Nowy numer 37/2021 Archiwum

Kaznodzieje 2021

Nie ten kaznodzieja gorszy, któremu poskąpiła Opatrzność daru pięknej wymowy, lecz raczej ten, któremu poskąpiła słuchu i wzroku, by dostrzegł, kim jest jego słuchacz i co go naprawdę trapi.

W 1997 roku znaczne grono czytelników „Gościa Niedzielnego” wzięło udział w dyskusji zainaugurowanej artykułem „Kryzys kaznodziejstwa?”. „Troska o jakość kazań, by miliony Polaków wyniosły jak najwięcej z usłyszanego słowa, jest zadaniem najwyższej wagi” – napisał wówczas jeden z proboszczów. „Moim zdaniem nie jest to kryzys kaznodziejstwa, a jedynie występujące braki umiejętności przekazywania i słuchania słowa Bożego, na szczęście nie powszechne, choć i nie sporadyczne” – stwierdziła jedna z czytelniczek. Od tamtego czasu minęło prawie ćwierć wieku, świat zmienił się diametralnie, przede wszystkim za sprawą rozwoju mediów elektronicznych, zmienili się zatem również zarówno głoszący słowo Boże, jak i ich słuchacze. Nie wolno przy tym pominąć kolosalnego znaczenia pandemii COVID-19, która spod ambon zaprowadziła wielu z nas, przynajmniej na jakiś czas, przed monitory komputerów. Podsumowujący w 1997 roku akcję naszego tygodnika ks. Artur Stopka stwierdził: „Nie bez powodu artykuł zapraszający do rozmowy o polskim kaznodziejstwie już w tytule zawierał znak zapytania. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak polscy katolicy oceniają to, co słyszą z ambony. Czy rzeczywiście jest w tej dziedzinie kryzys, czy też mamy do czynienia na przykład ze zmianą oczekiwań ze strony słuchaczy?”. Po 24 latach warto ten znak zapytania ponowić, choćby w kontekście 800. rocznicy śmierci założyciela Braci Kaznodziejów.

Słowo, które przerasta

W bazylice Trójcy Przenajświętszej w Krakowie 18 maja 2013 r. trwała uroczysta Msza Święta z udzielaniem święceń kapłańskich. Głoszący homilię bp Grzegorz Ryś powiedział kandydatom na kapłanów tak: – Dzieło Jezusa jest nie do opisania. Cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać, nie ma takiej biblioteki. Zażartował potem, że nawet ta na Służewie nie pomieściłaby takiego księgozbioru. I dodał: – Dzieło Jezusowe jest ponad nami, nie da się go przejeść, nie da się go zrozumieć, nie da się go ogarnąć w całości. Miejcie więc świadomość, że Pan Bóg Was posyła do służby w czymś, co was absolutnie przerasta.

Czasownika „przerastać”, jak sądzę, użył kaznodzieja w odniesieniu do całości posługi przyszłych kapłanów, mając na myśli fakt, że ludzkie możliwości w kontekście wielkości podejmowanej posługi są zdecydowanie mizerne oraz że bez współpracy z łaską Bożą posługi dobrze sprawować się nie da. Postawię tezę odważną: prawdopodobnie każdy z przyjmujących święcenia i słuchających arcybiskupa miał świadomość swojej małości wobec Najświętszej Eucharystii, którą od tego dnia do końca życia będzie sprawował. Czy jednak ta sama świadomość towarzyszyła tym młodym ludziom wówczas i towarzyszy wszystkim kandydatom do święceń również w odniesieniu do posługi słowa? Czy przygotowywany do zajęcia miejsca na ambonie współczesny Skarga wie, że słowo to z natury go przerasta – jak Najświętsza Eucharystia – i w związku z tym również do przepowiadania należy podejść z najwyższą dozą pokory?

Między życiem i słowem

Homilia wygłoszona na wspomnianych święceniach kapłańskich przez biskupa Rysia nie przypomina większości tego typu homilii i kazań. Przede wszystkim pod względem formy. Zdawać by się mogło, że w bazylice wypełnionej samymi ważnymi gośćmi na okoliczność tak ważnej chwili, jaką są święcenia prezbiteratu, należałoby uderzyć w górne C, dramatycznie krzycząc: „Pójdź za Mną!”, modulując głos, akcentując każdą sylabę z natchnionym pietyzmem. Tymczasem nie. Głos kaznodziei jest spokojny, czasem jakby za cichy, żadnych patetycznych tonów i westchnień, zawieszania głosu. On po prostu mówi, czasem nawet żartując. Skądinąd mówi dość długo i nie wydaje się, iżby ktokolwiek z zebranych miał mu to za złe, nawet tych, którzy biorąc udział w diecezjalnych synodach, zgłaszają wnioski, by w postanowieniach ująć z dokładnością co do minuty, ile powinna trwać homilia. – Czy istnieje katalog grzechów głównych, jakie można popełnić, głosząc kazanie? – pytam ks. profesora Leszka Szewczyka z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego, autora książki „Głoszenie słowa Bożego w środowisku zsekularyzowanym”. – Grzech jest kategorią moralną – odpowiada. I dodaje: – Wolałbym użyć sformułowania „słabość” i wymieniłbym trzy jej rodzaje: pierwsza wynika z nieprzystosowania języka do współczesności, do oczekiwań i możliwości słuchacza, druga zaś dotyczy treści, także treści egzystencjalnych, rozmijania się z problemami życia słuchacza. Trzecia jest, moim zdaniem, najgorsza – chodzi o niespójność treści głoszonych z życiem głosiciela. Proszę zwrócić uwagę, jak często obecny papież, choć nie on przecież jako pierwszy, napomina kaznodziejów, którzy nie usiłują przemieniać swojego życia na skutek kontaktu ze słowem, które głoszą. Jako kaznodzieja jestem pierwszym słuchaczem głoszonego przez siebie słowa i biada mi, gdybym go w moim życiu nie próbował stosować. Podstawową słabością jest rozdźwięk słowa i życia, kolejne mogą być konsekwencją tego pierwszego rozdźwięku, ale mają zdecydowanie mniejszą siłę rażenia – konkluduje ksiądz profesor Szewczyk.

Do kogo ta mowa?

Biskup Józef Życiński napisał kiedyś, że trudno jest wypracować na ambonie język, „w którym niepojęte Boże tajemnice przedstawiałoby się w sposób trafiający zarówno do sprzątaczek, jak i potencjalnych noblistów. Niewątpliwe jest natomiast, że bardzo często prawdę wiary usiłuje się przekazywać w języku, który nie trafia już do nikogo”. Mam osobiście problem z kategoryzowaniem słuchaczy na „sprzątaczki” i „noblistów”, choćby dlatego, że ludzki los z powodzeniem wkłada miotłę w ręce osoby świetnie rozumiejącej rzeczywistość, nawet jeśli nie odkurza ona codziennie własnego doktorskiego dyplomu zawieszonego na ścianie. Niemniej jednak rozumiem uproszczenie Życińskiego, mające na celu uwypuklenie problemu. Tak, w ławkach kościelnych zasiadają ludzie różnych walorów intelektualnych. Trudno konstruować zdania zrozumiałe zarówno dla uniwersyteckich profesorów, jak i mniej wykształconych słuchaczy. Daleki jestem jednak od uwierzenia, że ci pierwsi marzą o słuchaniu z ambony wykładu, zamiast budującego Bożego słowa, płynącego wprost od kogoś, kto je w sobie „przepracował”. Inną sprawą pozostaje sedno problemu przez zmarłego już biskupa poruszonego: czy faktycznie „bardzo często prawdę wiary usiłuje się przekazywać w języku, który nie trafia już do nikogo”?

– W gronie naszych odbiorców są ludzie o skrajnej pobożności, o różnym doświadczeniu wiary, a także o bardzo różnych kompetencjach językowych – tłumaczy ksiądz Szewczyk. I dodaje: – Naszym pragnieniem jest, by mówić do ludzi lepiej wykształconych językiem bardziej wymagającym, ale kwestią podstawową jest przede wszystkim mówienie językiem zrozumiałym. Niedoścignionym wzorem takiego nauczania jest nauczanie Pana Jezusa. – Czy faktycznie zdarza się nam dzisiaj przekazywać prawdy wiary w języku, który nie trafia już do nikogo? – dopytuję. – Tak, wielu kaznodziejów ma tę świadomość i próbuje swój język maksymalnie uprościć – odpowiada ksiądz profesor, zaznaczając jednak: – Z drugiej strony taka tendencja rodzi poważne niebezpieczeństwo, że to maksymalne uproszczenie pójdzie za daleko – będziemy mówić językiem popularnym, tak banalnym, że w niczym już nie będzie się on odróżniał od języka SMS-ów. Ja bardzo często proponuję stosowanie zasady: na ambonie nie używaj ani jednego takiego słowa, którego byś nie użył podczas rozmowy przy stole – konkluduje.

Teologia disco polo

Święty Jan Chryzostom stwierdził, że skoro słowem ludzkim posługuje się Bóg, tak że ono staje się słowem Boga, to trzeba nadać temu ludzkiemu słowu formę możliwie najdoskonalszą. Poprzeczka ustawiona jest wysoko, tym bardziej więc zrozumiałe jest pytanie, przed którym staje kaznodzieja: jak mówić w zależności od tego, do kogo mówię? Kiedy w 2011 roku Zespół Laboratorium „Więzi” przygotował opracowanie „Zalety i przywary polskiego języka wiary”, na podstawie licznych wypowiedzi zarówno duchownych, jak i świeckich, stwierdzono wówczas między innymi, że oprócz „hermetyczności” tegoż języka poważnym problemem jest również poszukiwanie jego nowej formy, prowadzącej do „teologii disco polo”. Odnoszę wrażenie, że po 10 latach od tamtych wniosków nie tylko nie straciły one na aktualności, ale wręcz jeszcze zyskały. Polski redemptorysta, śp. o. Gerard Siwek, specjalista w zakresie homiletyki, mawiał, że można obecnie odnieść wrażenie, „jakoby niegdysiejsi bywalcy dyskotek po ukończeniu seminarium duchownego pragnęli jak najszybciej do nich powrócić, czy to przez zmianę kościołów w dyskoteki, czy dyskotek w kościoły. Najważniejsze, żeby ewangelizator okazał się „super”, a chrześcijaństwo cool”. – Taka chęć odniesienia szybkiego sukcesu kaznodziejskiego, przypodobania się, grozi nam przesunięciem akcentu na teren języka zupełnie odsakralizowanego, czyli języka profanum – komentuje ksiądz profesor Leszek Szewczyk. I dodaje: – Homilia w odróżnieniu od wszystkich innych form przepowiadania jest głoszona w kontekście liturgicznym i tam niektóre słowa, wyrażenia i zwroty po prostu nie współgrają z pięknem liturgii. Ma to być język poprawny i język – jak to mówią językoznawcy – „wysoki”. Przez wiele lat mówiło się, że księża na ambonie są tymi, którzy przekazują pewną wiedzę o języku swoim słuchaczom. My mamy mówić zrozumiale, ale językiem adekwatnym do akcji liturgicznej. Jeśli tak nie będzie, to paradoksalnie wynikiem tego może być tylko „świecka przemowa”, choć pojawiać się w niej mogą wielokrotnie takie sformułowania jak „wiara”, „Pan Bóg” czy „Kościół”.

Uniwersalny kaznodzieja

Właściwy język do właściwego odbiorcy – tak można by podsumować podstawową właściwość przykładnego kaznodziei. „Wierność Bogu i wierność człowiekowi” – zaznacza w swoim opracowaniu mój rozmówca, który zdaje sobie jednocześnie sprawę z faktu, iż „przepowiadanie słowa Bożego dokonuje się przy pomocy słowa ludzkiego i jako takie ze swej istoty i we wszystkich czasach przeżywa kryzys”. To w pewnym sensie pocieszające („idziecie do czegoś, co was przerasta”), ale i frustrujące. Zdaje się bowiem, że nie istnieje jakiś złoty środek na każdą okazję, a każda z tych kolejnych okazji stanowi kolejne wyzwanie. I trzeba ogromnej roztropności, by właściwie rozeznać. W 1975 roku pisał o tym Paweł VI: „...ewangelizacja wiele traci na swej mocy i wpływie, jeśli nie uwzględnia charakteru ludzi, do których się zwraca, jeśli nie posługuje się ich językiem, znakami i obrazami, jeśli nie odpowiada na stawiane przez nich pytania, jeśli wreszcie nie dotyczy i nie porusza ich rzeczywistego sposobu życia. A z drugiej strony ewangelizacja staje wobec niebezpieczeństwa utracenia swego właściwego charakteru i wobec niebezpieczeństwa całkowitego zaniku, jeśli jej treść zostanie z okazji przekładu osłabiona lub okaleczona, albo jeśli chcąc dostosować prawdę powszechną do danego terenu, zatraci się samą prawdę i zniszczy jedność, bez której nie ma żadnej powszechności”.

– Są takie okoliczności, w których obok głęboko wierzących ludzi pojawiają się pod amboną osoby niemające nic wspólnego ani z Kościołem, ani z Panem Bogiem. Dobrym przykładem jest Pasterka, kiedy to do kościoła po wieczerzy wigilijnej i wspólnym rodzinnym wieczorze, czasem pod wpływem alkoholu, przychodzą ci, dla których Boże Narodzenie to co najwyżej Christ­mas. Jak mówić do takiego zgromadzenia? – pytam księdza profesora Szewczyka. – Przede wszystkim dzielić się swoim świadectwem przeżywania tych misteriów i pokazywać, że w naszym życiu są one ważne – odpowiada. I dodaje: – Nie używać języka, którego by się nie stosowało podczas rozmów w kancelarii parafialnej lub podczas innych rozmów z wiernymi. Jest takie powiedzenie: zanim użyjesz jakiegoś teologicznego zwrotu na ambonie, trzy razy się zastanów, czy nie da się go zastąpić innym słowem, prostszym. Dla mnie doskonałym przykładem takiego kaznodziei był ks. Józef Tischner, który głosił słowo Boże do dzieci. Na jego homilie przychodzili artyści i przedstawiciele świata nauki – prawdopodobnie dlatego, że była w nich jakaś druga warstwa, przekaz skierowany do nich. Potrafił trudne zagadnienia teologiczne przedstawić takim językiem, że rozumiały go dzieci, a jednocześnie zawierał wyraźne przesłanie również dla dorosłych. Chodzi o język maksymalnie uproszczony, którego jednak absolutnie nie należy mylić z językiem zwulgaryzowanym.

Kto na ambonę?

Paradoksalnie wydaje się, że nie ten kaznodzieja gorszy, któremu poskąpiła Opatrzność daru pięknej wymowy, lecz raczej ten, któremu poskąpiła słuchu i wzroku, by dostrzegł, kim jest jego słuchacz i co go naprawdę trapi. Pytam swojego rozmówcę, co zrobiłby, gdyby miał zdecydować, którego z takich dwóch kandydatów na ambonę dopuścić. – W tym pierwszym odnajduję wielu świętych Kościoła katolickiego, na przykład Jana Vianneya, który przez wiele lat w swoim mieszkaniu uczył się na pamięć kazań paryskich profesorów homiletyki – odpowiada, dodając: – Wychodził na ambonę i musiało upłynąć parę lat, zanim zrozumiał, że to kompletnie nie ma sensu. Dlatego po latach zmienił swój przekaz, dostosował go do potrzeb i możliwości swoich słuchaczy. Ta druga sytuacja jest, owszem, trudniejsza. Jeśli taki kandydat, który wyalienował się z problemów swoich słuchaczy i nie potrafi ich odczytać, sam stara się jednak odczytać słowo Boże, to być może przez niego również Pan Bóg poruszy wiele serc ludzkich – konkluduje ksiądz profesor. Po chwili namysłu dodaje: – Widzę niestety jeszcze trzecią opcję, przy której nie miałbym wątpliwości. Gdyby zaproponowano trzeciego, który potrafi pięknie i zarazem komunikatywnie przemawiać, ale nie żyje w zgodzie ze słowem, które głosi, nie chciałbym go widzieć na ambonie.•

SUBIEKTYWNIE SPOD AMBONY

Joanna Mazur {BODY:BBC}dziennikarka, założycielka fundacji Odzyskani{/BODY:BBC} – W homiliach drażni mnie przede wszystkim protekcjonalny ton, w którym kaznodzieja stawia się wyraźnie ponad słuchających go świeckich, których chce „oświecać”. Bardzo mnie boli, gdy księża w homiliach mijają się z nauczaniem Kościoła, mówiąc np., że „na zbawienie trzeba sobie zasłużyć”. To, co mi jeszcze przeszkadza, to stosowanie uproszczeń, tzw. czarno-biała wizja świata, w której albo coś jest w 100 proc. złe, albo w 100 proc. dobre. To, czego oczekuję od dobrego kazania, to to, by było głoszeniem Dobrej Nowiny, a więc by było mocno osadzone w słowie Bożym. Cieszę się, gdy z homilii mogę zdobyć nową wiedzę, np. na temat kultury żydowskiej, interpretacji poszczególnych słów czy kontekstu historycznego. Bardzo cenię, gdy pojawiają się przykłady z realnego życia, które dowodzą, że ksiądz ma relacje z ludźmi świeckimi i zna ich życiowe zmagania.

Adam Szewczyk muzyk, kompozytor ​– Nie lubię, gdy na kazaniu czyta się czyjeś listy albo sprawozdania finansowe. Z całym szacunkiem, ale mnie to nie bierze. Jednak najbardziej nie lubię, kiedy ksiądz z ambony próbuje mnie przekonać, że na niebo muszę sobie zasłużyć. Wystarczająco długo sączyłem ten antyewangeliczny, utopijny przekaz. Czas na detoks. Chciałbym słuchać o tym, że nie zasługując na nic, mogę mieć wszystko. Najpiękniejsze piosenki to te o miłości. Z kazaniami jest dokładnie tak samo.

Michał Nikodem dziennikarz, lider wspólnoty Chefsiba ​– Lubię, gdy głoszący kazanie mówi jako ktoś, kto spotkał Jezusa. I pełen zachwytu Bogiem i Jego słowem, z mocą i przekonaniem dzieli się osobistą wiarą. Pokazuje mi w prostocie głębię zrozumienia tekstów przeczytanych właśnie w liturgii słowa. I pomaga to jakoś praktycznie do mojego życia odnieść, zastosować. A czasem z błyskiem w oku konfrontuje. Ba! Wzywa do zmiany myślenia, do życia wiarą. Rzuca mi wyzwanie do naśladowania Chrystusa w codzienności. ​​W kazaniach śmieszy mnie pouczanie i grożenie palcem; smuci przedstawianie Boga jako surowego i odległego; boli wzywanie do zasługiwania na Bożą przychylność przez tzw. dobre uczynki, z pominięciem łaski i dzieła Krzyża. A wkurza zlekceważenie przeczytanej Ewangelii i zajęcie się jakimś kompletnie innym tematem. Jakby cała liturgia słowa i dane dziś przez Kościół nauczanie Jezusa nie były warte choćby chwili refleksji.

Maja Sowińska publicystka, wokalistka – We współczesnych homiliach najtrudniejsze jest dla mnie to, że nie są chrystocentryczne. Potrafią być wysmakowane, z cytatami, inspirującymi historiami – ale nie są o Jezusie. Nie są o mocy i chwale Ewangelii, o ponadnaturalnym życiu, do jakiego mamy dostęp przez ofiarę Jezusa i przez chrzest. Często wnioski z homilii kończą się na tym, jak wieść moralne, miłe życie bez zbytniego wyróżniania się w społeczeństwie. Czy o tym jest przesłanie Jezusa? Żeby żyć dla siebie i nie rzucać się w oczy? Chciałabym słyszeć słowa pełne pasji, które rozpalają serce do działania, do bycia gorącym dla Boga, do miłosnej radykalności, świadectwa żywego doświadczenia Boga. Tylko czy głoszący w ogóle mają skąd to wziąć? Nie chodzi o wyprodukowanie płomiennego religijnego eseju. Zmiana bierze się z otwartości na doświadczenie Boga tych, którzy głoszą. Kto zaryzykuje Spotkanie?

.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama