Nowy numer 42/2021 Archiwum

Plan (nie tylko) Agaty

Odpowiedzialność, współpraca i samodzielność w przypadku… czterolatka. A dlaczego nie?

Agata Ostrowska. Po czterdziestce, mężatka, jedno dziecko. Jej pasja, oprócz rodziny, to uczenie dzieci i gotowanie. Tego, jak kształcić cudze dzieci, uczyła się na studiach. Potem praktykowała przez wiele lat w przedszkolach. Kocha dzieci, uwielbia je uczyć przez zabawę, lubi atmosferę przedszkolnego harmideru, jest dumna z każdego malucha i z postępów w rozwoju swoich podopiecznych. Nie tak dawno odkryła metodę, która pozwala na edukację małych dzieci spojrzeć nowatorsko, przy założeniu, że dziecko to mały, odpowiedzialny (!) i chętny poznawania świata człowiek.

Przedszkolanka?

Dość często praca nauczycieli w przedszkolach nie jest doceniana. Angażujące psychicznie, fizycznie i emocjonalnie prowadzenie zajęć z najmłodszymi, a więc najbardziej wymagającymi uczniami, jest spychane przez rodziców na margines edukacji. – Wynika to zwykle z niewiedzy. Ludzie mówią: „Przecież pani tylko siedzi i patrzy na dzieci. Gdzie tu praca?” – opowiada pani Agata.

A jak naprawdę wygląda praca nauczycielek w przedszkolu? – Właściwie jestem w ciągłym ruchu, wciąż nastawiona na dzieci i ich potrzeby. Z dziećmi bawię się i uczę. Bo tak jest w istocie: uczę je różnych umiejętności, ale również sama uczę się od nich.

Czego może nauczyć nas czterolatek? A chociażby cierpliwości, prawdy. Dzieci od razu wyczuwają nieprawdę, sztuczność, udawanie zaangażowania. – Kiedy zaczynałam pracę w przedszkolu, myślałam, że to na rok albo dwa. Tak się jednak wciągnęłam, tak pokochałam swoją rolę i dzieci, że pracuję już 15 lat. To moja pasja. Chociaż przyznam jednocześnie, że długo szukałam swojej ścieżki w byciu nauczycielką przedszkola. I znalazłam ją.

Polskie przedszkola

Jest ich wiele. Sytuują się na różnym poziomie. Różnica między nimi nie zawsze przebiega na linii prywatne – państwowe. Wiele państwowych placówek działa świetnie, a dzieci są doskonale prowadzone, podczas gdy „renomowane” prywatne ośrodki działają czasami na tyle komercyjnie, by… zapominać o dzieciach i ich prawdziwych potrzebach. Poziom reprezentowany przez przedszkole to często więc kwestia ludzka – osobiste zaangażowanie dyrekcji i nauczycielek w rozwój każdego dziecka.

– W nauczaniu przedszkolnym brakuje odwagi w sięganiu po nowe. Wyjście ze strefy komfortu jest dla niektórych jak skok w przepaść. Wygodnie jest mieć przewodnik, podręczniki, karty pracy. Wtedy wiem, „co mam robić z dziećmi”, i nie muszę samodzielnie myśleć – opowiada pani Agata. – Jednak to, co jest nauczycielską strefą komfortu, ogranicza dzieci i samego nauczyciela. Jest też mnóstwo niepotrzebnej „papierologii”, zabierającej nauczycielom czas. W procesie nauczania w przedszkolu wiele zależy od samego nauczyciela: w jaki sposób wspiera dzieci i jak współpracuje z rodzicami – mówi.

Nauczyciele powinni dawać więcej przestrzeni dzieciom. Ale co to znaczy? – Warto stawiać na samodzielność, odpowiedzialność, współpracę między dziećmi i rodzicami – przekonuje.

Tu dochodzimy do sedna, czyli metody, którą pracuje pani Agata. Nastawienie na samodzielność, odpowiedzialność i współpracę to filary tzw. planu daltońskiego. – W przedszkolach potrzebujemy zmiany, a nie ciągłego działania schematem, sprawdzania i nadzoru, czy pani Krysia zrobiła jota w jotę to, co miała w konspekcie zajęć. Nauczyciele przedszkola potrzebują zaufania ze strony władz, a przede wszystkim rodziców swoich dzieci – zapewnia pani Agata.

Daltoński plan?

Nazwa dość enigmatyczna. Plan daltoński – co to w ogóle jest? – Zetknęłam się z tą metodą kilka lat temu. Wówczas właścicielka przedszkola, w którym pracowałam, zaproponowała, że będziemy zajmować się planem daltońskim. Najpierw czekało nas szkolenie. Przyznam, że nie byłam zadowolona. Jednak z czasem moje obawy się rozwiały. Uświadomiłam sobie, że z dziećmi można pracować inaczej. Szkolili nas państwo Sowińscy, specjaliści od planu daltońskiego. Dość szybko stwierdziłam, że to wielka szansa dla mnie i moich wychowanków.

Według pani Agaty plan daltoński to zmiana całego spojrzenia na edukację maluchów, która sprowadza się do wizji dorosły człowiek – mały człowiek, a nie edukator – nierozumna istota. – „Moje” dzieci, czterolatki, same nakładają sobie obiad, pomagają młodszym kolegom zakładać kapcie, próbują rozwiązywać konflikty, planują swoją pracę. Zdobywają umiejętności, które są bardzo potrzebne nie tylko w szkole, ale także w dorosłym życiu. Plan daltoński dodał mi skrzydeł, poczułam wiatr w żaglach. To podejście dało mi neutralność, naturalność i prawdę w zawodzie – twierdzi pani Agata.

Plan daltoński, który powstał niemal sto lat temu w USA, zakłada indywidualizację procesu uczenia się, realizację zróżnicowanych zadań w zależności od wieku i możliwości dzieci. – Zapewniam, że taka jest praktyka nauczycieli pracujących tym systemem – mówi Agata Ostrowska.

Początki zmian wcale proste nie były, nastręczały sporo problemów. – Największy z nich to zmiana w… głowie. Najtrudniejsze było przestawienie myślenia, że nie muszę wszystkiego robić sama, bo dzieci są w stanie zrobić tyle samo co ja. Czyli nie rób niczego, co dziecko może zrobić samo, bo to ogranicza malucha, nie pozwala mu się rozwijać.

Trudne było też przestawienie myślenia sporej części rodziców. Zastanawiali się, czy możliwa jest edukacja bez podręczników, bez odmierzonego niemalże linijką planu zajęć. – To trwało jednak chwilę. Rodzice widzą, że dzieci się wspaniale rozwijają, dużo umieją, a potem świetnie radzą sobie w szkole podstawowej. Więc teraz sami pytają, co mogą z tego podejścia zastosować w domu. Takie pytania świadczą o tym, że warto było przepracować naszą wspólną, schematyczną mentalność.

Trzy filary

Filarami metody są odpowiedzialność, współpraca i samodzielność. Odpowiedzialność zakłada, że to dzieci odpowiadają za wyniki procesu edukacyjnego oraz sposób jego realizacji. Proponuje się im planowanie własnej pracy, czemu służą m.in. specjalnie opracowane tablice znajdujące się w salach lekcyjnych. Dzieci samodzielnie znajdują rozwiązania i wykonują zadania. Nauczyciel służy wsparciem i wkracza tylko wówczas, gdy jest to konieczne. Dzieci działają wspólnie, bardzo sobie pomagają, uczą się współpracy i empatii. Współpraca zakłada bowiem korzystanie z pomocy rówieśników oraz wspólne realizowanie różnych projektów. Unika się niezdrowej rywalizacji. Dzieci są przyjaciółmi, a nie konkurentami.

– Plusy planu daltońskiego dla mnie, jako nauczyciela, to przede wszystkim niezależność i zero ograniczeń, które mnie przytłaczały. Przewodnik metodyczny i podręczniki podcinają skrzydła i nauczycielowi, i małemu dziecku. Plan daltoński pozwala w pełni iść za dzieckiem, za jego potrzebami i zainteresowaniami. Tak naprawdę to dzieci przeprowadzają zajęcia, ja tylko podpatruję, towarzyszę i rozmawiam.

Według Agaty Ostrowskiej plan daltoński świetnie sprawdza się też w domu. – Tu chodzi o wspólne planowanie, co będziemy robić. Dziecko, które samo pilnuje rozkładu tygodnia, jest lepiej zorganizowane. Dzieci są samodzielne, o pomoc proszą kolegę, a nie panią nauczycielkę. Współpracują, wymieniają się spostrzeżeniami. Plan daltoński pozwolił mi połączyć ze sobą nauczanie dzieci i gotowanie. Jest to laboratorium, podobnie jak domowa kuchnia. Wpuszczajmy dzieci do kuchni, gotujmy, bawmy się i bądźmy razem – opowiada.

Czy plan daltoński ma szansę być szerzej poznany i praktykowany w polskich przedszkolach? Trudno powiedzieć. Jednak zdrowy rozsądek podpowiada, że warto go spróbować. Zarówno w przedszkolu, jak i w domu.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama