Nowy numer 21/2022 Archiwum

Przeklęte klątwy

Zbliża się jubileusz 2 tysięcy lat odkupienia. Przez połowę tego czasu chrześcijaństwo jest podzielone. Co za wstyd.

Była sobota rano, 16 lipca 1054 roku. Konstantynopol budził się do życia. W olbrzymiej bazylice Hagia Sophia duchowni przygotowywali się do rozpoczęcia świętej liturgii. Wtem do świątyni weszli papiescy wysłannicy. Przewodzący im kardynał Humbert, legat Leona IX, na oczach zebranych podszedł do ołtarza i położył na nim pergamin. „Niech Bóg to zobaczy i osądzi!” – zawołał, po czym wraz ze świtą opuścił świątynię. Nikt nie wiedział wtedy, że właśnie zaczęła się schizma wschodnia – rozdarcie Kościoła na wschodni i zachodni. Nikt też nie przypuszczał, że tysiąca lat nie starczy, żeby to rozdarcie pozszywać.

Niech będą potępieni

Pismo złożone na ołtarzu było bullą ekskomunikującą patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza i jego zwolenników. Humbert pisał w nim, że został wysłany do Konstantynopola jako legat papieża „na to królewskie miasto”. Miał sprawdzić osobiście, „czy uzasadniony jest krzyk, który bezustannie z tego miasta dochodzi”.

Chodziło o skargi katolików obrządku łacińskiego przebywających w Konstantynopolu, którzy rok wcześniej utracili możność uczestnictwa w liturgii rzymskiej. Patriarcha Michał kazał zamknąć ich kościoły i klasztory, twierdząc, że obrządek tam sprawowany jest nadużyciem z powodu „zachodnich błędów”: używania do Eucharystii chleba niekwaszonego (Wschód używał kwaszonego) i włączenia do wyznania wiary Filioque, czyli formuły mówiącej, że Duch Święty pochodzi od Ojca i Syna (na Wschodzie mówiono, że „od Ojca przez Syna”).

Papież Leon IX wysłał legatów z misją skłonienia Michała Cerulariusza do ustępstw. Niestety, obaj hierarchowie byli ambitni i nieskłonni do kompromisów. Humbert zarzucił Michałowi, że nie chciał z legatami rozmawiać i że wymyślał im od kacerzy.

„Jaką zaś straszną herezję co dzień w jego [miasta] wnętrzu zasiewa Michał, nadużywający tytułu patriarchy, i zwolennicy jego głupoty!” – pisał w bulli Humbert. Nazwał patriarchę neofitą, „który tylko postrachem ludzi osiągnął habit mniszy, teraz zaś od wielu zniesławiony jest najgorszymi zbrodniami”. I wreszcie ta straszna końcówka, adresowana do Cerulariusza i jego stronników: „Niechaj będą potępieni wraz z symonistami, arianami, donatystami (...) i z wszystkimi heretykami, a także wraz z szatanem i jego aniołami, chybaby się nawrócili. Amen, amen, amen”.

Patriarcha uważał, że to legaci papiescy zawinili. Mieli po przybyciu do Konstantynopola zachowywać się wobec niego arogancko, lekceważąc protokół wizyty. „Żadnego pozdrowienia, żadnego skłonu głowy na powitanie!” – oburzał się w liście do patriarchy Antiochii. „Nic niemal nie mówiąc, swe listy nam przekazali i natychmiast wyszli. Skromność nasza listy owe przejrzała, pieczęcie ich złamawszy, badając dokładnie, a z treścią się zapoznając” – relacjonował Cerulariusz, wyjaśniając, że treść listów dotyczyła sporu o używanie do Mszy św. chleba niekwaszonego.

Patriarcha zareagował na klątwę zwołaniem synodu, na którym 24 lipca spalił bullę i rzucił klątwę na legatów. Przy okazji określił ich jako barbarzyńców, którzy chcieli dokonać zamachu na najświętszą Prawdę.

Ambicje

Z powodu takich ambicjonalnych i w sumie nieistotnych kwestii rozpadł się Kościół?

Po prawdzie wtedy się jeszcze nie rozpadł. W 1054 r. niewielu chrześcijan wiedziało w ogóle, że doszło do jakiegoś rozłamu. Ale nawet ci, którzy wiedzieli, nie uważali tego za zdarzenie przełomowe. Tarcia między Wschodem a Zachodem nie były niczym nowym. Trwały niemal od czasu, gdy cesarz Konstantyn utworzył stolicę w mieście nad Bosforem. Wtedy to mało znaczący biskup tego miejsca stał się nagle pasterzem cesarskiego miasta, a wkrótce najbardziej wpływowym z patriarchów. Między nim a rezydującym w Rzymie papieżem zaczęło dochodzić do napięć. Patriarchowie Konstantynopola zapragnęli objąć zwierzchnictwo nad całym chrześcijańskim Wschodem. Względy ambicjonalne zaczęły coraz mocniej podkopywać jedność kościelną. Do czasów Cerulariusza kilkakrotnie już dochodziło do czasowego zerwania Konstantynopola z Rzymem. Powodem formalnym były kwestie dogmatyczne albo personalne – na przykład spór o kult obrazów, o wspomnianą już kwestię pochodzenia Ducha Świętego albo o ważność wyboru danego patriarchy.

Trzeba jednak zauważyć, że w tych zatargach nie był kwestionowany prymat papieża. Także Cerulariusz nie występował przeciw pierwszeństwu biskupa Rzymu, a tym bardziej nie przeciw całemu chrześcijańskiemu Zachodowi. W 1054 roku wyklinali się skłóceni kościelni hierarchowie, a nie Kościoły. To oczywiste, bo żadna kara kościelna nie ma i nie miała mocy obejmującej całe wyznanie.

Co więcej, ekskomunika, jaką rzucił kardynał Humbert, prawdopodobnie była nieważna, bo jego mocodawca, papież Leon IX, zmarł 19 kwietnia, a więc prawie 3 miesiące wcześniej, i jeszcze nie wybrano jego następcy. Zatem legat nie miał już uprawnień, na jakie się w bulli powoływał.

Podział utrwalony

Po incydencie z 1054 roku długo jeszcze trwały więzi i nie zgasła wzajemna życzliwość. Nawet na górze Athos przez pewien czas funkcjonowały obok siebie kościoły i klasztory łacińskie. Z prawosławnej Rusi jeszcze w 1091 r. szła pielgrzymka do Rzymu, a pełna świadomość podziału dotarła tam dopiero pod koniec XII w.

Gwóźdź do trumny wzajemnych relacji między Kościołami Wschodu i Zachodu wbili dopiero przywódcy IV krucjaty, którzy zamiast do Ziemi Świętej, skierowali wojska krzyżowców pod mury Konstantynopola. W Wielki Piątek 17 lipca 1203 roku cesarskie miasto, które oparło się wielu najazdom, padło po raz pierwszy w swojej historii – i to z ręki braci w wierze. Cesarz uciekł, podobnie zrobiło wielu greckich biskupów. Krzyżowcy ograbili miasto, nie oszczędzając kościołów i klasztorów. Splądrowali groby cesarzy, a nawet profanowali Najświętszy Sakrament w prawosławnych kościołach. „Saraceni nawet są dobrzy i litościwi w porównaniu z tymi ludźmi, którzy noszą krzyż Chrystusa na ramieniu” – zapisał bizantyjski kronikarz.

Papież Innocenty III potępił krzyżowców za zamach na Konstantynopol, ale po czasie ustanowił tam łacińskiego patriarchę i podporządkował mu greckie duchowieństwo. Sądził, że to zakończy schizmę, ale stało się odwrotnie: między grekami a łacinnikami wyrósł mur nienawiści, a podział sięgnął samego dna serc. Odtąd chrześcijanie, wierzący w zasadzie tak samo, na długie wieki stali się wobec siebie wrogami. A problem narastał. Gdy minęło kolejne 500 lat, Kościołem Zachodu wstrząsnęła reformacja – i znów chrześcijanie, zamiast paść na kolana, zaczęli się wyklinać.

Krok do jedności

Był 7 grudnia 1965 roku. Papież Paweł VI w Rzymie, a w Konstantynopolu patriarcha Atenagoras jednocześnie znieśli ekskomuniki z 1054 roku. Tekst bulli papieskiej uroczyście przeczytano w bazylice św. Piotra, w której obradował Sobór Watykański II. Następnie Ojciec Święty wręczył ją metropolicie Melitonowi, reprezentującemu patriarchę, a następnie serdecznie go uściskał. Ponad dwa tysiące ojców soborowych powstało z miejsc. Rozległy się długo niemilknące oklaski. Scenie tej przypatrywali się także przedstawiciele innych wyznań, zaproszeni na sobór jako obserwatorzy.

To nie był koniec podziału katolicko-prawosławnego, ale pierwszy po dziewięciu wiekach krok do przywrócenia jedności. Od tamtej pory minęło ponad pół wieku i wciąż nie idziemy razem, choć jest między nami niewiele różnic teologicznych, a żadna nie jest istotna.

Sporo musiało upłynąć czasu, żeby w Kościele zaczęła dojrzewać myśl, że nie w uporze przy własnej racji jest droga do pojednania z chrześcijanami innych wyznań, lecz w miłości. Do niczego nie doprowadzą wyznaniowa arogancja i podkreślanie swoich racji. Przerabialiśmy to przez tysiąc lat. Czas wyciągnąć wnioski.

31 maja 1997 r. św. Jan Paweł II mówił we Wrocławiu: „W ciągu ostatnich lat zmniejszył się znacząco dystans oddzielający od siebie Kościoły i Wspólnoty kościelne. Ale ciągle jest to dystans zbyt duży! Nie tak chciał Chrystus!”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się