Nowy numer 38/2021 Archiwum

Ameryka.pl

Polskie nazwisko kandydata na nowego ambasadora USA nie powinno nikogo mylić: dyplomata będzie reprezentował interesy Stanów Zjednoczonych, a nie Polski. Oczekiwania, że może być inaczej, trudno uznać za poważne.

Dla obecnej ekipy Białego Domu to idealny kandydat na ambasadora USA w Polsce. Polskie korzenie, znajomość języka i specyfiki kraju, kontakty itd. z pewnością ułatwiają Markowi Brzezinskiemu dobry start i skuteczne pilnowanie amerykańskich interesów. Dla Polski to teoretycznie również wymarzony reprezentant sojuszniczego (w co chcemy, mimo wszystko, nadal wierzyć) supermocarstwa: łatwiej załatwiać sprawy z kimś, kto rozumie i język, i obawy naszej części Europy. Tyle tylko, że Mark Brzezinski, jeśli przejdzie pomyślnie przesłuchanie w Kongresie, nie zostanie wysłany nad Wisłę po to, by klepać po plecach swoich „dalszych rodaków”. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że jego przybycie będzie kontynuacją trwającego od pół roku trudniejszego rozdziału w stosunkach polsko-amerykańskich. Czy polskie pochodzenie może choć trochę „złagodzić” spodziewane zderzenie?

Swój, nie swój

Czego by nie mówić o administracji Joe Bidena – Mark Brzezinski z pewnością nie jest przypadkowym kandydatem na ambasadora w Polsce. Rzadko się zdarza, by osoba kierowana na zagraniczną placówkę spełniała praktycznie wszystkie kryteria idealnego reprezentanta. Mark Brzezinski to syn Zbigniewa Brzezińskiego, Polaka, który jako obywatel USA zrobił karierę w amerykańskim establishmencie; sam również od lat jest zaangażowany w politykę międzynarodową Stanów Zjednoczonych; posługuje się językiem polskim, ma na koncie m.in. studia w zakresie polskiego konstytucjonalizmu oraz stypendium naukowe w Polsce, a do tego w pełni podziela pogląd obecnej administracji Białego Domu na aktualną politykę wewnętrzną Polski i jej władze.

Ta ostatnia zaleta (z amerykańskiego punktu widzenia) jest oczywiście największą zagwozdką dla polskiego rządu. Nieco ironicznie brzmi powtarzane w kuluarach pytanie: czy z ambasadorem z polskimi korzeniami będzie trudniej się dogadać niż z innymi dyplomatami? Wprawdzie jego poprzedniczka, Georgette Mosbacher, często przekraczała granicę tego, co powinien robić dyplomata w kraju goszczącym, ale mimo wszystko i polski rząd, i sama pani ambasador na zewnątrz sprawiali wrażenie świetnie rozumiejącej się drużyny. Świat dyplomacji to oczywiście złożona gra, w której trzeba dobrze rozumieć, a także umieć przyjmować i odwzajemniać gesty przyjaźni. Trzeba też jednak umieć na chłodno analizować i wyciągać wnioski z deklaracji bardziej stanowczych, a przede wszystkim z konkretnych decyzji, podejmowanych przez przywódców i rządy, których ambasadorowie reprezentują. I tutaj zarówno Mark Brzezinski, jak i polski rząd nie będą mieli łatwego zadania – ostatnie miesiące pokazały, że Stany Zjednoczone są coraz bardziej odległym sojusznikiem. Samo polskie nazwisko ambasadora tego nie zmieni.

Misja Poland

„Zmasakrowanie Czecze­nów będzie oznaczało, że zwycięstwo zostanie uczczone przez przejęcie władzy przez najgorsze typy w Rosji, których pułkownik Putin, pułkownik KGB, jest symbolem, on bowiem będzie przyszłym prezydentem Rosji”. To słowa Zbigniewa Brzezińskiego z 1999 roku. Były doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera w taki sposób skomentował decyzję Borysa Jelcyna o wysłaniu wojsk do Czeczenii. Jak widać, nie pomylił się w diagnozie i ocenie przyszłego władcy Kremla. Krytycy złośliwie dodają, że to jeden z nielicznych przykładów, kiedy Brzeziński się nie pomylił…

Niezależnie od oceny działalności „Zbiga”, warto przywołać ten wątek dzisiaj, gdy jego syn ma zostać ambasadorem USA w Polsce – wysłany przez administrację prezydenta Bidena, który teoretycznie wie, kim jest Putin, jednak właśnie pokazał, że nie będzie przeszkadzał rosyjskiemu przywódcy w jego neoimperialnej polityce. Zielone światło Bidena dla gazociągu Nord Stream 2, mimo zgodnego sprzeciwu republikanów i demokratów w Kongresie, zostanie zapamiętane w historii jako amerykańsko-niemieckie otwarcie drogi dla jeszcze bardziej agresywnych działań Rosji w Europie Środkowo-Wschodniej. Mark Brzezinski ma zostać wysłany na placówkę do kraju, który znajduje się niemal na pierwszej linii frontu nieustannej konfrontacji z nieprzyjaznym imperium. Co ma do zaoferowania Polakom zaniepokojonym amerykańską uległością wobec Putina? Otóż problem polega na tym, że jego misja w Polsce z pewnością nie sprowadzi się do próby przekonywania „polskiego partnera” o rzekomym braku zagrożenia ze strony Moskwy. Obecny prezydent USA i jego ekipa nie kryją, że mają nieco inne ambicje: krzewić w świecie oryginalnie pojętą wolność obywatelską, sprowadzoną do ideologicznej rewolucji. W praktyce oznacza to dyscyplinowanie rządów, które nie podzielają tego rewolucyjnego zapału. Ambasador USA ma na tym polu ważne zadanie do wykonania.

Bracia

Mark Brzezinski, liczący 56 lat, jest młodszym synem Zbigniewa. Podobnie jak ojciec od lat jest zaangażowany w politykę prowadzoną przez demokratów. Już Bill Clinton uczynił go swoim doradcą ds. Europy Centralnej, później pracował na rzecz kampanii wyborczej Baracka Obamy – już wtedy brano go pod uwagę jako poważnego kandydata na ambasadora w Polsce. Ostatecznie Mark Brzezinski na cztery lata objął placówkę dyplomatyczną USA w Szwecji. Po przeciwnej stronie politycznej barykady swoją działalność prowadzi jego starszy brat, Ian, który jako republikanin pełnił już wysokie funkcje w Pentagonie za prezydentury George’a Busha juniora, a także był doradcą głównego „jastrzębia” w tej administracji, Donalda Rumsfelda, sekretarza obrony i architekta wojny w Iraku. Warto zaznaczyć, że ojciec Brzezińskich juniorów był zdecydowanym przeciwnikiem inwazji na Irak, w czym trudno nie przyznać mu racji, nie tylko z perspektywy lat.

Mark w czasie prezydentury Busha, u którego boku karierę robił Ian, miał krótką przerwę od czynnej polityki. Zajął się wówczas prowadzeniem wykładów ze stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Już wtedy był dobrze wykształconym prawnikiem po amerykańskich uczelniach (m.in. Uniwersytet w Wirginii) oraz doktorem nauk politycznych i filozofii po brytyjskim Oxfordzie, a także po stypendium naukowym w Polsce. Jego przygotowanie do roli ambasadora w naszej części świata zapewnia mu również doświadczenie zdobyte na stanowisku dyrektora komórki ds. Europy Wschodniej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w Białym Domu pod koniec lat 90. XX wieku.

Syn ojca, wnuk dziadka

Trzeba zaznaczyć, że cały czas mówimy o kandydacie na ambasadora. Mark Brzezinski musi jeszcze przejść przesłuchanie w amerykańskim Kongresie. Poza tym trwa procedura, nazywana agrément, oznaczająca wyrażenie zgody przez państwo przyjmujące na przyjazd ambasadora. Część mediów sugerowała niedawno, że polskie władze blokują kandydaturę Brzezinskiego, domagając się od niego zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. Prawda jest nieco bardziej złożona – Mark Brzezinski nie ma obywatelstwa polskiego, a gdyby takie miał, to rzeczywiście musiałby się go zrzec. Prawo polskie bowiem, co logiczne, nie pozwala na objęcie funkcji ambasadora w Polsce przez osobę z polskim obywatelstwem. Analogiczna zasada obowiązuje zresztą w USA i nikt tego nie kwestionuje. W tym wypadku Mark Brzezinski, choć urodzony w USA jako syn Polaka, miałby prawo do polskiego obywatelstwa, dlatego też musiał napisać specjalne oświadczenie, że nie będzie się o to ubiegał. Przy tej okazji warto zatrzymać się chwilę na korzeniach Marka Brzezinskiego, bo mimo politycznych spięć, do których zapewne dojdzie na linii polski rząd–ambasada USA, trudno zupełnie zlekceważyć fakt, że prawdopodobny nowy ambasador nie tylko pochodzi z polsko-czeskiej rodziny (żona Zbigniewa, Emilie, to stryjeczna wnuczka Edwarda Benesza, ostatniego prezydenta Czechosłowacji przed przejęciem władzy przez komunistów), ale że jego najbliżsi przodkowie byli również wielkimi postaciami w świecie dyplomacji i odegrali ważną rolę także dla spraw polskich.

Warto przy tej okazji wspomnieć o dziadku Marka, Tadeuszu Brzezińskim. Ten urodzony w okolicach Lwowa dyplomata brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku, dopiero później podjął pracę w dyplomacji, m.in. w Niemczech w latach 30. XX wieku (gdzie wystawiał paszporty Żydom zagrożonym przez nazistów), a tuż przed wojną objął placówkę w Montrealu w Kanadzie jako konsul generalny RP. Po wojnie angażował się w pomoc dla Polski – zbierał w Kanadzie pieniądze, które były przekazywane do naszego kraju na zakup leków i żywności za pośrednictwem późniejszego kardynała Wyszyńskiego. Tadeusz Brzeziński włączył się również w akcję odzyskania ważnych dla polskiej historii zbiorów, wywiezionych z Polski w obawie przed zniszczeniem przez najeźdźców.

Mark Brzezinski, amerykański obywatel, polityk i dyplomata, przyjedzie do Polski jako reprezentant rządu Stanów Zjednoczonych – to nie ulega wątpliwości. Mimo wszystko warto mieć nadzieję, że tak mocne polskie korzenie i tradycje rodzinne nie pozostaną bez wpływu na jego rozumienie polskiej wrażliwości.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama