Nowy numer 42/2021 Archiwum

Wnioski z historii

O polskiej polityce w 1939 roku oraz współczesnych wyzwaniach opowiada dr Krzysztof Rak.

Andrzej Grajewski: W podsumowaniu głośnej książki „Piłsudski między Stalinem a Hitlerem” pisze Pan, że pomimo wysiłków marszałka jego następcom nie udało się zabezpieczyć Polski przed sojuszem dwóch naszych śmiertelnych wrogów. We wrześniu 1939 r. byliśmy samotni.

Dr Krzysztof Rak: Nie do końca byliśmy samotni. Mocarstwa zachodnie podjęły jakieś działania, ale z naszej perspektywy nie były one satysfakcjonujące. Jednak wypowiedziały wojnę Niemcom, co zmieniło bieg historii. Pamiętajmy o tym, że w brytyjskich założeniach sztabowych z marca 1939 r. zapisano, że Polska utrzyma się od 3 do 4 miesięcy. Natomiast fakty są takie, że wojnę z Niemcami przegraliśmy w zasadzie po 10 dniach, gdy armia niemiecka stanęła u wrót Warszawy, a naczelny wódz stracił możliwość efektywnego dowodzenia.

Na ile agresja Związku Sowieckiego 17 września 1939 r. zmieniła sytuację?

Oczywiście był to cios w plecy walczącej armii polskiej, co nie zmienia jednak faktu, że strategicznie wojna z Niemcami była już wcześniej przegrana. Możemy się wprawdzie pocieszać, mówiąc, że gdyby nie sowiecka agresja, moglibyśmy odwrócić jej losy, ale to nie jest prawda.

Jaką wartość miały nasze sojusze wojskowe z Wielką Brytanią i Francją podpisane w marcu 1939 r.?

Ich głównym celem było polityczne odstraszenie Hitlera przed atakiem na Polskę. Polskie dowództwo wiedziało, że pomocy ze strony Anglii nie będzie, gdyż nie było takiej fizycznej możliwości.

Francja mogła otworzyć drugi front.

Francja otworzyła drugi front, ale nie w takim zakresie, aby realnie odciążyć Polskę. Nie była do wojny przygotowana wojskowo, a jej społeczeństwo nie było zdolne do ogromnych poświęceń.

Kiedy polskie elity państwowe zdały sobie sprawę z tego, że wojna z Niemcami jest nieunikniona?

To nie jest oczywiste, gdyż są w tej materii różne przekazy źródłowe. Część historyków uważa, że nieuchronność wojny polskie elity zrozumiały po powrocie Becka z Berlina i rozmowach z Hitlerem na początku stycznia 1939 r. Inni, ja także, uważają, że stało się to dopiero w marcu 1939 r. Poważne prace nad naszym planem obrony, czyli planem „Zachód”, zaczęły się dopiero w początkach marca 1939 r. Do tego dochodzi problem przestawienia gospodarki na cele wojenne, które także późno się dokonało. Nie dysponujemy niezbitymi dokumentami stwierdzającymi, kiedy kierownictwo polskiego państwa uzmysłowiło sobie, że wojna z III Rzeszą jest nieuchronna. Sądzę, że stało się to dopiero po 15 marca 1939 r., a więc po wejściu Hitlera do Czechosłowacji i zajęciu Pragi.

Na Kremlu do wojny szykowano się wcześniej?

O tym, że wojna jest nieunikniona, Stalin był przekonany od zawsze. Dogmatem sowieckiej polityki w okresie międzywojennym była Leninowska teza, że wojna imperialistyczna w Europie jest nieunikniona. Jej konsekwencją miał być wybuch rewolucji na Zachodzie, która na pewnym etapie miała być wsparta ofensywą Armii Czerwonej oraz podbojem całej Europy.

Jednak w swej książce stawia Pan tezę, że na początku lat 30. Stalin zmierzał do normalizacji sytuacji z Polską, co wykorzystał Piłsudski, podpisując z nim w listopadzie 1932 r. pakt o nieagresji.

Stalin w drugiej połowie lat 20. miał świadomość słabości Związku Sowieckiego i potrzebował czasu, aby dokonać swoistej drugiej rewolucji, czyli gwałtownej industrializacji kraju kosztem najliczniejszej warstwy chłopskiej. Celem tych działań było stworzenie potężnej armii, która w odpowiednim czasie miała rozstrzygnąć losy przyszłej wojny w Europie. Podpisując układ z Polską, Stalin chciał jedynie zyskać na czasie. W ten sposób zabezpieczył swoją flankę zachodnią, ponieważ ewentualny atak z tego kierunku musiałby być wyprowadzony z terytorium Polski. Dokonując zbliżenia z Polską, starał się mieć otwartą opcję niemiecką. Dlatego stale wysyłał do Berlina sygnały zachęcające do współpracy, nie tylko gospodarczej, ale i politycznej. Hitler dość długo tej oferty nie przyjmował. Co więcej, informował o niej Warszawę, aby przekonać Polaków do antysowieckiego paktu polsko-niemieckiego. W informacjach tych nie sposób nie dostrzec ukrytej groźby: jeśli Polska nie pójdzie na taką współpracę z Niemcami, oferta Stalina będzie poważnie rozważana. Latem 1939 r. ta groźba się zmaterializowała.

Czy Polska mogła zapobiec traktatowi Ribbentrop–Mołotow?

Wydaje się, że nie. Stalin, podpisując go, chciał ostatecznie popchnąć Hitlera do uderzenia na Polskę, licząc, że wywoła to wojnę europejską, która była przez Moskwę oczekiwana. Strategia Stalina została w wyniku tego traktatu zrealizowana. Warto zwrócić w tym kontekście uwagę, że mimo iż 17 września 1939 r. Stalin zaatakował Polskę, ostatecznie nie spotkały go za to żadne istotne sankcje ze strony Zachodu. Anglicy wierzyli bowiem, że prędzej czy później Związek Sowiecki przystąpi do sojuszu antyniemieckiego, co w końcu się stało w czerwcu 1941 r. i przesądziło o wyniku tej wojny.

Czy w dobie zaostrzenia się sytuacji międzynarodowej, chaosu i poczucia braku stabilizacji jesteśmy bardziej bezpieczni niż nasi przodkowie latem 1939 roku?

Nasze położenie jest bez porównania lepsze. Przede wszystkim nie leżymy między dwoma wrogimi mocarstwami, które chcą Polskę zniszczyć. To zaś było istotą dramatu naszego położenia w 1939 r. Jesteśmy mocno zakorzenieni w dwóch sojuszach zachodnich – Unii Europejskiej i NATO. Na naszych wschodnich granicach stacjonują wojska amerykańskie.

Czy to korzystne położenie jest niezmienne? Czwarta siła polityczna w Niemczech, a więc Alternatywa dla Niemiec (AfD), wyraźnie stawia na bliskie relacje z Kremlem.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby AfD mogła wygrać wybory w Niemczech.

W połowie lat 20. ubiegłego wieku sukces partii Hitlera także wydawał się mało prawdopodobny.

Ale w AfD nie ma Hitlera, a jej program nie jest kopią programu NSDAP. Poza tym współczesne społeczeństwo niemieckie zbudowane jest na kompletnie odmiennych wartościach aniżeli te, które były jego fundamentem w okresie międzywojennym. Jest multikulturalne, pacyfistyczne, ogarnięte wręcz obsesją poprawności politycznej. Nie sądzę, aby w przyszłości dało się uwieść skrajnej prawicy. Zresztą i Rosja nie jest dzisiaj dla Niemiec atrakcyjna ani pod względem politycznym, kulturalnym, ani wojskowym. Stoi przed kryzysem politycznym, będącym skutkiem nieuchronnie nadchodzącej chwili wymiany władcy. Putin nie stworzył żadnego systemu jej przekazywania w ręce innego ośrodka, a taka sytuacja zawsze w Rosji wywoływała głęboki kryzys.

Wyjście wojsk amerykańskich z Afganistanu daje Rosji nowe możliwości dezintegracji Zachodu. Jeśli szerzej popatrzeć na kryzys migracyjny na naszej wschodniej granicy, widać, że jego przedmiotem nie jest Polska, ale Niemcy, gdzie mają trafić uchodźcy, nielegalnie przekraczający polsko-białoruską granicę. Tam zbliżają się wybory i pojawienie się nowych migrantów może wpłynąć na ich wynik.

Ma pan rację, wiążąc to, co dzieje się na granicach Polski, z wyborami w Niemczech pod koniec września. W tym właśnie kontekście trzeba postrzegać reakcję polskiego rządu, który wprowadził zdecydowane działania restrykcyjne nie tylko w naszym interesie, ale całej Unii, a zwłaszcza Berlina. Migranci nie ukrywają, że ich celem nie jest Polska, ale Niemcy. Niewątpliwie początek nowej fali migracyjnej, która dotarłaby do Niemiec tuż przed wyborami, miałby wpływ na ich wynik, poprawiając notowania AfD. W ostatnich latach ta partia straciła wiele ze swego impetu po tym, jak udało się rządowi rozwiązać problemy wynikające z wpuszczenia miliona uchodźców do kraju w 2015 r. Dzisiaj AfD może liczyć na jedynie 10 proc., ale każdy jej lepszy wynik będzie przyjęty z zadowoleniem w Moskwie.

Jakie powinny być wnioski z historii dla naszej polityki?

Katastrofa państwa polskiego we wrześniu 1939 r. miała tak apokaliptyczny wymiar, że jeśli chcemy uważać się za naród rozsądny, stale powinniśmy się zastanawiać, dlaczego do niej doszło. Sprowadzając ten problem do współczesnych realiów, należy stwierdzić, że trzeba konsekwentnie wzmacniać wewnętrzną pozycję Polski i budować nasze zasoby obronne oraz robić wszystko, aby dwa najważniejsze elementy naszego bezpieczeństwa, czyli NATO i Unia Europejska, pozostały jego silnymi filarami. Nie należy także wierzyć w niekończącą się opowieść o cywilizacyjnym kryzysie Zachodu, co miałoby nas skłaniać do poszukiwania jakiejś innej, własnej drogi. Trzeba jasno powiedzieć: nasze miejsce pod względem cywilizacyjnym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym jest na Zachodzie. Wszystkie inne pomysły są mrzonkami albo dawaniem posłuchu wschodniej propagandzie. •

Dr Krzysztof Rak

historyk i filozof. Pracował m.in. w MSZ i Kancelarii Premiera RP, zajmując się sprawami międzynarodowymi. Obecnie dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. W 2019 r. wydał cenioną przez krytyków i czytelników książkę „Polska – niespełniony sojusznik Hitlera”, a niedawno „Piłsudski między Stalinem a Hitlerem”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się