Nowy numer 25/2022 Archiwum

Aniołowie grają na organach

Niebiańskie głosy w jednym z najważniejszych kościołów w Polsce wreszcie rozbrzmiewają w pełni. Zakończyła się rozbudowa organów głównych w bazylice Mariackiej w Krakowie.

Trudno powiedzieć, kiedy w krakowskiej bazylice Mariackiej po raz pierwszy rozległ się głos królewskiego instrumentu. Nie daje odpowiedzi na to pytanie najstarsza zachowana piszczałka, pochodzi ona bowiem dopiero z 1800 roku, a – jak wiadomo – parafia mariacka powstała 800 lat temu, pierwsza zaś zachowana wzmianka o organach rozbrzmiewających w murach mieszczańskiej fary pochodzi z 1399 roku. Na pewno ich gra zabrzmiała w świątyni w 1489 roku, podczas konsekracji ołtarza Wita Stwosza. Jak donoszą kroniki, słuchał ich wówczas król Kazimierz Jagiellończyk, choć instrument wykonany przez organmistrza Jana Niedzielę nie był jeszcze wtedy oficjalnie oddany do użytku.

Trzeba pamiętać, że w bazylice istnieją trzy instrumenty organowe. – Chórowy, 12-głosowy instrument Kazimierza Żebrowskiego z 1912 roku służył podczas nabożeństw w prezbiterium. Był konieczny, ponieważ nie docierał tu głos instrumentu głównego – opowiada archiprezbiter bazyliki Mariackiej w Krakowie ks. infułat Dariusz Raś. Umieszczone nad kazalnicą od początku przepysznie mieniły się srebrem i złotem, zachwycały pięknem malowideł.

W nawie południowej, gdzie odbywają się modlitwy pod kamiennym krzyżem Wita Stwosza, potrzebny był osobny instrument. – Pochodzące z pracowni Tomasza Falla ze Szczyrzyca z roku 1899 organy zachowały swój pierwotny kształt, mają tylko osiem głosów. Fundatorzy tego niewielkiego instrumentu mieli szlachetne intencje, ale także rację, bo słabo docierał tu głos zarówno z prezbiterium, jak i od głównego instrumentu, który był wtedy mniejszy – podkreśla ks. Raś.

To nie jest zwyczajne, że w jednym kościele są trzy instrumenty organowe. Mieszczanie krakowscy byli jednak nie tylko pobożni, ale i zasobni. Rzemieślnicy związani z Kościołem zostawiali po sobie kaplice, krypty, dzieła sztuki. Przykłady? Wierzynek, Montelupi, Bonerzy, Macharscy. – Chciano jak najpiękniej uposażyć farę mieszczan krakowskich i wymyślono taki koncept, a my jesteśmy jego dziedzicami. Dziś trzeba to dziedzictwo unowocześnić – komentuje gospodarz jednego z najsłynniejszych kościołów w Polsce.

Cenne jak życie

Historia uczy, że decyzja o gruntownej konserwacji królewskich instrumentów wiąże się z niemałym ryzykiem. Nie tylko finansowym. Mógłby o tym zaświadczyć pewien nieszczęśnik z Norymbergi, któremu rajcowie miejscy w Krakowie zlecili w 1618 roku przeróbkę mariackich organów, wysłużonych już po ponad stu latach grania. Umowa zawarta z Hansem Hummelem zobowiązywała do naprawy lub stworzenia większości głosów, do remontu miały iść wiatrownice, miechy i kanały. Co zrobił Hummel? Rozebrał krakowski instrument i wyjechał do Lewoczy, gdzie obiecano mu przyprawiające o zawrót głowy honorarium za organy w tamtejszej farze św. Jakuba.

Jak opisuje Leszek Mazan w książce „Jest tam w Krakowie kościół Maryi Panny…”, na próżno słane były do niego poselstwa spod Wawelu. Hummel nie odpowiadał. Ostatecznie list gończy za nieuczciwym organmistrzem podpisał sam król Zygmunt III Waza, a rajcowie krakowscy zagrozili, że za zawłaszczenie miejskich funduszy i niedotrzymanie umowy sprawa zakończy się w sądzie. Norymberczyk ukończył organy w Lewoczy, a w przededniu rozpoczęcia rozprawy w Krakowie skoczył z najwyższego piętra rusztowań stojących w kościele św. Jakuba, tuż obok swojego dzieła – grających już organów. Zginął na miejscu.

Na szczęście cztery wieki później nie doszło do podobnych dramatycznych wydarzeń. W maju 2015 roku archidiecezjalna komisja ds. muzyki kościelnej stwierdziła zły stan i fatalną jakość brzmienia organów głównych. – Były już bardzo wysłużone, zacinały się klawisze. Nie wypadało, aby w bazylice Mariackiej funkcjonowały takie instrumenty. Zapadła decyzja o budowie nowych, odpowiednich dla świetności tego miejsca, którymi możemy się chlubić. Trzeba było je zbudować na nowo, by gwarantowały właściwą oprawę liturgii i zasługiwały na miano muzycznej wizytówki Krakowa – relacjonuje archiprezbiter mariacki. Konkurs wygrała austriacka firma Rieger Orgelbau.

Nowe i stare

– Jeśli chodzi o szlachetność starej produkcji, nie możemy się równać ani ze Świętą Lipką, ani z Leżajskiem, ani z Gdańskiem-Oliwą. Ale nasze organy wykonała firma znamienita. Jej tradycje pielęgnowane są od siedmiu pokoleń, a na swoim koncie ma np. instrumenty w najdroższych chrześcijanom miejscach, a więc w kościołach Ziemi Świętej – w Betlejem czy Nazarecie – argumentuje ks. Raś. Z dumą opowiada o jakości nowego instrumentu. – To bardzo żmudna praca. Selekcjonowanie drewna z odpowiedniego miejsca w lesie, najlepiej w górach, gwarantuje odpowiednią gęstość drewna. Metalowe piszczałki składane są kunsztownie z blachy wytwarzanej własnymi metodami i we własnym piecu. Do tego dochodzi pracownia stroicieli, którzy instalują każdy głos, później ożywający niefałszowanymi dźwiękami – wymienia kapłan, śmiejąc się, że już stał się organowym ekspertem.

Nowe organy główne nawiązują wyglądem do szacownego poprzednika, zachowano ich dawną lekkość pomimo powiększenia liczby głosów. Teraz jest ich 62, w tym osiem zabytkowych, pochodzących ze starszych mariackich instrumentów. Zachowane zostały np. najstarsze głosy Flet major 8’ oraz Flet minor 4’ pochodzące z 1800 roku.

– Tamten instrument był chaotycznie ustawiony, a tutaj piszczałki są przechowywane w odpowiednich pokojach, by dobrze wybrzmiewały. Udało się połączyć stare serce instrumentu z nowymi skrzydłami, które są harmonijnie wpisane w wygląd wnętrza świątyni – opowiada ks. Dariusz Raś. Jak przyznaje, można zakochać się w tym pięknym widoku, ale najważniejsze w organach jest coś innego – wkomponowanie możliwości instrumentu w przestrzeń kościoła. – To największy prezent dla krakowian i gości, dla modlących się i słuchających muzyki – konkluduje.

Powrót do muzycznych tradycji

Wcześniej głosy organów chórowych i głównych były nierówne, co podobno było nie do wytrzymania. Dziś nowe organy współbrzmią z wyremontowanym instrumentem w prezbiterium. – Jest zecer dla zapamiętania ustawień piszczałkowych, który pozwala na sprawną obsługę instrumentu. Właściwie organy same mogą wykonywać różne utwory, bo zapamiętują grę organisty. Dzięki nowoczesnemu systemowi elektronicznemu można nagrywać i odtwarzać muzykę – mówi o unowocześnieniach instrumentu proboszcz bazyliki. Nowy instrument główny obsługiwany jest przez 4-manuałowy stół gry, pozwalający na równoczesną grę na organach w prezbiterium. Instrument umożliwia wykonywanie muzyki wielu epok – od baroku po współczesną.

W bazylice Mariackiej odbywają się różne wydarzenia muzyczne, ale nowe organy gwarantują zupełnie nową jakość. Zresztą przeszłość zobowiązuje. Gospodarze świątyni od zarania jej istnienia troszczyli się o wysoki poziom liturgii, a tym samym muzyki liturgicznej. Sprawie tej służyły zespoły śpiewacze i instrumentalne. Na przestrzeni kilkuset lat wybudowano w tym wnętrzu wiele instrumentów o stylistyce odpowiadającej duchowi epoki, w której powstały. O muzycznych tradycjach mieszczańskiej fary świadczy też ikonografia. W ołtarzu Wita Stwosza umieszczone są anioły, które dzierżą portatyw – czyli małe przenośne organy kilkugłosowe – na którym podgrywają w niebie Panu Bogu i świętym. Można wypatrzeć również przepiękne inskrypcje Matejkowskie, które pokazują, jak aniołowie śpiewają Litanię do Wszystkich Świętych czy „Pod Twoją obronę”. – Kościół Mariacki był bardziej rozśpiewany, niż to sobie wyobrażamy. Teraz czeka nas zadanie rozśpiewania na nowo bazyliki. Wcześniej stały rusztowania, przeszkadzały, wreszcie możemy wrócić do źródeł muzycznych Krakowa i kultury w tym miejscu – zapowiada archiprezbiter mariacki. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama