Nowy numer 38/2021 Archiwum

Słudzy narodu

Sama popularność to za mało, by ubiegać się o mandat przywódcy.

Klasa polityczna ma fatalną opinię. Problem nie dotyczy jednej partii czy jednego kraju. Wyborcy pod różnymi szerokościami geograficznymi zniechęceni do zawodowych polityków coraz częściej pokładają nadzieję w celebrytach. Głosują na aktorów, dziennikarzy, sportowców. Ci zaś swoją popularność i rozpoznawalność wnoszą jako kapitał do świata polityki. Jeśli jest to kapitał jedyny, nadzieja pokładana w celebrytach szybko przechodzi w rozczarowanie. Ale ludzie tak bardzo pragną zmiany, że w ciemno inwestują swoje głosy w kolejnych odnowicieli, uwiedzeni ich czarem i siłą perswazji. Jedni kierują się dewizą: „Nikt ci tyle nie da, ile ja ci obiecam”, inni przedstawiają się jako prawdziwi słudzy narodu. Wszystkich łączy jedno: nie chcą w żaden jednoznaczny sposób określać swoich poglądów w sprawach zasadniczych.

Głos na Stańczyka

Polska lista obecności celebrytów w polityce jest długa. Zaczęło się w 1989 roku, gdy do Senatu weszła silna grupa wybitnych aktorów (Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Andrzej Szczepkowski). Motywacja wówczas była jednak zupełnie inna od tej, jaką dziś prezentują celebryci. Gwiazdy kina, teatru i telewizji miały przyciągnąć głosy na listę Solidarności. Pełniły rolę służebną dla ważnej sprawy. Żaden z senatorów Komitetu Obywatelskiego nie przejawiał ambicji politycznych.

W kolejnych, w pełni demokratycznych wyborach było już inaczej. Ale motywacja artystów także nie sprowadzała się do chęci realnego udziału we władzy. Janusz Rewiński (Polska Partia Przyjaciół Piwa) odgrywał raczej rolę współczesnego Stańczyka. I można domniemywać, że tego właśnie od niego wyborcy oczekiwali. Gdy Jan Pietrzak, satyryk posiadający ogromny autorytet i uwielbienie publiczności, postanowił na serio wystartować w wyborach prezydenckich (w 1995 roku), poniósł sromotną klęskę, zdobywając niewiele ponad 200 tys. głosów – 1,12 proc. poparcia. I Rewiński, i Pietrzak nadal są obecni w polityce, ale raczej jako osoby wspierające obóz prawicy. Podobnie jak cała armia aktorów występujących na manifestacjach i konwencjach obecnej opozycji, ale bez zamiaru robienia politycznej kariery. Jak na razie…

Z ławki na fotel

Nie można bowiem wykluczyć, że znane twarze dadzą się zaprosić na wyborcze listy przy okazji najbliższych wyborów. Jedni po to, by wesprzeć Koalicję Obywatelską, inni z bardziej przyziemnych powodów. To przykład sportowców. Piłkarze – Cezary Kucharski, Roman Kosecki, Tomasz Frankowski – po prostu zmonetyzowali (jak się dziś mawia) przemijającą sławę. Nie widać ich specjalnej aktywności w polityce. To także materiał do przemyślenia dla wyborców. Są oczywiście wyjątki.

Bogdan Wenta zamienił ławkę trenera reprezentacji piłkarzy ręcznych na fotel w Parlamencie Europejskim. I złapał politycznego bakcyla. Po zakończeniu kadencji w 2018 roku skutecznie wystartował w wyborach na prezydenta Kielc. A to już posada, na której polityk rozliczany jest nie ze słów, ale z czynów. Być może istotnym elementem w tym przypadku jest wcześniejsza praca selekcjonera kadry, dzięki której Wenta miał możliwość zdobyć doświadczenie w zarządzaniu, i to w warunkach dużego stresu i ogromnych wymagań. Problemem większości celebrytów są natomiast indywidualizm i brak jakichkolwiek kwalifikacji do służby publicznej.

Warto przypomnieć, że najsłynniejszy aktor polityk Ronald Reagan, zanim został 40. prezydentem Stanów Zjednoczonych, przeszedł długi staż jako aktywny członek Partii Republikańskiej (od lat sześćdziesiątych) oraz gubernator Kalifornii. To trochę więcej niż rola w serialu „Sługa narodu”, dzięki której prezydentem został Wołodymyr Zełenski.

W życiu jak w filmie

Przykład obecnego prezydenta Ukrainy jest bardzo ciekawy. Mamy bowiem klasyczny model nałożenia się fikcji na rzeczywistość. Zełenski zagrał na ekranie postać prezydenta, o jakim śnili Ukraińcy, zmęczeni korupcją, chaosem i panoszeniem się oligarchów. Prawdziwego sługę narodu. Zagrał, jak widać, na tyle przekonująco, że ludzie zagłosowali na swoje marzenia, wierząc, że w życiu będzie jak w filmie. Nie brakło interpretacji, że cała akcja była mistrzowskim montażem wymyślonym przez specjalistów na Kremlu, ale nic na razie tego nie potwierdza. Przeciwnie, Zełenski radzi sobie nadspodziewanie dobrze, choć inaczej niż w serialu, wykorzystując swoją władzę dość bezwzględnie, na razie głównie przeciw rosyjskiej V kolumnie.

Prezydent wykazuje się dużą niezależnością, inaczej niż inny celebryta – Witalij Kliczko, bokser wagi ciężkiej, założyciel partii Ukraiński Demokratyczny Alians na rzecz Reform (UDAR), który dość szybko okazał się tajną bronią Petra Poroszenki. Zrezygnował ze startu w wyborach prezydenckich, zadowalając się posadą mera Kijowa. Wybory na to stanowisko wygrał bez trudu w 2014 roku. Jego projekt polityczny okazał się efemerydą, co w przypadku polityków celebrytów nie jest wcale regułą. Nie wiemy, jakie będą losy Polski 2050 Szymona Hołowni, ale na przykład Ruch Pięciu Gwiazd wykazuje nadspodziewaną jak na włoskie realia żywotność.

Wola ludu

Mowa o ugrupowaniu założonym przez Beppego Grillo – najpopularniejszego w latach dziewięćdziesiątych włoskiego komika. W aktywności publicznej pomogło mu… wyrzucenie z mediów kontrolowanych przez Silvio Berlusconiego. Grillo posługiwał się bardzo ostrą retoryką, głosząc, że „chce wysłać polityczne trupy i zombie z powrotem na cmentarz”. Domagał się całkowitej wymiany skompromitowanej klasy politycznej, nie głosząc zresztą żadnego programu pozytywnego. „To wy – obywatele – jesteście najważniejsi. Ja jestem tylko waszym rzecznikiem. To wy przez Facebooka, portale społecznościowe będziecie mówić mi, co mam robić. Ja to będę jedynie realizował” – mówił Grillo jako pierwszy chyba. Podobne tony można było usłyszeć w kampanii wyborczej Szymona Hołowni, który pytany o konkretne rozwiązania, obiecywał odwoływanie się do woli ludu.

Populizm w wydaniu Ruchu Pięciu Gwiazd dał mu współuczestnictwo we władzy, zarówno centralnej (premier Luigi di Maio), jak i samorządowej (Rzym i Turyn). W Polsce hasła odejścia od demokracji pośredniej, dotyczące decydowania o większości spraw przez referenda, wprowadzenia na masową skalę okręgów jednomandatowych miał na sztandarach Paweł Kukiz, kolejny artysta z wielkimi politycznymi ambicjami. Nie poszło mu tak dobrze jak Grillo, być może dlatego, że nie zbudował silnych struktur i nowoczesnej partii.

Mnie tam nie zależy

Kluczowe wydaje się pytanie, jaką rolę widzi dla siebie celebryta, wchodząc do polityki. Grillo usunął się w cień, Zełenski rządzi dekretami, ale obaj są w tym, co robią, profesjonalistami. Uczestniczą w grze demokratycznej. Paweł Kukiz swoją awersję do partyjniactwa przeniósł na codzienną praktykę, czym zniszczył stworzony przez siebie ruch. Polityka to ciężka praca u podstaw, pozyskiwanie aktywnych działaczy, budowanie struktur. Po władzę idzie się, aby zmieniać świat na lepsze (nie tylko dla posad i apanaży, o czym głównie słyszymy), ale to zwykle bardzo długi marsz, wymagający grubej skóry i wytrwałości. Nie każdy artysta jest na to gotów. A świat można zmieniać na różne sposoby.

Przykład z Francji. Czterdzieści lat temu chęć kandydowania w wyborach prezydenckich zgłosił tam komik Coluche, popularny niczym Grillo we Włoszech. Nie różnił się specjalnie od niego populistycznymi hasłami, ale oryginalną postawą. Twierdził, że jest niezależny, bo mu wcale nie zależy na sukcesie. „Jestem jedynym kandydatem, który nie chce być prezydentem, dlatego będę miał wielkie powodzenie” – mówił. Chciał tylko ośmieszyć i skompromitować klasę polityczną, ale jego szanse na wybór w pewnym momencie stały się całkiem realne. Mimo to Coluche oparł się pokusie i przerwał swój happening.

Trzeba zasłużyć

Wybory w 1981 roku wygrał François Mitterrand, a komik wrócił do grania w komediach u boku m.in. Louis de Funèsa; poświęcał się też działalności charytatywnej. Był założycielem organizacji Les Restos du Cœur, która zajmuje się dożywianiem najuboższych. Mitterrand odszedł w atmo­sferze skandalu, Coluche zdobył najważniejszą we Francji nagrodę – Cezara i serca obywateli. Wkrótce zginął potrącony przez ciężarówkę, w Paryżu jest plac jego imienia.

Aktorzy, sportowcy, celebryci mogą swoją popularność wykorzystywać pro publico bono na wiele sposobów. Świetny koszykarz Marcin Gortat zrobił mnóstwo dobrych rzeczy zarówno dla promocji Polski w świecie, jak i dla popularyzacji sportu wśród młodzieży. Działa tak profesjonalnie i skutecznie, że tu i ówdzie zaczęto pisać o jego kwalifikacjach do kariery politycznej. Na razie ich nie zgłasza, ale gdyby to zrobił, można by powiedzieć, że idzie właściwą drogą. Sama popularność to za mało, by ubiegać się o mandat przywódcy. Trzeba najpierw pokazać w praktyce, że chce się być prawdziwym sługą narodu.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama