Nowy numer 26/2022 Archiwum

Wojenne historie

Ukraińcy, którzy doświadczyli rosyjskiego zła, nie uciekają, lecz z wielkim zaangażowaniem starają się mu przeciwstawić.

Do Charkowa dotarliśmy tuż przed godziną policyjną, która zaczyna się o 21.00. Gdybyśmy nie zdążyli, musielibyśmy spędzić noc w samochodzie na przedpolach miasta od początku wojny ostrzeliwanego przez Rosjan. Transport z pomocą humanitarną został zorganizowany przez Zakon Rycerzy Jana Pawła II i ukraińską Chrześcijańską Służbę Ratunku. Przewożą oni do Ukrainy najpotrzebniejsze rzeczy, docierając do miejscowości objętych działaniami wojennymi. Głównym organizatorem przedsięwzięcia jest Włodzimierz Korczyński, prowincjał Rycerzy JPII na Ukrainie, bez którego trudno wyobrazić sobie powodzenie tych działań. W podróży towarzyszy nam inny rycerz JPII, Wiktor Serba z Gródka Podolskiego. Nasz transport ma szczególne znaczenie, wieziemy bowiem zestawy medyczne i sprzęt dla szpitala wojskowego. Kapelanem jest w nim michalita ks. Michał Prokopiw, który przyjechał tu z Polski po wybuchu wojny. Ksiądz Michał przekazuje do Polski informacje o potrzebnych artykułach medycznych, a darczyńcy, np. gmina Nadarzyn, starają się je dostarczać.

Pod ostrzałem

Ulice Charkowa są wyludnione. Od początku wojny z tego prawie półtoramilionowego miasta wyjechało około miliona mieszkańców. Ci, którzy pozostali, żyją w piwnicach, schronach i na stacjach metra. Dyrektor miejscowej Caritas ks. Wojciech Stasiewicz opowiada, że w każdej z 36 stacji metra mieszka od 100 do 600 osób. Niektórzy od 24 lutego nie wyszli na powierzchnię. W mieście nie funkcjonują zakłady pracy, brakuje żywności i wody, nie ma prądu. Caritas dostarcza ludziom produkty niezbędne do przetrwania. Dwa razy w tygodniu wolontariusze rozdają żywność. Robią to za każdym razem w innym miejscu parku, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo narażenia się na rosyjski atak. W pierwszych dniach wojny z pomocy tej korzystało kilkadziesiąt osób, obecnie jest ich nawet tysiąc. Wolontariusze Caritas dostarczają również żywność do metra i zniszczonych dzielnic miasta.

Rosjanie bezlitośnie bombardują Charków. Zburzone domy, zniszczone fasady, budynki pozbawione okien. Pomnik narodowego wieszcza Tarasa Szewczenki został szczelnie zasłonięty workami z piaskiem i czarną folią. Na rynku Ukraińcy ustawili kilkumetrowy rosyjski pocisk, który nie wybuchł – jest to symbol bestialstwa najeźdźców bombardujących bezbronnych mieszkańców. Celem rosyjskich ostrzałów są nie tylko punkty strategiczne, lecz także osiedla mieszkaniowe. W wyniku bombardowania najbardziej ucierpiało osiedle Sałtiwka, które zostało niemal całkowicie zrujnowane. Z ok. 500 tys. mieszkań ocalało jedynie tysiąc. Szacuje się, że ok. 25 proc. miasta wymagać będzie odbudowy. Co kilka godzin w Charkowie rozlega się dźwięk syren, które ostrzegają przed ostrzałem.

Życie religijne zostało ograniczone do minimum. Biskup diecezji charkowsko-zaporoskiej Paweł Gonczaruk wyjaśnia, że służby bezpieczeństwa prosiły, aby nie odprawiać nabożeństw w kościołach, gdyż mogą one stać się celem bombardowania. Dlatego Msze św. odbywają się w innych miejscach. Na prośbę biskupa miasto opuściły wszystkie zakonnice. Wracając do Polski, zabraliśmy rzeczy karmelitanek bosych, które w pośpiechu opuściły swój klasztor i schroniły się w Częstochowie.

Ekumeniczny szpital

Przy wjeździe do szpitala widać zniszczenia po ataku rakietowym, budynek jednak nie został zrujnowany. Sześciopiętrowy, ogromny gmach jest przepełniony, co chwilę podjeżdżają karetki z rannymi. Niektóre zabierają pacjentów, by przewieźć ich do placówek medycznych w innych miastach.

Lekarze pomagają przy wyładowywaniu przywiezionych przez nas darów. Segregują je i przekazują na odpowiednie oddziały. Spotykamy się tu z wyrazami niekłamanej wdzięczności ze strony lekarzy oraz zaangażowanych w pomoc wolontariuszy. Podczas prawie tygodniowego pobytu w Ukrainie często spotykaliśmy ludzi szczerze wdzięcznych Polakom za wszechstronną pomoc walczącej z rosyjskim agresorem Ukrainie. W pewnej miejscowości w środkowej Ukrainie sprzedawczyni w sklepie serdecznie mnie wyściskała, gdy dowiedziała się, że przyjechałem z pomocą z Polski. – Nigdy nie zapomnimy tego, co dla nas robicie – podkreśliła. Dlatego z przykrością w przeddzień Dnia Zwycięstwa oglądałem w ukraińskiej telewizji program poświęcony płynącej z całego świata pomocy, w którym nie było wzmianki o wsparciu udzielanym przez Polskę.

Część przywiezionych darów przenosimy do cerkwi, która znajduje się w budynku szpitala. Jak wyjaśnia ks. Michał, świątynia należy do Kościoła Prawosławnego Ukrainy, ale obecnie korzystają z niej także katolicy, grekokatolicy, żydzi i muzułmanie. Niewielkie pomieszczenie służy nie tylko celom religijnym, lecz także jako magazyn. Przenosząc paczki do cerkwi, mijam pacjentów szpitala. Niektórzy wydają się nieobecni, jak gdyby nie mieli kontaktu z otoczeniem, zamknięci w bańce odcinającej ich od świata. – Proszę się im nie dziwić – mówi ks. Michał. – Ci ludzie widzieli śmierć i sami o nią się otarli, przeżyli ostrzeliwanie, niektórzy musieli zbierać szczątki poległych kolegów. Nie wszyscy sobie z tym radzą – tłumaczy. Przekonuje, że morale zdecydowanej większości żołnierzy ukraińskich jest bardzo wysokie. Wielu po wyleczeniu ran chce wrócić na front.

Konsolidacja narodu

Kiedy rozmawiam z mieszkańcami Ukrainy, zaczynam zdawać sobie sprawę, że ich pochodzenie narodowe jest przeróżne, a świadomość przynależności do narodu ukraińskiego przedtem nie była wielka. Większość mieszkańców zachodniej i centralnej części kraju zna język polski i posługuje się nim na co dzień. Wielu z nich nie mówi po ukraińsku.

Na pierwszy nocleg w drodze do Charkowa zatrzymaliśmy się w Gródku Podolskim, w parafii św. Stanisława, której proboszczem jest marianin ks. Wiktor Łutkowski. Pytany o narodowość deklaruje zdecydowanie: „Jestem Polakiem”. Tłumaczy, że do połowy lat 90. ubiegłego wieku mieszkający na tych terenach katolicy mówili po polsku. Polacy zawierali małżeństwa między sobą, w rodzinach używano tylko polskiego języka między sobą, a dzieci poznawały język ukraiński dopiero w szkole. Podział był jasny: katolicy to Polacy, a prawosławni to Rosjanie. – Ukraińcy, którzy byli wyznania greckokatolickiego, przybyli tu dopiero w latach 90. XX wieku – opowiada ks. Łutkowski. Z kolei franciszkanin o. Marian Melnyczuk, który urodził się w Złoczowie koło Lwowa, deklaruje, że jest Ukraińcem. Podobnie paulin o. Paweł Tomaszewski, proboszcz w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Mariupolu. Kapelan szpitala ks. Prokopiw, który pochodzi z Ukrainy, ale w Polsce pracuje ponad 20 lat, ma złożony pogląd na tę sprawę. – Moja rodzina była mieszana, większość mężczyzn uważało się za Ukraińców, a większość kobiet za Polki – i nadal tak jest. Moja sytuacja jest skomplikowana, bo dla Polaków jestem za mało polski, a dla Ukraińców za mało ukraiński – mówi.

Agresja Putina na Ukrainę uruchomiła proces budowania silnej tożsamości ukraińskiej. – To zaczęło się już w 2014 roku. Majdan godności, a potem atak Rosji na regiony wokół Ługańska i Doniecka rozbudziły wielki patriotyzm – tłumaczy Włodzimierz Korczyński. Zdaniem ks. Łutkowskiego był to moment zwrotny w jednoczeniu kraju. – Śmierć naszych żołnierzy, zbrodnie popełniane przez Rosjan bardzo cementują społeczeństwo. Osiem ostatnich lat dużo zmieniło w świadomości ludzi żyjących w Ukrainie, co pokazała obecna wojna, w której twardo walczymy o wolność swojego państwa. Czy jesteś Polakiem, Rosjaninem czy Żydem, jeśli mieszkasz w Ukrainie, jesteś Ukraińcem – mówi kapłan. I wyjaśnia, dlaczego Ukraińcy używają sformułowania „w Ukrainie”, a nie „na Ukrainie”: – „Na Ukrainie” mówią Rosjanie, aby podkreślić, że jesteśmy częścią Rosji, że oni są centrum, a my krajem zależnym, podległym. My mówimy „w Ukrainie”, aby temu zaprzeczyć.

Ksiądz Łutkowski zauważa, że zbrodnie dokonywane przez Rosjan, ich okrucieństwo wywołuje wielką ludzką solidarność.

Podczas podróży spotkaliśmy uciekinierów z Mariupola, którzy przeżyli wielodniowe zmasowane bombardowanie miasta. Wołodymyr Nikołaszenko urodził się i przez całe życie mieszkał w Mariupolu. Prowadził tam salon pielęgnacji męskich bród. Rozmawiamy po rosyjsku. Mężczyzna opowiada, że po rozpoczęciu ostrzału nie uciekł, lecz zgłosił się do centrum wolontariatu. W domu były jeszcze prąd i gaz, więc z teściem i teściową gotowali jedzenie dla tych, którzy stracili swoje domy i potrzebowali pomocy. Po kilku dniach rosyjska rakieta przeleciała przez ich kuchnię i uderzyła w dom sąsiadów, zrywając dach i niszcząc część muru. Wciąż ma przed oczami pokryte krwią zabitych sąsiadów ściany. Wkrótce, po kolejnym ostrzale, na ich dom zawalił się stojący w pobliżu magazyn. Zdążyli uciec w ostatnim momencie. – Jestem pewny, że Bóg nas uratował – deklaruje. Było to dla niego zaskoczenie, gdyż – jak przyznaje – choć jest człowiekiem wierzącym i został ochrzczony w cerkwi, nigdy nie praktykował. Po ostrzale Wołodymyr i jego rodzina przez tydzień ukrywali się w piwnicy. W końcu udało im się opuścić Mariupol. Przeszli przez plażę od strony morza. Za miastem jeden z kierowców zabrał jego żonę i dzieci do Berdiańska. On wydostał się kilka dni później. Najgorsze chwile przeżywał w czasie rewizji na posterunkach ustawionych przez Rosjan. Był wielokrotnie zatrzymywany, musiał się rozbierać na kilkunastostopniowym mrozie. Rosjanie sprawdzali, czy nie ma tatuaży z napisami w języku ukraińskim lub znakami narodowymi, np. trójzębem, który jest herbem Ukrainy. Nie miał, więc go przepuszczali. – Co działo się z mężczyznami, u których „zakazane” tatuaże zauważono? – pytam. Wołodymyr w odpowiedzi wymownie krzyżuje ręce. Rozumiem. Zabijano ich. Te dramatyczne doświadczenia sprawiły, że mężczyzna w odpowiedzi na zło postanowił nieść pomoc ofiarom wojny. Został wolontariuszem. Dwukrotnie wracał do Mariupola, by wspierać cywilów w ewakuacji. Potem trafił do miejscowości Aleksandria w środkowej Ukrainie, gdzie organizuje wsparcie dla uchodźców z bombardowanych przez Rosjan miast we wschodniej Ukrainie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bogumił Łoziński

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Polska”.
Pracował m.in. w Katolickiej Agencji Informacyjnej jako szef działu krajowego, oraz w „Dzienniku” jako dziennikarz i publicysta. Wyróżniony Medalem Pamiątkowym Prymasa Polski (2006) oraz tytułem Mecenas Polskiej Ekologii w X edycji Narodowego Konkursu Ekologicznego „Przyjaźni środowisku” (2009). Ma na swoim koncie dziesiątki wywiadów z polskimi hierarchami, a także z kard. Josephem Ratzingerem (2004) i prof. Leszkiem Kołakowskim (2008). Autor publikacji książkowych, m.in. bestelleru „Leksykon zakonów w Polsce”. Hobby: piłka nożna, lekkoatletyka, żeglarstwo. Jego obszar specjalizacji to tematyka religijna, światopoglądowa i historyczna, a także społeczno-polityczna i ekologiczna.

Kontakt:
bogumil.lozinski@gosc.pl
Więcej artykułów Bogumiła Łozińskiego

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się