólnoty: dwie rodziny prawosławne biorące udział w Triduum Paschalnym, które sprawowaliśmy w naszej kaplicy po zakończonej liturgii dopytywały o znaczenie poszczególnych gestów, symboli, ponieważ u nich liturgia wygląda zupełnie inaczej. Inna z naszych domowniczek, pani Natalia, która tymczasowo mieszka w naszym klasztorze ze swoimi chorymi rodzicami, była - jak sama przyznaje - obojętna religijnie, nieco poszukująca. Po ok. dwóch tygodniach wspólnej modlitwy liturgią godzin oraz uczęszczaniu na Eucharystię, zaczyna na nowo poszukiwać i zadawać pytania, choćby odnośnie słowa Bożego usłyszanego podczas Mszy Świętej. Właśnie tego typu sytuacje są dla nas szansą na bycie jedno, na dawanie świadectwa o Chrystusie i naszej z Nim zażyłości.

Czym ojcowie zajmują się w obecnej sytuacji?

Zajmujemy się posługą duszpasterską w naszej kaplicy oraz u sióstr Misjonarek Miłości czyli tzw. sióstr Matki Teresy z Kalkuty – w ich domu, oprócz sześciu sióstr różnej narodowości, żyje ponad 30 bezdomnych. Im więc służymy. Wykładamy również w naszym Instytucie św. Tomasza z Akwinu – wykłady prowadzone są online, ale studia toczą się zwyczajnym tokiem. Ja prowadzę wykład monograficzny, którego tematem jest koncepcja osoby u Romano Guardiniego i Edyty Stein. Prowadzę ten wykład, od kiedy wojska rosyjskie wycofały się spod Kijowa i zaczął się tym samym stopniowy powrót do normalności. Zaproponowałem studentom ten temat wykładu w kontekście tego, co się dzieje – kiedy życie ludzkie, w tym także życie rosyjskich żołnierzy jest przez nich samych i przez system, w którym żyją nieszanowane, jak osoba jest bezczeszczona, sprowadzona do funkcji przedmiotu, często jednorazowego użytku. Podjąłem ten temat, żeby - na kanwie pogłębionej myśli Sługi Bożego i Świętej - wskazać ponownie na godność osoby, jej od-Boskie pochodzenie oraz jej współpracę z łaską. Studenci chętnie przystali na ten typ refleksji. 

Czy spogląda Ojciec w przyszłość z nadzieją czy z lękiem?

Nadzieję trzeba mieć i pokornie trzeba planować przyszłość. Moim źródłem nadziei jest Pan Bóg, który, jak wierzę, mnie i moich braci posyła do obecności, pracy i świadectwa w tym, a nie innym miejscu. Co do planów, to pracuję nad kierunkiem liturgiczno-muzycznym, który chcemy od października otworzyć przy naszym Instytucie. Planuję wszystko, rozpisuję, robię status, konspekt, konsultuję się z wykładowcami. Jeśli dobry Bóg pozwoli - będziemy kontynuować tę pracę. Żyję ze świadomością, że Rosjanie mogą ponownie bombardować Kijów, więc pracuję z myślą: „o ile wojna nam pozwoli, realizować podjęte plany i zadania”. Jak będzie wyglądać nasza przyszłość w tym miejscu? Nie wiem. Bóg to wie. Potrzeba pokornie planować, pokornie robić swoje i - przede wszystkim - pokornie ufać Dobremu Bogu.
   

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama