Nowy numer 26/2022 Archiwum

Hakerzy na wojnie

W walce z rosyjską armią ogromną siłą są hakerzy.

Ataki hakerów kojarzą się z żądleniem os. Od jednego ukłucia się nie umiera. Ale gdy następuje cios po ciosie, coraz trudniej funkcjonować. Są takie miejsca, gdzie użądlenie boli, lecz są i takie, które paraliżuje. A każde kolejne uderzenie jest większym upokorzeniem. No bo jak inaczej nazwać ujawnianie list agentów i współpracowników Rosji w poszczególnych krajach czy list z nazwiskami polityków, dziennikarzy i biznesmenów uległych władzy?

Żądlenie

Największą i chyba najbardziej rozpoznawalną grupą hakerską jest organizacja Anonymous. Nazywają siebie internetowymi aktywistami, a niektórzy mówią o nich „haktywiści”, od angielskiego słowa hack, czyli włamanie. Są grupą globalną i bardzo rozproszoną. Trudno powiedzieć, ilu liczą członków i czy w ogóle są organizacją, czy raczej łączy ich wspólny cel. Sprzeciwiają się państwowej korupcji i ograniczaniu wolności w internecie. Gdy rozpoczęła się inwazja na Ukrainę, Anonymous wypowiedzieli cyberwojnę Federacji Rosyjskiej. Całkiem dobrze im to wychodzi.

Na pierwszy ogień poszły oficjalne strony internetowe nawet tak ważnych instytucji jak rosyjskie Ministerstwo Obrony. Potem zabrali się za blokowanie dostępu do rosyjskiej telewizji. Gdy ktoś chciał oglądać kanał Russia Today, zamiast rządowej propagandy słyszał folklorystyczne piosenki ukraińskie. Ataki te zwykle były odpierane, jednak sam fakt, że trzeba to robić, staje się coraz większym problemem. Bo zamiast zajmować się propagandą, trzeba naprawiać to, co hakerzy zepsuli albo zablokowali. Zamiast atakować, trzeba się bronić. A Anonymous z każdym dniem żądlili bardziej. Na wiele godzin zablokowali system komputerowy białoruskich kolei. W efekcie trzeba było przejść na sterowanie ręczne, co powodowało gigantyczne opóźnienia. Zaczęto również blokować systemy bankowe, które i tak były mocno nadwerężone z powodu krachu na giełdzie, odpięcia Rosji od systemu SWIFT czy zakazu przeprowadzania transakcji z niektórymi bankami. W końcu grupa zabrała się za wykradanie danych wywiadowczych i gospodarczych oraz blokowanie komunikacji specjalnej, w tym wojskowej.

Dzisiaj w zasadzie każda duża armia ma swoje cyberwojska. Ich zadaniem jest – jak armii konwencjonalnych – z jednej strony ochrona swoich, a z drugiej atakowanie wrogów. Niektórzy twierdzą, że w obecnych czasach cyberwojny toczą się nieustannie. Każdy każdego podgryza, każdy szuka słabych stron wroga, a gdy je znajdzie, nie czeka z uderzeniem. To wzajemne „szczypanie się”, choć może być uciążliwe, trudno jednak nazwać cyberwojną. Natomiast to, z czym mamy do czynienia dzisiaj, cyberwojną z całą pewnością jest. Toczy się ona pomiędzy państwem a organizacją bez konkretnych struktur. Anonymous nie mają czołgów czy armat, posiadają jednak coś znacznie groźniejszego – klawiatury komputerowe. W świecie, w którym wszystko jest sieciowo spięte ze wszystkim, klawiatury mogą się okazać skuteczniejszą bronią.

Cyberarmia kontra hakerzy

Do grupy Anonymous bardzo szybko dołączyli m.in. hakerzy z Network Battalion 65’ czy Georgia Hackers Society. Po jednej stronie znajduje się państwo (albo dwa, jeżeli liczyć Białoruś), a po drugiej koalicja internetowych aktywistów, którzy radzą sobie lepiej, niż można by się spodziewać. Bo czy ktoś przewidział, że zaczną wykradać listy agentów, polityków czy dziennikarzy, którzy byli współpracownikami Moskwy w Gruzji czy Niemczech? Ci, których dzisiaj nazywamy internetowymi aktywistami czy dobrymi hakerami, jeszcze wczoraj uznawaliśmy za cyberprzestępców czy cyberterrorystów. Nie po raz pierwszy sprawdza się powiedzenie, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Wspomniani przyjaciele Ukrainy (czyli wrogowie Rosji) mogą przechylić szalę zwycięstwa w tej potyczce na stronę Kijowa. Oczywiście Moskwa także ma swoją cyberarmię, lecz co konkretnie ma ona atakować, skoro nie wiadomo, kim są i gdzie są ci z Anonymous, Network Battalion 65’, Georgia Hackers Society i wielu, wielu innych grup? Nie da się walczyć z całym cybernetycznym światem. Jednak prawie cały świat może walczyć z Rosją. Warto pamiętać, że ataki hakerskie na instytucje Ukrainy rozpoczęły się kilka tygodni przed pierwszym bombardowaniem. To dlatego Polska, po raz pierwszy w historii, wprowadziła trzeci stopień alarmowy CHARLIE-CRP, a ogłasza się go wtedy, gdy zostało rozpoznane wysokie zagrożenia dla infrastruktury krytycznej.

Uważa się, że Rosja ma jedną z najlepszych cyberarmii na świecie. Działającą sprawnie przed konfliktami i podczas ich trwania – w Gruzji, Kazachstanie i Ukrainie (zarówno na Krymie, jak i w Donbasie). W 2007 roku cyberataki były przeprowadzane na Estonię i Łotwę. Te dwa kraje były już wtedy w NATO, zastanawiano się więc, czy cyberatak wymaga solidarnej odpowiedzi całego sojuszu (wypełnienie 5. artykułu traktatu). Ostatecznie odpowiedzi nie było, NATO nie miało bowiem wtedy odpowiednich struktur, by to zrobić. Dopiero wtedy zaczęło je budować.

Wspomnieć jednak trzeba, że rosyjska cyberarmia zawsze atakowała słabszych albo mniejszych. Dzisiaj musi się bronić, a po drugiej stronie ma wroga nieokreślonego i bardzo kompetentnego. I przegrywa. Jeżeli wierzyć hakerom, którzy wypowiedzieli Moskwie wojnę, będzie coraz gorzej. Bo jak mogą zareagować np. mieszkańcy Moskwy, gdy w mieście na kilka godzin zabraknie prądu? Miasto bez energii elektrycznej jest równie sparaliżowane jak to, na którego obrzeżach stoją czołgi. Albo gdy zatrzymają się systemy zaopatrujące indywidualnych odbiorców w gaz? A co się stanie, gdy banki stracą kontrolę nad oszczędnościami swoich klientów? Trzy białoruskie instytucje finansowe zostały już zablokowane. Nie można zalogować się do nich przez stronę internetową ani przez aplikację.

Nowa era

W czwartym dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę zaatakowano i zablokowano strony internetowe i bazy danych Gazpromu, największej rosyjskiej firmy i głównego rozgrywającego na rynku gazu i ropy. A przecież około 40 proc. rosyjskiego budżetu stanowią dochody ze sprzedaży paliw płynnych i gazowych.

W piątym dniu inwazji hakerzy włamali się do systemu lokalizacji jachtu Putina, zaatakowali także rosyjską agencję kosmiczną Roskosmos. Straciła ona kontrolę nad satelitami znajdującymi się na orbicie, w tym szpiegowskimi. Choć kontrolę przywrócono (tak twierdzą Rosjanie), nie udało się przywrócić wielu stron internetowych urzędów i instytucji. Kilkanaście godzin po ataku Rosji na Ukrainę powstała IT Army. To ukraińska odpowiedź na ataki hakerskie ze strony Rosji. IT Army składa się z informatyków i inżynierów, którzy przed agresją pracowali w instytucjach komercyjnych i cywilnych. Chcą odciążyć służby specjalne, aby mogły zająć się monitorowaniem poczynań rosyjskiej armii.

Atak Rosji na Ukrainę pokazał, że cyberwojska i cyberwojna to nie science fiction. Gdyby nie światowa społeczność hakerów, Ukraina w kolizji z rosyjską cyberarmią byłaby bezbronna. To także lekcja dla Polski. Rosja nie musi najechać kraju należącego do NATO, by z nim wojować. Może atakować w cyberprzestrzeni, bo to bezpieczniejsze. Warto, by w Warszawie wyciągnięto wnioski z tego, co dzieje się w Ukrainie. Bo weszliśmy w erę wojen cyfrowych. Czołgi i samoloty będą przeważały szalę zwycięstwa równie często jak komputerowe klawiatury.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się