Nowy numer 30/2021 Archiwum

Myszy a sprawa polska

Czy niezależność Polski od rosyjskiego gazu może rozbić się o… szlaki migracji „niektórych gatunków myszy i nietoperzy”?

Dania z wyżej wymienionych „przyczyn ekologicznych” wstrzymała zgodę na budowę lądowego odcinka gazociągu Baltic Pipe. W tym samym czasie Rosja świętuje ukończenie Nord Stream 2. Bardziej upiornie być nie mogło.

Wojna gazowa

Trudno powiedzieć, czy to tylko „czysty przypadek”, czy też wpływ rosyjskich służb, ale zbieżność niemal co do dnia triumfalnego ogłoszenia przez Władimira Putina zakończenia budowy pierwszej nitki Nord Stream 2 (łączącego Rosję z Niemcami z pominięciem Polski) z wydaniem decyzji duńskiej Agencji Ochrony Środowiska o cofnięciu pozwolenia na trwającą już budowę 210 km lądowego, duńskiego odcinka gazociągu biegnącego z Norwegii do Polski wyglądała jak dobrze zaprojektowany spektakl. Wszystkim uczulonym na takie „teorie spiskowe” warto uświadomić, że niewzięcie pod uwagę rosyjskiego tropu w tym dziwnym zbiegu okoliczności byłoby tak naprawdę obraźliwe dla służb specjalnych Kremla, które nie takie „błahostki” załatwiają. Od tego te służby są.

Nie rozstrzygając jednak – bo dowodów brak – kto stoi za kuriozalną decyzją Duńczyków, warto podkreślić jedną rzecz: nie ma znaku równości między jednym a drugim gazociągiem. To znaczy nie jest tak, że tak jak my próbujemy budować „sobie” Baltic Pipe, tak Rosja z Niemcami korzystają ze swoich praw do rozbudowy infrastruktury przesyłowej. Różnica jest zasadnicza: Nord Stream 2 jest projektem co najmniej o znamionach agresywnej polityki Rosji, która własne surowce zawsze traktuje jako jedno z narzędzi uprawiania neoimperialnej polityki, jest zatem wyraźnie wymierzona w bezpieczeństwo naszej części Europy (pominięcie Ukrainy, Polski i krajów bałtyckich nie ma żadnego ekonomicznego i technicznego uzasadnienia, więc pozostaje polityka), natomiast Baltic Pipe jest próbą uniezależnienia się od nieprzewidywalnego i agresywnego w działaniach dostawcy. Mówiąc prościej – pierwszy gazociąg to element wojny prowadzonej przez agresora, a drugi to wojna obronna.

Kto łączy Europę

I nie ma w tym uproszczeniu nadmiernej przesady. Bo nawet gdyby ominięcie szerokim łukiem Polski, Ukrainy i Litwy nie miało na celu szykowania sobie pola do bezpośredniej agresji w przyszłości, to przecież w zasięgu ręki jest drugi cel: gaz dostarczany najpierw do Niemiec docelowo i tak miałby trafić m.in. do Polski, a zatem uzależnienie od rosyjskiego gazu dokonałoby się drogą okrężną. Żeby ten cel osiągnąć, Rosja zrobi wszystko, by zablokować nam możliwość pozyskiwania gazu z alternatywnych źródeł. To dlatego nagłe wycofanie zgody na duński odcinek Baltic Pipe jest zbieżne z polityką Moskwy: w przyszłym roku kończy się nasz wyjątkowo niekorzystny długoletni kontrakt z Gazpromem; zablokowanie Baltic Pipe lub co najmniej wstrzymanie jego budowy na duńskim odcinku (prace w części polskiej i norweskiej przebiegają bez zakłóceń) może zmusić Polskę do potulnego zwrócenia się do Rosji o kolejny kontrakt. Gdyby zaś budowa Baltic Pipe przebiegała bez zakłóceń, już w przyszłym roku moglibyśmy sprowadzać z Norwegii ok. 10 mld m sześc. gazu i sprzedawać go naszym sąsiadom.

O tym, że nie ma znaku równości między tymi dwoma gazociągami, świadczy jeszcze inna rzecz. O ile Nord Stream 2 już nie tylko przez Polskę i kraje bałtyckie, ale również przez Komisję Europejską został uznany za projekt „niestanowiący przedmiotu wspólnego interesu europejskiego” (my nazywamy to mocniej: naruszający unijną solidarność energetyczną), o tyle Baltic Pipe ma pełne wsparcie Unii Europejskiej, która w 2019 roku, przez Agencję Wykonawczą ds. Innowacji i Sieci (INEA), przeznaczyła na rozbudowę polsko-norwersko-duńskiego gazociągu ponad 200 mln euro. To zaś w ramach instrumentu pod adekwatną do projektu nazwą: „Łącząc Europę”. Bo Baltic Pipe rzeczywiście ma potencjał połączyć Europę, podczas gdy Nord Stream 2 przyczynia się do wyraźnego podziału już wewnątrz samej Unii: nieuwzględnienie polskich obaw, a wręcz wyraźne ich ignorowanie przez Niemcy (i parę innych krajów unijnych) nie jest cegiełką pod budowę europejskiej jedności.

Unia wspiera, ale…

Postawa Komisji Europejskiej jest tutaj nie do końca stabilna. Wprawdzie KE uznała NS2 za projekt odbiegający od celów wspólnej polityki energetycznej Unii, lecz zarazem w specjalnym oświadczeniu napisała: „Niemniej jednak celem Komisji zawsze było zapewnienie, aby Nord Stream 2, jeśli zostanie zbudowany, działał w sposób przejrzysty i niedyskryminujący z odpowiednim nadzorem regulacyjnym, zgodnie z kluczowymi zasadami międzynarodowego i unijnego prawa energetycznego”. To było wyraźne zielone światło dla projektu, który sprawi, że Niemcy staną się praktycznie potentatem gazowym w Unii, bo sprowadzony z Rosji gaz będą dystrybuować do pozostałych krajów. Przeszkodą na tej drodze jest właśnie Baltic Pipe. Trzeba jednocześnie oddać Komisji, że w obecnej sytuacji obiecała pomóc w szybkim odblokowaniu zgody na dalszą rozbudowę polsko-norweskiego gazociągu. Niewykluczone zresztą, że i bez pomocy KE duńska agencja po ponownym rozpatrzeniu przywróci zgodę na kontynuację budowy duńskiego odcinka, ale w obecnej sytuacji każdy miesiąc przestoju w pracach grozi Polsce koniecznością negocjowania nowej umowy z rosyjskim Gazpromem przed 2022 rokiem. Jeśli już nie udało się nam przekonać większości krajów UE do tego, że budowa Nord Stream 2 to zagrożenie nie tylko dla naszego regionu, ale i całej Europy, jeśli nawet USA w ostatniej chwili zrezygnowały z sankcji wobec głównego wykonawcy tego projektu (niedawno wyszło na jaw, że Joe Biden w kampanii wyborczej otrzymał datek od lobbującego na rzecz NS2 biznesmena), to minimum sprawiedliwości będzie zielone światło na kontynuację budowy Baltic Pipe.

Zawracanie myszy kijem

Na oficjalnej stronie gazociągu (baltic-pipe.eu) można odnaleźć informacje o poszczególnych pięciu częściach projektu. Mamy zatem gazociąg na dnie Morza Północnego, łączący norweski i duński system przesyłowy gazu; następnie rozbudowywany jest właśnie duński, istniejący już system przesyłowy; trzeci etap to tłocznia gazu we wschodniej części Zelandii; najbardziej skomplikowany jest etap czwarty, czyli podmorski gazociąg łączący duński i polski system przesyłowy; wreszcie na końcu projektu znajduje się rozbudowa polskiego systemu przesyłowego. Na każdym z tych etapów prowadzone były konsultacje dotyczące ochrony środowiska. Również na odcinku duńskim. Przed rozpoczęciem budowy na terytorium Danii oraz na duńskich wodach terytorialnych Morza Bałtyckiego główni wykonawcy, czyli duński Energinet i polski GAZ-SYSTEM, uzyskały niezbędne pozwolenia administracyjne. W Danii pozwolenia środowiskowe są wydawane przez Agencję Ochrony Środowiska oraz Agencję Energetyki. Pierwsza jest organem właściwym do wydawania pozwoleń dotyczących części lądowej infrastruktury, druga natomiast to organ wydający pozwolenia dotyczące budowy części podmorskiej. Wykonawcy projektu informują m.in., że „decyzje dotyczące poszczególnych etapów zostały wydawane na podstawie Oceny Oddziaływania na Środowisko przeprowadzonej przez promotorów projektu (…). Pierwsze spotkania publiczne odbyły się na przełomie grudnia 2017 r. i stycznia 2018 r. Natomiast 15 lutego 2019 r. Duńska Agencja Ochrony Środowiska, Duńska Agencja ds. Energii oraz Duński Urząd ds. Przedsiębiorczości zainicjowały drugą fazę konsultacji publicznych w ramach oceny oddziaływania na środowisko instalacji budowanych przez Energinet i GAZ-SYSTEM na terenie Danii. Latem 2019 r. duński minister przedsiębiorczości i handlu Simon Kollerup opublikował ogólnokrajową dyrektywę planistyczną dla projektu Baltic Pipe. Stanowiła ona warunek wstępny do wydania przez Duńską Agencję Ochrony Środowiska, 12 lipca 2019 roku, pozwolenia środowiskowego dla prac budowlanych w lądowej części Danii. 25 października 2019 r. duński minister klimatu, energii i zaopatrzenia Dan Jørgensen podpisał pozwolenie na budowę” – czytamy w opublikowanej historii zezwoleń. Co się stało, że nagle Duńczycy cofnęli wydaną przez siebie zgodę? Dotychczasowe odpowiedzi strony duńskiej, że Agencja Ochrony Środowiska „musi przeprowadzić dodatkowe badania konieczne do oceny, czy inwestycja może zniszczyć lub uszkodzić tereny rozrodu lub odpoczynku wskazanych gatunków zwierząt, czyli niektórych gatunków myszy i nietoperzy występujących na obszarze lądowej części planowanego gazociągu”, nie brzmią przekonująco. Czy 2 lata temu myszy i nietoperze miały inne szlaki migracyjne? Tego nawet służby rosyjskie nie byłyby w stanie zmienić. Mogły za to mieć realny wpływ na zmianę decyzji duńskiej agencji. I jeśli to ich robota, oficerom należy się premia, bo powstanie Baltic Pipe na czas jest rzeczywiście zagrożone.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także