Nowy numer 21/2022 Archiwum

Bajka o dobrym Gierku

Film „Gierek” to jeden z najgorszych filmów o czasach PRL. Tak nachalnej propagandy postaci I sekretarza KC PZPR nie było nawet w czasach, kiedy rządził.

Jego biografia mogłaby być materiałem na interesujący film, gdyby ktoś chciał zrobić polityczne kino, a nie hagiograficzny kicz, mający nas przekonać, że były I sekretarz komunistycznej partii był opatrznościowym mężem stanu, a jego wielki plan modernizacji nie powiódł się jedynie dlatego, że inni, a przede wszystkim ruscy, mu przeszkadzali. Wszystko w tym obrazie jest sztuczne, począwszy od scenografii, która niewiele przypomina tamtą z lat 70., przez dialogi zupełnie z innej epoki, aż do zarysowania głównych postaci tamtych czasów. Reżyser Michał Węgrzyn musiał rozczytywać się w głośnym swego czasu wywiadzie rzece, jakiego Gierek udzielił dziennikarzowi Januszowi Rolickiemu, pod tytułem „Przerwana dekada”. W tej opowieści były lider komunistyczny starał się przekonywać, że zawsze chciał dobrze, a wyszło, jak wyszło, dlatego że zawsze ktoś mu przeszkadzał. Przystępując do filmowej opowieści o jednej z najważniejszych postaci PRL, reżyser powinien wiedzieć o tamtej epoce nieco więcej, aniżeli opowiedział mu Gierek. Swego zadania nie wykonał także grający tytułową postać Michał Koterski. Najwyraźniej nie zadał sobie trudu przestudiowania i nauczenia się specyficznego sposobu wyrażania się czy poruszania granego przez siebie bohatera. Tworzy postać, która nijak ma się do historycznego oryginału, chociaż i tak wyróżnia się pozytywnie na tle innych kabaretowych wręcz kreacji w tym filmie: myślę o generale, czyli Jaruzelskim, oraz tow. Maślaku, w rzeczywistości Stanisławie Kani.

Dobry i zły

Scenarzyści, tworząc opowieść o „dobrym gospodarzu”, osadzili ją nie w realiach epoki, ale w wykreowanym na potrzeby filmu konflikcie dobrego przywódcy, czyli Gierka, za którym trop w trop podąża ten zły – czyli generał, stylizowany na Jaruzelskiego. Na polecenie Moskwy śledzi poczynania I sekretarza oraz spiskuje przeciwko niemu. Dlatego film zamknięty jest w klamrze wydarzeń od grudnia 1970 r. – masakry na Wybrzeżu do grudnia 1981 r., czyli internowania kilku partyjnych dygnitarzy na początku stanu wojennego. Reszta fabuły jest tylko uzasadnieniem tezy, że dekada lat 70. była czasem nieustannej rywalizacji między Gierkiem a Jaruzelskim. Ten pierwszy był ojcem narodu, pragnącym wyrwać Polskę spod kurateli Moskwy, nieomal dysydentem próbującym wykorzystać każdą chwilę na modernizację kraju, drugi zdrajcą, bufonem, a na dodatek abstynentem kabotynem. Gdy ruscy chcą, aby wypił toast za ich plan, on pije. To oczywista nieprawda. Gierek stalinista, który w marcu 1968 r. groził studentom w Katowicach „pogruchotaniem kości”, był lojalnym wykonawcą wszystkich poleceń Moskwy. Tymczasem filmowy Gierek cały czas kombinuje, jak oszukać ruskich, którzy prezentowani są jako banda przygłupów i chamów. Aktorzy grający Breżniewa czy Andropowa nawet nie silą się, aby poprawnie mówić po rosyjsku. Są śmieszni, grubiańscy i oczywiście stale piją wódkę. Podobnie jak funkcjonariusze bezpieki, przedstawieni jako złowroga siła, pozostająca poza wszelką kontrolą I sekretarza, który za nic złego, co dzieje się w kraju, nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

Przesłanie filmu jest jednoznaczne – Gierek był wybitnym przywódcą, który w trudnych warunkach ograniczonej suwerenności otworzył kraj na Zachód, przeprowadził modernizację i industrializację kraju za pożyczone pieniądze. Komunizm w zasadzie był systemem sprawiedliwym, a krajem rządzili troskliwi przedstawiciele nomenklatury wraz z kompetentnym premierem Jaroszewiczem. Nie padają pytania o sensowność polityki wzmożonej konsumpcji za kredyty, które przyszło spłacać kolejnym pokoleniom, ani o społeczną, ekonomiczną i polityczną cenę ignorancji ekipy Gierka.

Szczytem absurdu jest scena z wigilii internowanych partyjnych dygnitarzy, w której tymi złymi są pilnujący ich wojskowi, oni zaś rzekomo ofiarami systemu. Wpisują się w ten sposób w ból i rozpacz wszystkich prawdziwych ofiar stanu wojennego. Jest skandalem, że nasza kinematografia, która poza filmem Kazimierza Kutza o strajku na kopalni Wujek nie stworzyła dotąd żadnego dobrego filmu o stanie wojennym, rozczula się nad grupą komunistów, zamkniętych na kilka tygodni w ośrodku wypoczynkowym.

Zmarnowana dekada

Opowieść o nadzwyczajnych osiągnięciach ekipy Gierka stoi w rażącej sprzeczności z faktami. Na początku lat 70. ubiegłego stulecia, korzystając z łatwych i relatywnie tanich kredytów na Zachodzie, Gierek zdecydował się na szeroki program inwestycyjny. Jednak planowana na wzór zachodni modernizacja była blokowana przez socjalistyczny system gospodarczy. Pełny monopol władzy połączony z dyletantyzmem oraz ignorancją elity rządowej przyniosły opłakane skutki. Nie spiski opozycji wewnątrzpartyjnej, jak sugeruje film, której w tym czasie nie było, spowodowały, że już w 1974 roku nastąpiły poważne oznaki kryzysu gospodarczego.

Całej dekadzie lat 70. ubiegłego wieku towarzyszyło rozpasanie nowej generacji partyjnej nomenklatury, bogacącej się w skali dotąd nieznanej, co było efektem powszechnego nadużywania stanowisk, korupcji, wreszcie zwykłego złodziejstwa. Nie bez kozery jednym z ważnych nurtów aktywności pierwszej Solidarności było dążenie do rozliczenia przedstawicieli gierkowskiej ekipy. Prawdą jest, że Gierek nie nakazał siłowego stłumienia strajków w Sierpniu 1980, ale brutalnie spacyfikował strajki w Czerwcu 1976, wykorzystując do tego rozbudowywane od dawna siły milicji oraz bezpieki. Drastyczna podwyżka cen, która doprowadziła do społecznego buntu w Radomiu i Ursusie, nie była wynikiem spisku Jaruzelskiego i Kani, jak sugerują autorzy filmu, ale korektą kursu gospodarczego, który kierownictwo partyjne za aprobatą Gierka przygotowywało od 1975 roku. Chodziło o zrównoważenie rynku, co zresztą się nie udało. W następnych latach zjawiskiem powszechnym były gigantyczne kolejki praktycznie za wszelkimi artykułami spożywczymi, reglamentowanymi na kartki, oraz innymi dobrami konsumpcyjnymi. Premier Jaroszewicz nie podał się do dymisji w wyniku spisków wewnątrz partii po Czerwcu 1976, jak sugeruje film, ale dopiero w 1980 roku, kiedy fiasko jego polityki stało się oczywiste nawet dla Gierka, który ulegając stworzonej przez siebie propagandzie, prawie do końca wierzył, że sprawy w kraju mają się dobrze.

Kompletnie fałszywie w filmie ukazane są także relacje Gierka z prymasem kard. Wyszyńskim, przedstawionym nieomal jako duchowy patron poczynań I sekretarza. W istocie cała dekada Gierka charakteryzowała się ciągiem nieprzyjaznych aktów wobec Kościoła i ludzi wierzących, pozostających nadal na marginesie życia publicznego. Budownictwo sakralne, po chwilowej odwilży z początku lat 70., zahamowano, ruch oazowy był w całym kraju szykanowany i gnębiony postępowaniem administracyjnym, duchowieństwo inwigilowano, a kleryków powoływano do specjalnych „kompanii kleryckich”. Swoje krytyczne stanowisko wobec tej polityki zarówno prymas, jak i Episkopat Polski dawali wielokrotnie, czego oczywiście w filmie nie ma.

Nikt nie płakał za Gierkiem, kiedy został odsunięty ze stanowiska ani kiedy został internowany, zresztą w warunkach nieporównywalnych z tymi, w których znaleźli się działacze Solidarności. W spadku po tej epoce pozostało w życiu publicznym pokolenie cynicznych, bezideowych aparatczyków, niewahających się użyć wojska w grudniu 1981 r. dla obrony swych interesów i systemu, który im to gwarantował. Internowanie Gierka i kilku jego współpracowników potrzebne było Jaruzelskiemu jedynie dla propagandy, aby mógł powiedzieć, że uderza nie tylko w Solidarność, ale i w tych, którzy jej powstanie dekadą swoich rządów przygotowali. Nie twierdzę, że Gierek zawsze miał złe intencje. Z pewnością chciał być popularny i rządzić w sposób bardziej nowoczesny aniżeli jego poprzednicy. Miarkował także terror i represje, a na wielu polach życia społecznego pozwalał na więcej, niż pozwalano w krajach ościennych. Pozostaną jego sztandarowe inwestycje – Huta Katowice, Rafineria w Gdańsku i Port Północny, zagłębia węglowe w Bełchatowie i Bogdance, wreszcie modernizacja przemysłu petrochemicznego.

W społecznej pamięci zapisał się jako polityk, który nie kazał strzelać do własnego narodu, co dobrze wyrażała ludowa rymowanka popularna w pierwszych miesiącach stanu wojennego: „Wracaj, Edek, do koryta, lepszy złodziej niż bandyta”. I tylko w takim kontekście mogę pozytywnie myśleć o byłym I sekretarzu. Był jednym z wielu, niestety, wcieleń Nikodema Dyzmy w naszym życiu politycznym.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się