Nowy numer 48/2021 Archiwum

Frycek zamiast Zenka?

Konkurs Chopinowski to święto muzyki i nas wszystkich. Raz na pięć lat zamieniamy się w szopenologów.

Nawet jeśli nie znamy nut, a na co dzień słuchamy rocka, popu czy disco polo, raz na pięć lat (obecnie sześć – ze względu na pandemiczne przesunięcie terminu) przestrajamy nasze gusta. Polacy na kilkanaście dni zamieniają się w szerokie muzyczne jury. Dlaczego kochamy Konkurs Chopinowski?

Kowalski jurorem

Regularnie na koncerty muzyki klasycznej chodzi jedynie garstka Polaków, a większość z nas była w filharmonii raz... z wycieczką w podstawówce. A mimo to w czasie konkursu ożywia się nasze zapotrzebowanie na klasykę. I przypominamy sobie, że Chopin wielkim kompozytorem był. Zaczynamy śledzić doniesienia medialne ze zmagań konkursowych, a nawet rozpoznawać poszczególnych pianistów. Co więcej, w niektórych środowiskach jest wręcz modne, by wiedzieć, słuchać, komentować, a czasem wrzucić jakieś „świetne wykonanie” młodego Japończyka czy Polaka na swój profil.

– Budzimy się z „uśpionego zakochania” Chopinem. Konkurs niewątpliwie jest dla nas rodzajem święta. I mimo że wielu Polaków nawet nie kojarzy na co dzień muzyki Chopina, osłuchujemy się właśnie w czasie koncertów konkursowych – mówi prof. Marcin Gmys, muzykolog i szef Polskiego Radia Chopin. – Nie tylko melomani pasjami oglądają relacje telewizyjne, które cieszą się ogromną popularnością. Również nasze radio, w którym prowadzimy studia konkursowe z wybitnymi zaproszonymi specjalistami, odnotowuje rekordową słuchalność w czasie tych audycji.

I tak się dzieje ze wszystkimi mediami, które zajmują się XVIII Międzynarodowym Konkursem Chopinowskim: oglądalność i słuchalność programów oraz audycji o tematyce konkursowej mocno wzrastają. Stajemy się rodzajem publicznego, szerokiego jury, czemu niewątpliwie służy możliwość komentowania na żywo na czatach internetowych, w czasie występu pianistów. Takie aktywności dostępne są chociażby na profilu Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina na YouTube. Polscy odbiorcy (w tempie presto vivace) spierają się na temat mazurków czy polonezów z melomanami z całego niemal świata: z Włoch, Niemiec, Francji, ale przede wszystkim z Azjatami. Bo, jak wiadomo, Japończycy, Chińczycy i Koreańczycy Chopina znają i kochają. Co widać też i w liczbie pianistów z Dalekiego Wschodu: na 87 zakwalifikowanych do konkursu aż 22 pochodzi z Chin, a 14 z Japonii.

Jak gwiazdy

Zresztą to właśnie młodzi muzycy działają na widzów jak magnes. Stają się bliscy. Internauci komentują ich wygląd: strój, makijaż i fryzury. Niemal tak jak komentuje się czasem... znanych piłkarzy. Nieco bardziej zorientowani w muzyce podziwiają też kunszt, zaangażowanie, tytaniczną pracę młodych, bywa, że siedemnastoletnich pianistów.

– Gdy widzę ich grę, widzę i swoje życie, przypominają mi się zmagania z konkursu – opowiada pianistka Karolina Marchlewska-Trzmiel, która startowała w Konkursie Chopinowskim dwa razy. – Podziwiam ciężką pracę, by stworzyć cały program: każdy występ na każdym z etapów to recital. Widać też, wraz z postępem konkursu, że jedne osobowości zgadzają się z treścią programu, a inne niezbyt. Idealnie, gdy pianista ma Chopina i pod palcami, i w sercu. Tę równowagę lub jej brak wyczuwają słuchacze nawet niezbyt obeznani z muzyką.

Słuchaczy fascynuje też rywalizacja. – Konkurencja jest wpisana w ludzką naturę. Podziwiamy tych, którzy stają w różnego rodzaju szranki i walczą. Słuchacze oglądają relacje, porównują. To wciąga, bo chcą wiedzieć, czy ich intuicja równa się wyrokowi jury. Mamy potrzebę skonfrontowania naszych preferencji z ostatecznym wynikiem konkursu – który przecież jest pochodną niemal matematycznych równań i bardzo wielu czynników – twierdzi Piotr Latoszyński, pianista i pedagog.

Stary i nowy

Znawcy twierdzą, że Konkurs Chopinowski jest zawsze taki sam. Świat jednak przyspieszył. Szczególnie widać to w obecnej edycji, ale i sześć lat temu tendencja ta była namacalna. – Liczy się szybkość, efektowność, zmienność – mówi K. Marchlewska-Trzmiel. – Jednocześnie przecież pozostajemy ludźmi, istotami wrażliwymi, które podświadomie lgną do klasycznej i prastarej triady: dobra, piękna, prawdy. Muzyka Chopina zawsze przenosi w wymiar, w którym królują dobro i prawda. W tej przestrzeni każda sztuczność, pęd, tani blichtr i skupienie na sobie mocno rażą. Muzyka mistrza jest jak ponadczasowe lustro: od razu widać w nim, kto kocha ją, a kto siebie.

Chopin, niezależnie od czasów, pozostaje taki sam: pełen prostoty i dramatyzmu. Zachwycamy się tak samo jak przed dwustu laty precyzją wielogłosu, pięknem przeróżnych tematów i wyczuwamy treść, intymną i historyczną. Mówi się, że te treści najłatwiej pojąć nam, Polakom. Ale i chociażby Japończycy utożsamiają się z wrażliwością chopinowską. – Tak naprawdę Chopina kochają wszyscy, bo każdy znajduje w tej muzyce emocje, bóle, smutki, ale i odrobinę żartu, błysku, flirtu – mówi Aleksandra Kowalczyk, pianistka i pedagog. – Chopin był człowiekiem fascynującym, wszechstronnym, a przy tym właśnie błyskotliwym, czasem żartobliwym. To pociąga i współczesnych, którzy chcą znaleźć w nim głębię.

Obecnie konkurs to też reality show: publiczność jest blisko pianisty, niemalże na estradzie. I po prostu dopinguje. – To olimpiada pianistyczna, ale z misją, wielkim przesłaniem, którego doświadczamy – podsumowuje K. Marchlewska-Trzmiel.

Piotr Latoszyński: – Konkurs wymusza pewien sposób wykonywania, konkretny repertuar i perfekcyjne opanowanie wielu utworów. Niewątpliwie jest to gigantyczny stres dla uczestników – i zawsze tak było. Pewną nowością jest, że konkurs to już nie tylko wyścig o laur najlepszego, ale też po prostu o pieniądze. Konkurs staje się rodzajem igrzysk, które wygrywa nie zawsze ten, kogo większość typuje jako „pewniaka”. Tu ważne są czynniki nieobiektywne: chociażby losowanie kolejności uczestników, układ dnia, wiele spraw, których nie da się wyćwiczyć, w tym sympatie jurorów.

Wyrazić Chopina

Pianiści również się zmieniają. Na pierwszy rzut oka widać to w kreacjach: dawny konkursowy sztywny dress code już w zasadzie nie obowiązuje. Suknie pań bywają nazbyt wycięte, a panowie zamieniają smokingi na proste, wręcz siermiężne koszule. Młodzi pianiści to często już znane gwiazdy, oklaskiwane na całym świecie. Niektórzy do konkursu podchodzą jak do zadania, planu biznesowego, który należy zrealizować. – Mimo różnych zmiennych na estradę wychodzi jednak najpierw człowiek, a dopiero potem pianista. W muzyce odbija się jego wnętrze: wartości, wychowanie, temperament, kultura. To dość łatwo uchwycić, gdy tylko pianista zaczyna grać pierwsze takty – opowiada K. Marchlewska-Trzmiel. – Albo jest to spójne i porywa, albo bywa niezrozumiałe, obce.

I stąd jedni wykonawcy stają się nam bliscy i mocno im kibicujemy, a inni drażnią, wywołują wręcz niechęć.

– Konkurs Chopinowski staje się coraz bardziej uniwersalny, a z biegiem lat zacierają się różnice między tzw. szkołami, chociażby polską i rosyjską – tłumaczy Aleksandra Kowalczyk. – Pianiści nie są już „zamknięci” w swoim kraju, związani tylko z jednym profesorem. Jeżdżą po świecie, przyjeżdżają na konsultacje. Jeśli naprawdę zależy im na konkursie, bywa, że – jak Azjaci – pobierają lekcje polskich tańców narodowych, by je wyczuć nie tylko pod palcami, ale całym sobą.

„Szymon Nehring – wielka w nim prostota i szczerość. Ma styl, głębię. Gra idealnie Chopina, który był Polakiem, ale i świata obywatelem. On kocha i myśli. Niezwykle przemyślana kreacja” – pisze internauta o występie dwudziestopięcioletniego Polaka, który startuje w konkursie po raz drugi.

„Jak to boli, gdy... dźwięki bolą. To nie pianistka, ale caryca albo królowa śniegu: świetna technicznie, ale nie można grać Chopina, jakby go nienawidząc” – pisze inny o niezwykłej Rosjance Evie Gevorgyan. Siedemnastolatka po pierwszym etapie była okrzyknięta faworytką. W drugim jednak zagrała wielce agresywnie, wręcz wściekle, jakby nie grała Chopina, lecz Prokofiewa.

O Rosjaninie Nikolayu Khozyainovie, starszym już, bo 29-letnim pianiście, piszą z sympatią chyba wszyscy komentatorzy i wychwalają nie tylko perfekcyjną grę, ale autentyczną fascynację Chopinem. Zakochanie tak głębokie i wielopłaszczyznowe, że pianista nauczył się biegle mówić i czytać po polsku. I aby zrozumieć mistrza, czyta jego listy w oryginale, podróżuje polskimi i europejskimi szlakami Fryderyka – tułacza.

I wielu, wielu innych. Najpierw było ich 87, po lipcowych eliminacjach – 78, a po każdym z trzech kolejnych etapów zostawało jeszcze mniej. Do drugiego etapu przeszło 45, a do trzeciego – 23. Późniejsze koncerty finałowe to już absolutny światowy top, a udział w nich jest niemal jednoznaczny ze światową karierą. Podobnie będzie i tym razem, bo XVIII konkurs jest uważany za jeden z najwybitniejszych w historii.

Przy czym, co podkreślają krytycy, młodzi pianiści są doskonale przygotowani technicznie, ale różnie bywa z przygotowaniem emocjonalnym i intelektualnym. Bo żeby dobrze grać polonezy, mazurki i koncerty, nie wystarczą sprawne palce.

– Nuty, partytura pozostają te same. Jeśli się ich jednak nie rozumie, łatwo popaść w patos, przesadę, realizację siebie – mówi K. Marchlewska-Trzmiel.

Pianistka Aleksandra Kowalczyk jest zachwycona tegorocznym poziomem konkursu. Śledzi go sama, z rodziną, ale i z sąsiadem, starszym panem, który z muzyką nie ma wiele wspólnego: – Chopin fascynuje wszystkich. Ci młodzi pianiści są inspirujący. Nawet najsłabsi, nawet na poziomie eliminacji, grali fenomenalnie technicznie.

Chopin pod strzechy?

Czy konkurs zmieni na stałe preferencje Polaków? I czy zwykli Kowalscy zamienią Zenka na Frycka? Prof. Marcin Gmys raczej nie ma złudzeń: – To ożywienie jest chwilowe. Chopina będzie słuchać na co dzień nadal garstka. Żeby to się zmieniło, potrzeba nie tyle konkursu co pięć lat, ile powszechnej edukacji muzycznej – twierdzi prof. Gmys. – Na razie jednak z tym jest u nas bardzo słabo. Jesteśmy w tyle za państwami europejskimi i azjatyckimi.

Wielu obserwatorów jest zdania, że ożywienie związane z konkursem to sposób na chwilowy lans, zwykły snobizm. Maria Małanicz-Przybylska, muzykolog i etnolog, na portalu Polskiego Radia w tekście „Chopiniada” pisze: „Myślę też, że to wcale nie jest zjawisko złe. Znam gorsze snobizmy. Może przynajmniej raz na pięć lat wzrastać będzie wśród Polaków rozpoznawalność nie tylko samego nazwiska naszego narodowego kompozytora, ale też jego muzyki”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama