Nowy numer 42/2021 Archiwum

Igranie sondażami

Pytanie, jakie wąż zadał Ewie w raju, było pierwszym przypadkiem… zmanipulowanych badań opinii społecznej. Echa tej szkoły widoczne są dziś w wielu sondażach.

Być może to zestawienie – opis kuszenia i sondaże – wydaje się na pierwszy rzut oka zaskakujące. Nie chodzi oczywiście o żadną analogię sytuacji, tylko o pewien mechanizm wprowadzania w błąd. Krótko mówiąc: nie ma nic złego w stawianiu jakichkolwiek pytań, problem jest natomiast w formułowaniu ich i przedstawianiu odpowiedzi w taki sposób, by udowadniały tezę oderwaną od rzeczywistości lub same tę rzeczywistość wykreowały.

„Czy rzeczywiście?”

Jak to się ma do Księgi Rodzaju? Pamiętamy, że Bóg pozwolił ludziom korzystać ze wszystkich dóbr ogrodu rajskiego. „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania”. Zakazał tylko jednego: „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść”. I oto do żyjącej w takiej rzeczywistości Ewy podchodzi wąż „ankieter”, który całkowicie odwraca problem i przewrotnie pyta: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: »Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu«?”. Co robi „respondentka” Ewa? Wchodzi w rozmowę o problemie, który został wykreowany przez „ankietera”: nie ma przecież zakazu jedzenia ze wszystkich drzew, więc problem przedstawiony przez węża jest całkowicie fikcyjny, mający na celu odwrócenie uwagi od rzeczywistości. Cel zostaje osiągnięty, bo Ewa nie myśli już o całym dobru, do którego ma dostęp, tylko o wątpliwości, którą zasiał w niej wąż, zadając nieadekwatne do realiów życia w raju pytanie.

Trudno oprzeć się wrażeniu – przy wszystkich oczywistych różnicach – że część sondaży, przeprowadzanych na zamówienie różnych instytucji i mediów, jest realizowana według podobnego schematu. Ze szkodą dla samych badań socjologicznych, które przy zastosowaniu właściwej metodologii są bardzo ważnym narzędziem docierania do wiedzy o zawiłościach życia społecznego. Ale także ze szkodą dla mniej wymagających doraźnych badań sondażowych (to poziom nieco niższy niż pogłębione badania socjologiczne), które również mogą być przeprowadzane profesjonalnie, pod warunkiem, że nie są narzędziem do udowodnienia tezy, która została wykreowana przez zleceniodawcę.

Nie ten problem

Najświeższym przykładem takich sondaży, które odwracają uwagę od istoty problemu, są powtarzane od paru tygodni badania opinii sprowadzające się do pytania: czy jesteś za pozostaniem Polski w Unii Europejskiej? Pytanie i sondaż sam w sobie nie musiałyby być niczym niewłaściwym – ot, zleceniodawca i autorzy badań chcą dowiedzieć się, jaki jest poziom akceptacji naszego członkostwa w UE po 17 latach. Nie musiałyby, gdyby nie kontekst, którego pytanie dotyczy. A kontekstem jest oczywiście trwający spór między Warszawą a Brukselą, który – pomijając jego ściśle polityczne tło – w istocie jest sporem o kompetencje, przeciąganiem liny między instytucjami unijnymi a rządami krajowymi; spór, który nie jest wcale nowy i nie dotyczy tylko Polski, choć w przypadku sporu z naszym krajem osiągnął punkt krytyczny i może być decydujący dla przyszłości Unii. Krótko mówiąc: konflikt na linii Bruksela/Luksemburg–Warszawa w punkcie wyjścia w najmniejszym stopniu nie dotyczy kwestii tego, czy w Unii mamy pozostać, czy ją opuścić. Żadna z najważniejszych sił politycznych w Polsce do tego momentu nie brała w ogóle takiego scenariusza pod uwagę. Nie brali go pod uwagę również ci, którzy uważają, że Polska nie może ugiąć się pod naciskami Brukseli i Luksemburga (siedziba unijnego Trybunału), próbujących poszerzyć – wbrew traktatom – swoje kompetencje. Dlatego powtarzane ciągle w sondażach pytanie: czy jesteś za wyjściem z Unii Europejskiej lub za pozostaniem w niej – i następnie analizowanie w mediach przewidywalnych wyników (ponad 80 proc. Polaków chce pozostania w Unii) jest sugerowaniem, że spór z Brukselą dotyczy właśnie tego: pozostać w Unii czy z niej wyjść. Co więcej, jest kolejną formą nacisku na jedną stronę sporu: epatowanie w tym momencie procentami poparcia dla członkostwa w UE ma wywołać wrażenie, że ludzie chcą Unii, a nie chce jej skonfliktowany z Unią rząd.

Stwórzmy sobie temat

Tymczasem gdyby uczciwie potraktować metody sondażowe, zasadne byłoby postawienie takiego pytania jak np.: „Czy uważasz, że prawo krajowe powinno mieć pierwszeństwo przed unijnym?” (o to też toczy się spór od wielu dekad, a traktaty wcale tego jednoznacznie nie rozstrzygają, o czym pisaliśmy szczegółowo parę miesięcy temu). Albo odwrotnie: „Czy prawo unijne powinno być ważniejsze od krajowego?”. Inne możliwe pytania, które warto by przedstawić w badaniach sondażowych w obecnym kontekście: „Czy twoim zdaniem w sporze polskiego rządu z Unią rację ma Warszawa czy Bruksela?”. A gdyby wejść w temat jeszcze uczciwiej, należałoby w ogóle oddzielić od siebie wszystkie sprawy, o które toczy się spór, i osobno zapytać o kwestię Izby Dyscyplinarnej („Czy twoim zdaniem UE ma prawo domagać się od państwa członkowskiego jej likwidacji?”), osobno o zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego o wyższość prawa krajowego, osobno o wszystkie inne rzeczy, o które kruszymy kopie z Brukselą, a Bruksela z nami.

Zastąpienie pytań adekwatnych do sporu ogólnym pytaniem o poparcie dla członkostwa w Unii jest nie tylko nieuczciwe, ale zwyczajnie niebezpieczne, bo de facto przyczynia się do kreowania rzeczywistości, tzn. do tego, że ludzie… faktycznie zaczynają myśleć o tym, czy członkostwo w UE jest potrzebne. Zaczynają mówić o tym również politycy, w tym ci sami, którzy dotąd w ogóle nie wiązali sprawy ze sporem z Brukselą.

Temat wywołały przewrotnie skonstruowane sondaże. Wszystko według tego samego mechanizmu, według którego swój „sondaż” przeprowadził wąż w rozmowie z Ewą. Wykreowany problem, który… może stać się nową rzeczywistością.

Opinia i wiedza

Warto w tym miejscu wyjaśnić jedną rzecz: badania opinii społecznej są – jak sama nazwa wskazuje – badaniami opinii, a nie stanu faktycznego. Nawet najuczciwsze badania sondażowe (celowo nie piszę „socjologiczne”, bo to jednak bardziej zaawansowany poziom) w kwestii sporu z Unią nie miałyby kompetencji rozstrzygać czegokolwiek. Krótko mówiąc, z faktu, że 60 proc. ankietowanych odpowiedziałoby pozytywnie na pytanie o pierwszeństwo jednego prawa przed drugim, nie wynikałoby jeszcze, że tak faktycznie jest, tylko że Polacy mają taką, a nie inną opinię na ten temat. To zresztą każe zastanowić się nad sensem tych kosztownych przecież badań – poza wiedzą potrzebną samym politykom, którzy często na podstawie sondaży podejmują decyzje, nie wnoszą one praktycznie niczego. Podobnie jak niczego nie wnoszą sondaże oparte na pytaniu: „Czy twoim zdaniem rząd dobrze wypełnia swoje zadania?”. W rzetelnych badaniach pojawiłyby się najpierw pytania filtrujące, tzn. dające badaczowi wiedzę, czy badany w ogóle śledzi działalność rządu, następnie skąd czerpie informacje o niej, jaką ma wiedzę na temat działania urzędów państwowych itd., itp. Tak jak nie ma sensu pytanie w rodzaju: „Czy gazociąg Nord Stream 2 zagraża bezpieczeństwu Polski?” bez zbadania, czy respondent w ogóle kojarzy temat, podobnie nie ma sensu pytanie o ocenę prac takiego czy innego urzędu bez sprawdzenia, czy ankietowany ma jakiekolwiek pojęcie, o czym mowa.

Jest jasne, że takie „badania” mają sens wyłącznie w kategoriach marketingu politycznego – dostarczają politykom doraźnej wiedzy na temat tego, czy są lub nie są lubiani. A mediom – płytkiej, nic niewnoszącej do rozumienia świata publicystyki.

Sondaż a referendum

To o tyle ważny wątek, że według badań CBOS sprzed paru lat większość badanych (56 proc.) opowiadała się za tym, aby „głos wyrażony przez społeczeństwo w sondażach miał decydujące znaczenie przy podejmowaniu decyzji politycznych”. Uczestniczący w badaniach i śledzący ich wyniki w mediach Polacy uważają zatem, że powinny być one zobowiązujące dla władz, jeżeli obywatele wyrażają, czego chcą w danej kwestii społecznej. Krótko mówiąc, Polacy mylą sondaże z referendum. Zapewne wynika to z przekonania, że skoro już ktoś mnie o coś pyta, a ja poświęcam czas na odpowiedzi, to chcę, by przełożyło się to na konkretne zmiany. Warto dodać, że zdecydowana większość ankietowanych (88 proc.) popiera uczestniczenie w sondażach opinii, ponieważ – cytuję za CBOS – „jest to jedyny dostępny sposób wyrażenia swoich poglądów”. I dalej: „W społeczeństwie jest powszechne oczekiwanie, że będzie więcej informacji o wynikach badań opinii publicznej. Ponad cztery piąte ankietowanych (82 proc.) jest zdania, że powinno się więcej o nich informować”.

Dlaczego ten wątek jest taki ważny w naszym temacie? Bo jeszcze mocniej uświadamia, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na zleceniodawcach, autorach sondaży i prezentujących ich wyniki mediach. Ponieważ ludzie aż do tego stopnia poważnie podchodzą do sondaży, w których zapytano ich o opinię, że spodziewają się bezpośredniego ich przełożenia na decyzje polityczne, warto 10 razy zastanowić się nad konsekwencjami niewłaściwego postawienia pytania. Niewłaściwego, bo nieadekwatnego do rzeczywistego problemu. Albo – co gorsza – kreującego niepożądaną wcześniej przez nikogo rzeczywistość.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama