Nowy numer 3/2022 Archiwum

Ekonomiczny szantaż?

Na razie niewiele wskazuje na to, że UE wprowadzi poważne sankcje gospodarcze wobec Białorusi. Warto zastanowić się jednak, jakie mogłyby być ich konsekwencje.

W ogłoszonym w drugiej połowie listopada br. piątym pakiecie sankcji dla reżimu w Mińsku unijne instytucje skupiły się na ukaraniu linii lotniczych i firm transportowych, zajmujących się przewozem imigrantów na granicę polsko-białoruską. Grozi im zawieszenie zezwoleń i certyfikatów oraz ograniczenie działalności na terenie Europy. Jeśli te środki nie pomogą w rozwiązaniu problemu, UE będzie stopniowo wprowadzać kolejne ­obostrzenia. W tym kontekście mówi się o tzw. drabinie eskalacyjnej, której ostatni szczebel stanowiłyby dotkliwe sankcje gospodarcze.

Bez ropy ani rusz

Z opracowania przygotowanego przez Ośrodek Studiów Wschodnich wynika, że firmy należące do sektora państwowego generują 75 proc. PKB Białorusi. To w dużej mierze nierentowne zakłady przemysłowe, pamiętające jeszcze czasy Związku Sowieckiego. Ich funkcjonowanie jest uzależnione od wsparcia Rosji, która zapewniając reżimowi Łukaszenki niskie ceny ropy i gazu, pozwala na czerpanie zysków z przerabiania i transferu tych surowców. Jednocześnie państwo rządzone przez Władimira Putina jest głównym odbiorcą białoruskich produktów. Według International Trade Centre w 2020 r. wartość eksportu towarów do Rosji wyniosła 11,4 mld euro. Kolejne miejsca w rankingu zajęły Ukraina (2,8 mld), Polska (1,1 mld), Litwa (906,1 mln) i Niemcy (795,5 mln).

W 2011 r. Białoruś przeszła kryzys walutowy, a w latach 2015–2016 dotkliwą recesję. Po tych wydarzeniach zmieniono ekipę odpowiedzialną za gospodarkę, zaczęto prowadzić bardziej przemyślaną politykę fiskalną i monetarną. Efektem tych działań był wzrost PKB w tempie ok. 1–3 proc. rocznie. Dobra passa trwała do stycznia 2020 r. Wówczas odnotowano 1,9-procentowy spadek PKB. Jego przyczyną było ograniczenie dostaw rosyjskiej ropy. W ten sposób Putin postanowił zdyscyplinować Łukaszenkę, który w tamtym czasie zabiegał o większą autonomię w ramach Związku Białorusi i Rosji (ZBiR).

Działania podjęte przez Kreml zbiegły się w czasie z wybuchem pandemii i dekoniunkturą na światowych rynkach nawozów potasowych, które obok ropy pozostają najważniejszym towarem eksportowym Białorusi. Wartość obrotów w handlu zagranicznym spadła o 10 mld dolarów w skali roku, a wpływy do budżetu zmalały o 20 proc. Chociaż po kilku miesiącach dostawy ropy zostały przywrócone, gospodarka nie wyszła z kryzysu. Podjęte przez rządzących działania, czyli kredytowanie sektora państwowego i regulacja cen podstawowych towarów, nie poprawiły sytuacji. Pod koniec ubiegłego roku rubel stracił na wartości 34 proc. wobec euro i 22 proc. wobec dolara. W wyniku wysokiej inflacji i zamrożenia płac przeciętnym Białorusinom żyje się jeszcze gorzej niż wcześniej.

Gigantyczna pomoc

Najpierw Rosja przyczyniła się do wywołania na Białorusi kryzysu gospodarczego, a później podała jej pomocną dłoń. Od czasu sfałszowanych wyborów prezydenckich, które odbyły się w sierpniu 2020 r., Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin spotkali się już pięć razy, a siedem razy rozmawiali ze sobą przez telefon. Rezultatem tych kontaktów była gigantyczna pomoc finansowa dla Białorusi. Kreml przyznał reżimowi w Mińsku pożyczkę w wysokości 1,5 mld dolarów. Dodatkowe 0,5 mld dolarów popłynęło z Euroazjatyckiego Funduszu Stabilizacji i Rozwoju, który jest jednym z narzędzi służących do integracji gospodarczej państw byłego ZSRR wokół Federacji Rosyjskiej. Poza tym w grudniu ubiegłego roku rosyjskie władze przyznały Białorusi kredyt w wysokości 1 mld dolarów na refinansowanie długu publicznego.

Uzależnienie białoruskiej gospodarki od Rosji sprawia, że Kreml może wywierać naciski na reżim w Mińsku. Czy w celu zażegnania kryzysu na granicy polsko-bialoruskiej Unia Europejska także mogłaby sięgnąć po instrument ekonomicznego szantażu? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że interesy z Zachodem nie mają dla Łukaszenki większego znaczenia, a unijna presja nie przyniosłaby pożądanych skutków. Dane pokazują jednak coś innego. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego UE odpowiada za 20 proc. wymiany handlowej Białorusi. Zachodnie państwa kupują tam m.in. ropę i produkty ropopochodne, drewno oraz nawozy. Unia Europejska mogłaby zatem wprowadzić poważne sankcje gospodarcze i postawić Łukaszenkę w trudnej sytuacji. Na razie nie podejmuje jednak tak radykalnych kroków.

Handel kwitnie

Gdy w maju br. białoruskie służby zatrzymały wracającego z wakacji opozycjonistę Ramana Pratasiewicza, unijne instytucje zapowiedziały mocne uderzenie w tamtejszą gospodarkę. Zakazano wówczas sprowadzania parafiny, bituminów i gazów naftowych z białoruskich rafinerii. Nie zrezygnowano jednak z zakupu benzyny i oleju napędowego, przynoszących największe zyski reżimowi. Ponadto zabroniono dostaw chlorków potasu, z których wytwarza się wspomniane nawozy potasowe. Zdaniem analityków Ośrodka Studiów Wschodnich Łukaszenka z łatwością pozyska jednak nowe rynki zbytu dla takich produktów. Już dzisiaj trafiają one m.in. do Brazylii, Indii oraz Chin.

W rozmowie z „Rzeczpospolitą” znany białoruski ekonomista Jarosław Romańczuk podkreślił, że opisane powyżej działania są jedynie pstryczkiem w nos dyktatora i nie można ich traktować jako realnych sankcji. Nie doszło przecież do choćby niewielkiego ograniczenia handlu UE z Białorusią. Mamy do czynienia wręcz z odwrotną sytuacją. Według Biełstatu (białoruskiego urzędu statystycznego) w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy nasz wschodni sąsiad zwiększył wymianę handlową z unijnymi państwami o ponad 40 proc. Tylko w pierwszym półroczu br. wartość białoruskiego eksportu na Zachód wyniosła aż 7 mld dolarów.

Konsekwencje dla Polski

Podczas wizyty w państwach bałtyckich Mateusz Morawiecki wyraził nadzieję, że Alaksandr Łukaszenka wycofa się z działań prowadzonych na granicy i doprowadzi do powrotu migrantów do państw, z których przybyli. Jeśli jednak do tego nie dojdzie, zdaniem premiera należy rozważyć wprowadzenie poważniejszych sankcji, czyli całkowitej blokady handlowej. Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego twierdzą, że takie działanie uderzyłoby w uzależnioną od eksportu białoruską gospodarkę. Jednocześnie zauważają jednak, że polscy producenci części do taboru kolejowego, jabłek oraz grzybni żywej także mieliby powody do obaw. Za wschodnią granicę trafia bowiem ok. 15 proc. wytworzonych przez nich produktów. Z kolei w naszym kraju mogłoby zabraknąć drewna, nawozów potasowych i cementu. Szacuje się, że dostawy z Białorusi pokrywają ponad 20 proc. zapotrzebowania na te towary.

Scenariusz całkowitego zamknięcia granicy dla ruchu towarowego oznaczałby dla Polski utratę 1,6 mld euro wpływów z eksportu oraz zmniejszenie wydatków na import o 1 mld euro. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że w 2020 r. polski eksport wyniósł w sumie 237,5 mld euro, a import 225,5 mld euro. Interesy z Białorusią nie są zatem aż tak ważne dla kondycji naszej gospodarki. Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że na hipotetycznych sankcjach mogłaby także ucierpieć wymiana handlowa z Chinami i Rosją. Z danych Eurostatu wynika, że kilkanaście procent towarów importowanych z tych państw dociera do nas koleją, głównie Nowym Jedwabnym Szlakiem biegnącym przez Białoruś. Co więcej, polskie firmy zarabiają na tranzycie chińskich produktów do krajów Europy Zachodniej. „Scenariusz zamknięcia dla ruchu towarowego tylko drogowych przejść na granicy polsko-białoruskiej byłby mniej uciążliwy niż całkowita blokada granicy” – konkludują analitycy PIE w artykule opublikowanym na łamach „Tygodnika Gospodarczego”.

Osobną kwestią pozostaje reakcja Białorusi na ewentualne sankcje. Zdaniem ekonomistów mogłaby ona sabotować tranzyt surowców z Rosji przez gazociąg jamalski i rurociąg Przyjaźń. Wydaje się jednak, że Moskwa nie dałaby przyzwolenia na tak radykalne działania. Zależy jej bowiem na utrzymaniu dobrych relacji z Zachodem i szybkim uruchomieniu Nord Stream 2.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w Akademickim Radiu UL Uniwersytetu Łódzkiego. Współpracował z kwartalnikiem „Fronda Lux”, „Teologią Polityczną Co Miesiąc”, portalami plasterlodzki.pl i bosko.pl. Publikował także w miesięczniku „Koncept”. Interesuje się muzyką i szeroko pojętą kulturą. Jego Obszar specjalizacji to kultura, sprawy społeczno-polityczne, tematyka światopoglądowa, media.

Kontakt:
maciej.kalbarczyk@gosc.pl
Więcej artykułów Macieja Kalbarczyka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także