Nowy numer 37/2021 Archiwum

Prof. Skarżyński: współczesna medycyna najpewniej pomogłaby Beethovenowi w ratowaniu jego słuchu

Ludwig van Beethoven zaczął tracić słuch już w wieku 28 lat, współczesna medycyna najpewniej pomogłaby w ratowaniu jego słuchu - twierdzi prof. Henryk Skarżyński, który dzięki nowatorskim zabiegom wiele osób przywrócił do świata dźwięków.

Specjalista powiedział o tym PAP z okazji wydania jego książki "Powrót Beethovena". W sposób sfabularyzowany opisuje w niej autentyczne historii ludzi, którzy dzięki różnego typu zabiegom przynajmniej częściowo odzyskały słuch. Ich życiorysy przeplatają się z wątkami autobiograficznymi autora oraz wybranymi wspomnieniami Ludwiga van Beethovena.

Prof. Henryk Skarżyński wyjaśnia, że Ludwig van Beethoven, autor hymnu Unii Europejskiej, nie miał takiego szczęścia jak wiele osób w czasach współczesnych, które dzięki nowym terapiom odzyskały słuch. Miał 28 lat, gdy zaczęły się jego problemy ze słuchem, których przyczyny nie zostały wyjaśnione. Podejrzewa się, że doprowadziła do tego kiła albo zapalenie błędnika, przewlekły zrostowy nieżyt ucha środkowego, choroba kości Pageta, zapalenie ucha środkowego lub zapalenie nerwu słuchowego. Obojętnie jednak, jaka choroba do tego doprowadziła, dziś najprawdopodobniej można byłoby mu pomóc.

"Beethoven stracił słuch i ogłuchł, ale w książce pokazane są historie wielu osób, które odzyskały słuch i są też artystami, słyszą i tworzą. Z jego wspomnień mogę sądzić, że miałby szansę na skorzystanie z wielu współczesnych metod leczenia i zachowanie resztkowego słuchu" - uważa prof. Henryk Skarżyński.

Wyjaśnia, że kompozytor najpierw tracił zdolność słyszenia wysokich tonów a potem średnich, najdłużej utrzymywały się u niego tony niskie. "Patrząc na usta nieźle sobie radził w codziennej komunikacji. W tzw. trzecim okresie twórczości, pisał utwory również na dźwięki, których już nie słyszał, ale dopowiadał je z pamięci" - dodaje.

Prof. Henryk Skarżyński zapewnia, że dziś prawie każdej osobie tracącej słuch można pomóc. Trzeba jednak się zgłosić do specjalisty, to podstawowy warunek. Zapewnia, że taka osoba nie ryzykuje utraty słuchu, jaki jej jeszcze pozostał, ma natomiast szansę odzyskania przynajmniej części tego, co już straciła.

W książce "Powrót Beethovena" przez losy prawdziwych bohaterów, którzy urodzili się głusi, byli głęboko niedosłyszący lub stracili słuch, pokazano zastosowanie różnych implantów słuchowych w leczeniu zaburzeń słuchu. Dzięki temu zaczęli oni lepiej mówić i rozwijali kariery zawodowe. Niektórzy opanowali kilka języków obcych albo zaczęli rozwijać talenty muzyczne.

Ludwik van Beethoven zaczął głuchnąć już po pierwszych koncertach kompozytorskich. W 1800 r. do jego uszu docierało jedynie nieustanne brzęczenie, bo cierpiał również z powodu szumu usznego. Aby usłyszeć dźwięk fortepianu, tak mocno uderzał w klawisze, że zrywał w nim struny. Używał przystawianych do ucha trąbek, ale i to przestało mu pomagać. Gdy w 1814 roku dyrygował skomponowaną przez siebie VII Symfonię, nie słyszał jej niektórych fragmentów i skończył wiele taktów przed orkiestrą.

W ostatnich latach życia artysta posługiwał się tzw. dentafonem wykorzystującym przewodnictwo kostne. Było to małe okrągłe naczynie wyposażone w membranę, połączoną drutem owiniętym materiałem z kawałkiem drewna. Dźwięki wibrujące w naczyniu przechodziły przez drut, następnie przez drewniany klocek na zęby, a stamtąd przez kość trafiały do ucha środkowego. Używał tego, by cokolwiek słyszeć kiedy komponował. Podobno obciął nawet nogi od fortepianu i siadał na drewnianej podłodze, by lepiej odbierać wibracje.

"Nie myślę jednak tylko o operacji, myślę także o operowanym człowieku" - przekonuje prof. Henryk Skarżyński. Bo operacje naprawy wad słuchu często zmieniają życie operowanych pacjentów. Ten wątek książki też nawiązuje do historii Ludwika van Beethoven. Gdy już całkowicie stracił on słuch w jego umyśle powstały kompozycje, których wykonania nigdy nie usłyszał. Nie słyszał też braw i aplauzu publiczności, która przychodziła na jego koncerty.

W testamencie stwierdził, że problemy ze słuchem były u niego przyczyną rozpaczy i myśli samobójczych. Przed odebraniem sobie życia uratowała go satysfakcja, jaką dawała mu twórczość. "Wydawało mi się niemożliwe opuścić ten świat, zanim stworzę wszystkie dzieła, które czuję, że muszę skomponować" - napisał. Zmarł w wieku 57 lat. W ostatnich latach życia kontaktował się z otoczeniem za pomocą tzw. zeszytów konwersacyjnych. Większość z nich zniszczył jego sekretarz.

W Światowym Centrum Słuchu w Kajetanach pod Warszawą, założonym i prowadzonym przez prof. Henryka Skarżyńskiego, od 20 lat wykonywanych jest najwięcej w świecie operacji poprawiających słuch. Tutaj odbyło się też wiele pionierskich w Polsce i na świecie tego typu zabiegów. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

zbw/ ekr/

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama