Nowy numer 42/2021 Archiwum

Bóg wymyślił rodzinę

Przeciwności nie oznaczają schyłku tego „projektu”. Pokazują, jak bardzo jest ważny.

To było z górą rok temu. Któregoś dnia druga córka Justyny i Dariusza Galińskich z Gdańska, trzynastoletnia dziś Zosia, przyszła do ojca z odkrywczą myślą.

– Tata, wy nie jesteście jak Pan Bóg. Bo wy wypominacie nam różne sprawy i wracacie do tego, że coś źle zrobiliśmy, a Pan Bóg tak nie robi – powiedziała.

– Z czego to wnosisz? – zapytał zdziwiony ojciec.

– Bo jak Jonasz nie chciał iść do Niniwy i wszedł na statek, to Pan Bóg spowodował, że połknął go wieloryb. I gdy po trzech dniach ten wieloryb go wypluł, to Pan Bóg nie wypominał Jonaszowi, że zrobił źle trzy dni temu, że Go nie posłuchał – zwróciła uwagę mała egzegetka.

– To było mocne. Mąż powiedział: „Zosiu, masz rację”. Aż ciarki mnie przechodzą, jak sobie to przypominam – mówi Justyna.

Ale to nie koniec biblijnych porównań dziewczynki. – Tato, ale w zasadzie to ty jesteś dla nas tym wielorybem! Bo jak ja nie chcę zrobić czegoś, co ty mówisz, że powinnam, to ty tak jak wieloryb połykasz nas i powodujesz, że ja to muszę zrobić – kontynuowała Zosia.

Uzdrawianie

Czy dziś rodzina może być środowiskiem żywej wiary, w której słowo Boże więcej waży niż jakiekolwiek inne? I to zarówno dla rodziców, jak i dzieci? Czy może być miejscem, w którym Bóg co dnia zasiada z domownikami przy stole? Czy rodzina ma szanse się ostać wobec oferty „tego świata”, wyjątkowo atrakcyjnej i wciągającej, a jednocześnie w wielu aspektach tak radykalnie sprzecznej z chrześcijańskim modelem życia?

Wielu małżonków i rodziców zdaje się opuszczać ręce w poczuciu osamotnienia wobec napierającej zewsząd postchrześcijańskiej mentalności. Ta pokusa nie dotyka jednak osób i rodzin, które zakorzeniły się w Kościele dzięki doświadczeniu wspólnoty.

To jest też rzeczywistość Justyny i Dariusza. Są dziś małżeństwem z siedemnastoletnim stażem. Oprócz Zosi mają jeszcze trzy córki. – Od samego początku określiliśmy nasze wzajemne oczekiwania, żeby iść drogą Pana Boga. Jeszcze w narzeczeństwie modliliśmy się razem i już wtedy szukaliśmy wspólnoty. W lipcu wzięliśmy ślub, a w listopadzie trafiliśmy do wspólnoty Domowego Kościoła Ruchu Światło–Życie – opowiada Justyna.

Rok po ślubie pojawiło się pierwsze dziecko, potem drugie. Na początku było krucho z finansami. Brakowało nawet na podstawowe potrzeby. Justyna coraz gorzej radziła sobie z emocjami. – Obwiniałam męża za tę trudną sytuację. Za to, że nie możemy gdzieś wyjść, że nie stać nas na to i tamto. Zaczęliśmy kłócić się o to, kto odbiera dzieci z przedszkola, kto za co płaci – wspomina.

Wtedy za sprawą wspólnoty Domowego Kościoła Bóg zaczął wszystko uzdrawiać. Justyna usłyszała, że jej emocje mogą mieć źródło w doświadczeniach z domu rodzinnego. Ojciec pił, był bardzo agresywny, a potem oskarżał mamę, że przez jej „zaniedbania” się upił. Skutek był taki, że mama ciągle stawiała dzieci na baczność, żeby ojciec nie miał powodu się napić i im nie zagrażał.

Znajomi z Domowego Kościoła poprowadzili Justynę do wspólnoty dla współuzależnionych Al-Anon. Tam dowiedziała się, skąd biorą się jej złe emocje, czemu nie umie normalnie rozwiązywać problemów, czemu boi się wielu rzeczy. Ważną rolę w uświadomieniu sobie źródeł tych spraw odegrał ksiądz, który pracuje w Al-Anon oraz prowadzi duszpasterstwo rodzin. Został jej stałym spowiednikiem. Pomógł jej uświadomić sobie, że trudne relacje z jej domu rodzinnego przełożyły się na relacje w domu, który z mężem stworzyła. – To dlatego denerwowałam się na dzieci, w kółko obwiniałam je, że czegoś nie zrobiły. Mówiłam do nich zdaniami, które były zdaniami mojej mamy i mojego taty. To było wciskanie im wyrzutów sumienia. Wiedziałam, że to jest złe, ale nie umiałam z tego wyjść. Moje dzieci jednak wiedziały, że mama chce to zmienić. Mieliśmy już zasadę, że w naszym domu się nie pije, nie bije, że się nie przeklina, że chodzimy w pierwsze piątki do spowiedzi i uczestniczymy we Mszy św. Równocześnie bardzo pomagały wspólne rekolekcje Domowego Kościoła. Tam dzieci widziały, że nie tylko w naszym domu modlimy się wspólną modlitwą rodzinną, ale że są też inni ludzie, którzy tak robią. Widziały, że to jest normalne, że tak się żyje, a nie tylko tak jak u rówieśników w szkole, których rodzice często nie mieszkają razem i którzy dziwią się, że można się modlić w rodzinie – opowiada Justyna.

Oprócz wspólnej modlitwy rodzinnej Justyna i Dariusz praktykują modlitwę małżeńską. Starsze dziewczyny upominają wtedy młodsze: „Teraz nie idziemy do rodziców, bo oni się modlą”. – Naszym orędownikiem jest od wielu lat św. Józef, z uwagi na to, że mąż jest stolarzem. Modlimy się o rozwój w tym zakresie, o błogosławieństwo, a także o to, żebyśmy mogli być dobrym wzorem dla pracowników mojego męża – uśmiecha się pani domu.

Oboje nie piją alkoholu. Wstąpili do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, przyłączyli się też do Maksymiliańskiego Ruchu Trzeźwości, organizują pielgrzymki trzeźwościowe.

– Chcemy pokazać, że można żyć na trzeźwo – mówią z przekonaniem. Justyna przyznaje, że bez włączenia się w życie Kościoła nie byłoby tego wszystkiego.

I tak do śmierci

Znaczenie aspektu świadectwa we wspólnocie akcentuje Paweł Maciejewski, który wraz z żoną Katarzyną pełni w Domowym Kościele posługę pary krajowej.

– Dziecko, idąc do szkoły, bardzo często spotyka się z ogromem niewiary, odrzucenia Boga i obojętności. Mogłoby nabrać przekonania, że wszyscy tak patrzą na życie. A tu jedzie z rodzicami na rekolekcje i spotyka grupę równych sobie wiekiem, którzy tak jak ono się modlą i chodzą na Mszę. Dla wielu dzieci to jest ogromne wsparcie. Często mówią, że dzięki oazie, dzięki rodzicom wiedzą, że w wierze nie są sami. Mają wspólnotę wsparcia, motywacji i gdy uda się ich potem podprowadzić pod własną oazę – tę młodzieżową, gdy nie jadą z rodzicami, to znacząco zwiększają się szanse ich pozostania we wspólnocie Kościoła – zapewnia. – Oczywiście dzieci rodziców z Domowego Kościoła też czasami mają problemy z wiarą, ale na pewno wzorce, które zaczerpnęły, pozwalają im łatwiej je pokonywać czy też, gdyby się pogubiły, wracać – precyzuje.

Domowy Kościół to rodzinna gałąź Ruchu Światło–Życie. Stanowi największy z polskich ruchów skupiających rodziny. Przywiązuje się w nim dużą wagę do duchowości małżeńskiej oraz chrześcijańskiego wychowania dzieci. – Ma ogromne znaczenie dla Kościoła, dla rodzin, dla wspólnoty, przede wszystkim dlatego, że daje formację całej rodzinie. W oazie mogą się formować osoby w różnym wieku. Można w Ruchu Światło–Życie zacząć formację jako młodzież, wstąpić w związek małżeński i stając się członkami Domowego Kościoła, przejść wiele lat życia. Z biegiem lat w naszych rodzinach rodzą się dzieci. Później to one wchodzą na drogę formacji młodzieżowej – i tak do emerytury, i tak do śmierci – zaznacza Paweł Maciejewski. Podkreśla, że wiele osób z Domowego Kościoła bardzo aktywnie angażuje się w życie Kościoła. – Często słyszymy, że ci, którzy przeszli tę formację i trwają na jej drodze, są dużym wsparciem w parafii, w duszpasterstwie rodzin, pełniąc rozmaite posługi. Rzadko się zdarza, żeby ktoś pozostał tylko biernym odbiorcą. Najczęściej włącza się aktywnie w to, co nazywamy diakonią, czyli służbą. Jest to zgodne z wizją ks. Franciszka Blachnickiego, który stawiał bardzo mocny akcent na parafię – zauważa.

Służyć chcemy Panu

Patrycja i Damian Siwicowie są związani ze wspólnotą nowej ewangelizacji. Po ślubie przed pięcioma laty powiesili przy wejściu do swojego mieszkania tabliczkę z fragmentem z Księgi Jozuego (24,15): „Ja i mój dom służyć chcemy Panu”.

– Dla nas to są ważne słowa. Jest to coś, czym żyjemy. To jest nasza deklaracja, że tym, czym nas Pan Bóg obdarował, chcemy służyć Jemu, Kościołowi i ludziom. Chcemy, żeby każdy, kto do nas wejdzie, czy znajomy, czy obcy, miał komunikat, że to jest dom, w którym może się czuć przyjęty – wyjaśnia Patrycja.

Tego rodzaju deklaracje często zaskakują osoby postronne, przyzwyczajone do „prymatu neutralności”, który każe nieomal wstydliwie ukrywać swoje przekonania. Ewangelia jednak domaga się od nas jednoznacznego i śmiałego świadectwa: Jesteśmy chrześcijanami i Jezus Chrystus jest Panem każdego z nas i naszych rodzin. Trudno okazać taką śmiałość w pojedynkę. Wyizolowane rodziny, pozbawione poczucia wspólnoty, rzadko zdołają się na to zdobyć. Potrzebują pomocy. – Istnieje ogromna potrzeba, żeby Kościół był blisko rodzin. Ludzie potrzebują wsparcia, zrozumienia, słuchania, realnego bycia z nimi – mówi ks. Rafał Chruśliński z Instytutu Świętej Rodziny. Wspólnota założona w 1986 roku przez abp. Kazimierza Majdańskiego powstała z myślą o ewangelizacji rodzin. Składa się z kapłanów i osób świeckich konsekrowanych, którzy starają się realnie towarzyszyć rodzinom przez rekolekcje i dni skupienia, tzw. Ogniska Świętej Rodziny. W ten sposób powstaje baza do budowania miejsc, w których rodziny mogą doświadczyć wspólnoty i skorzystać z osobistego towarzyszenia w drodze duchowej.

– Przyszedłem do wspólnoty, myśląc jeszcze o drodze małżeńskiej. I zadawałem sobie wtedy pytanie: Jak to jest – alumn przygotowuje się do ostatecznej decyzji o kapłaństwie przez sześć lat. Ma zapewnioną formację intelektualną, duchową, towarzyszenie – a rodziny mają… nic – wspomina kapłan. Zastrzega, że dziś jest już wiele przestrzeni towarzyszenia małżonkom na różne sposoby. – Ale wciąż istnieje potrzeba zapewnienia opieki także od strony intelektualnej. Nasz założyciel myślał nawet o czymś takim jak seminarium dla małżonków. Bo każdy potrzebuje też wiedzy, „z czym się je” ta droga na całe życie – zaznacza. Wskazuje, że w naukach o rodzinie chodzi o zaangażowanie oprócz „świeckich” nauk o małżeństwie (np. psychologii, pedagogiki, socjologii) także takich dyscyplin jak teologia i filozofia. Czyli duszpasterstwo i formacja intelektualna, dusza i ciało.

– A rodziny się garną. Trudno mi w ciągu roku znaleźć jakieś wolne weekendy, w których gdzieś nie dojeżdżam. Dla mnie to ma wymiar ewangelizacyjny – że to ja przychodzę do nich, a nie że czekam, aż oni przyjdą. To, co możemy dać rodzinom, to tak naprawdę bycie z nimi na mocy stworzonej więzi – przekonuje ks. Rafał Chruśliński.

On ocala

Dla członków Instytutu Świętej Rodziny inspirujące są słowa założyciela, które dziś nabierają jeszcze większej aktualności: „Nie lękaj się! Rodzino! Nie jesteś pomysłem człowieka, który chce cię zniszczyć. Jesteś pomysłem Boga: On ocala. Same nawet zagrożenia mówią o twojej wielkości. Mówią bowiem o tym, jak ściągasz na siebie, jakby jakiś piorunochron świata, wszystko to, co chciałoby pozrywać prawa miłości i życia. (…) Rodzino, Bóg ma w tobie upodobanie. Nie znalazł dla swojego Syna Jedynego godniejszego miejsca niż Rodzina – Nazaretańska Rodzina. I tę Rodzinę daje ci Bóg. Jest twoja: Ikona i wzór każdej ludzkiej rodziny”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama