Nowy numer 25/2022 Archiwum

Rosję trzeba pokonać

Sankcje nie zatrzymają morderczego marszu Putina. Sankcje to tylko minimum tego, co może zrobić świat. A to nadal za mało, by zatrzymać kogoś, dla kogo warunkiem przetrwania są kolejne zdobycze, bez względu na cenę.

Trudno wskazać przypadek państwa totalitarnego czy autorytarnego, które obłożone sankcjami zmieniłoby radykalnie swoją politykę wewnętrzną i przestało stanowić zagrożenie dla pokoju. Często przywoływany jest w tym kontekście przypadek Iranu, który z sankcjami – w różnym natężeniu – żyje od 1979 roku. W tym czasie nie zmienił się ustrój, nie udało się też zatrzymać sponsorowania przez Teheran terroryzmu i inspirowania wielu wojen na Bliskim Wschodzie. Okazuje się, że nawet strategiczny – jak przekonywał Zachód – cel sankcji, czyli zatrzymanie programu nuklearnego Iranu, prawdopodobnie na naszych oczach przechodzi do historii, bo ajatollahowie są na ostatniej prostej, by stworzyć broń atomową. I teraz dołóżmy do tego Rosję: na tle wszystkich pozostałych państw, obkładanych przez dekady sankcjami, to Rosja ma największe ambicje, jeśli chodzi o podboje i naruszanie porządku światowego. Jeśli więc polityka sankcji nie zatrzymała tych „mniej groźnych”, to czy będzie w stanie zatrzymać nie tylko bardziej ambitnego i uzbrojonego, ale też teraz dodatkowo bardziej rozdrażnionego imperialistę?

Optymizm czy realizm?

Z zainteresowaniem słucham i czytam analizy różnych specjalistów od sztuki wojennej z jednej, i ekonomicznych aspektów wojny z drugiej strony. I jedni, i drudzy na różnych mapkach i wykresach dość przekonująco potrafią wykazać, że Rosja tę wojnę praktycznie już przegrała. Teoretycznie wszystko się zgadza: i pod względem militarnym straty agresora są ogromne, i żaden ze strategicznych celów nie został jeszcze osiągnięty, a sankcje czynią z Rosji faktycznego bankruta i uniemożliwiają jej dalszą produkcję broni, zwłaszcza ciężkiego i zaawansowanego technologicznie sprzętu. Analizy owych specjalistów mogą dawać podstawy do umiarkowanego optymizmu. A dlaczego tylko do umiarkowanego? Bo słabością opierania swojej nadziei (lub obaw) wyłącznie na technicznym aspekcie wojny (czy to militarnym, czy ekonomicznym) jest to, że pomijany jest kluczowy czynnik: wola polityczna agresora. A ten – co pokazuje nie tylko wojna na Ukrainie – może teoretycznie przegrywać, ale nadal jednak dyktować warunki i prowadzić brutalną ofensywę. A przede wszystkim agresor – i tego analitycy wojskowi i ekonomiczni nie uwzględniają – może ponosić dotkliwe straty, ale zupełnie nie liczyć się z nimi w obliczu zasadniczego celu, do którego będzie dążył niezależnie od kosztów. A tym celem dla Putina jest zatrzymanie przy Rosji Ukrainy. Nawet jeśli zniszczonej, zdewastowanej, możliwe, że nie całej, być może tylko wschodniej i południowej części – ale koniecznie na tyle osłabionej, by nie była w stanie o własnych siłach starać się o członkostwo w jakichkolwiek zachodnich strukturach. I by zniszczona całkowicie sama też nie stanowiła dla Zachodu jakiejkolwiek wartości. Do tego trzeba – jeśli chcemy zrozumieć motywacje Putina – koniecznie dołożyć kolejny czynnik motywujący, którego nie uwzględniają wykresy analityków wojskowości: ponieważ nie udało się to w 3–4 dni, ponieważ Ukraińcy okazali się jednak ludźmi wolnymi, to zemsta będzie większa. Bez tego nie da się zrozumieć skali bestialstwa, jakiego dokonują Rosjanie na Ukrainie.

Skuteczność ograniczona

Zacznijmy od tego, że nie musielibyśmy dziś mówić ani o sankcjach, ani o poważniejszych sprawach, jak zaangażowanie militarne, gdyby od kilkunastu lat Zachód stosował prostą, a z jakiegoś powodu niedocenianą zasadę: zero tolerancji dla państwowego i międzynarodowego terrorysty. Z pewnością wiele zachodnich koncernów i pojedynczych ludzi byłoby mniej bogatych, ale te straty byłyby i tak niczym w porównaniu z kosztami, jakie przyjdzie nam zapłacić teraz. A sankcje to koszt najmniejszy, choć bolesny. Nie tylko dla Rosji, ale i dla nakładających sankcje. Dużo większym kosztem jest i będzie nieuniknione już teraz zaangażowanie militarne. Można wprawdzie w dalszym ciągu przekonywać, że „kolejne pakiety sankcji skutecznie zdławią reżim Putina”, ale to trochę jak oszukiwanie siebie, że wystarczy zażyć więcej rutinoscorbinu w sytuacji, gdy już nawet antybiotyk nie pomoże, bo konieczny jest szpital.

Sankcje oczywiście muszą pozostać jako „broń towarzysząca”. I powinny być na tyle szczelne, by nie udawało się Rosji – jak obecnie – łagodzić ich skutków przez różne furtki. Sankcje wymierzone precyzyjnie w najbliższe otoczenie Putina na pewno mają swoją wartość bojową. Trwałość i bezpieczeństwo jego władzy gwarantują nie tylko służby specjalne i armia. Ten system spajają interesy oligarchów, którzy na związkach z Kremlem opierają swój dobrobyt. Układ jest prosty: prezydent Rosji zapewnia parasol ochronny dla prowadzonych przez nich interesów (których część pokrywa się z neoimperialną polityką państwa), oligarchowie zaś odwdzięczają się naturalną lojalnością, która leży w ich własnym interesie. Dlatego celne uderzenie w ten „łańcuch pokarmowy” mogłoby zachwiać pozycją Putina. Tyle tylko, że podobne operacje były już prowadzone z różnym natężeniem przez ostatnie lata. Głównie za sprawą USA. I nie przyniosły skutku takiego jak zatrzymanie agresywnej polityki Putina. Gdy w kwietniu 2018 roku Departament Skarbu USA opublikował tzw. czarną listę najbardziej wpływowych rosyjskich oligarchów, urzędników, ale też całych firm i konsorcjów objętych amerykańskimi sankcjami, nikt nie spodziewał się większego tsunami. Chociaż tym razem uderzenie okazało się mocniejsze niż wcześniej: bohaterowie czarnej listy nie tylko zostali odcięci od wszelkich kontaktów gospodarczych z amerykańskimi podmiotami gospodarczymi, ale zostały również zamrożone w trybie natychmiastowym ich aktywa zgromadzone na Zachodzie, co uniemożliwiło przeniesienie ich na bezpieczniejsze konta. Czy to sprawiło, że Putin wycofał się z Donbasu? Czy powstrzymało kolejny etap agresji, którego jesteśmy świadkami od 24 lutego?

Skuteczność odwrotna?

Parę dni temu w magazynie „Foreign Policy” ukazała się ciekawa analiza, w której autorzy próbują porównać skuteczność (lub jej brak) sankcji wobec Rosji ze skutecznością (czy właśnie jej brakiem) sankcji wobec Iranu. „Saga o sankcjach wobec Iranu, obowiązujących od 1979 roku, jest podręcznikowym przykładem tego, jak sankcje nie zmieniają zachowania rządu, który społeczność międzynarodowa uważa za nieodpowiedzialny i szkodliwy dla globalnego pokoju i bezpieczeństwa” – piszą autorzy. I rzeczywiście, gdyby przyjrzeć się ponad czterem dekadom „przyciskania” Iranu, to można przyznać rację autorom, że został on „zmiażdżony przez walec sankcji gospodarczych”. Kraj jest praktycznie odizolowany od międzynarodowego sektora bankowego i finansowego, pozbawiony możliwości angażowania się w handel, nawet ze swoimi bliskimi partnerami. Analiza FP zwraca uwagę, że jeśli ktoś poniósł jakieś koszty, to społeczeństwo irańskie. To pogłębiło się po wycofaniu się USA – za Donalda Trumpa – z porozumienia nuklearnego. Sankcje z jednej strony pogłębiły ubóstwo obywateli, z drugiej – wcale nie zatrzymały programu atomowego. „Iran przyspieszył wyścig nuklearny i wycofał się ze swoich zobowiązań wynikających z umowy, wzbogacając uran do 20 proc. i 60 proc. Są to pewne podstawowe oznaki, że presja ekonomiczna przyniosła odwrotny skutek i zamiast mieć wpływ na rząd lub nakłonić go do dyplomacji, jedynie zdziesiątkowała bezbronną klasę średnią, która jest kozłem ofiarnym” – piszą autorzy FP.

Tu warto dodać jeszcze jeden wątek, o którym autorzy nie wspominają: sankcje zachodnie popchnęły Iran do zawiązania sojuszy z wieloma innymi partnerami. Na przykład sojusz z Wenezuelą okazał się dla Iranu furtką do pełnego sukcesu w niemal całej Ameryce Łacińskiej. Jeszcze bardziej wzrosły obroty handlowe z Brazylią, która stała się największym w tym regionie eksporterem do Iranu.

Ba, można podać przykłady, gdy nakładane sankcje nie tylko nie przyniosły zamierzonego skutku, ale wręcz spowodowały skutek odwrotny. Tak było np. z sankcjami ONZ na RPA w latach 60. XX wieku – całkowita izolacja tego kraju miała zmusić jego władze do odejścia od polityki apartheidu, a tymczasem blokada wyzwoliła tylko nowy potencjał i samodzielność tego kraju przy jeszcze silniejszych podziałach rasowych. Upadek polityki apart­heidu przyszedł parę dekad później i wcale nie pod wpływem sankcji. O ileż bardziej może to zadziałać w przypadku mocarstwa i satrapy, którego przetrwanie zależy już wyłącznie od kolejnych podbojów. Dlatego sankcje to w tym momencie tylko broń uzupełniająca. Zachód musi pomóc Ukrainie pokonać Rosję wszelkimi możliwymi sposobami. To jedyna – po ludzku – szansa na zatrzymanie morderczego marszu Putina. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się