Nowy numer 30/2021 Archiwum

Nigdy nie odpoczywa

O nieinwazyjnym leczeniu serca i walce do końca opowiada prof. Jacek Białkowski.

Barbara Gruszka-Zych: Serce to narząd, który nigdy nie odpoczywa.

Prof. Jacek Białkowski: Bo zostało zaprogramowane na nieustanną pracę przez 120 lat. Kiedy u dzieci rozpoznaję jego wady, prognozuję, ile jeszcze może bić. Jeśli wszczepiamy do niego implant, który, jak się wydaje, szczelnie zamyka ubytki, trzeba nadal je kontrolować, bo nigdy nie będzie takie jak zdrowe.

Patrzy Pan Profesor na serce jak na siedlisko uczuć?

Nie, raczej jak na pompę, która musi jak najlepiej funkcjonować. Mam świadomość, że jedno dziecko na sto przychodzi na świat z wrodzoną wadą serca lub inną anomalią układu krążenia i trzeba mu pomóc.

Jak duże jest serce noworodka?

Ma wielkość jego piąstki.

I Pan potrafi zreperować taki mały organ?

Stale przeprowadzamy zabiegi na małych sercach. Jeżeli mówimy o postaci noworodkowej wady, to znaczy, że dziecko jest w stanie krytycznym i musimy się nim natychmiast zająć.

Najpierw przykłada Pan do piersi pacjenta stetoskop czy są nowoczesne metody diagnostyczne?

Uczę studentów na szóstym roku medycyny, jak ważne jest badanie fizykalne, czyli osłuchiwanie serca dzieci. U dorosłych cierpiących na chorobę wieńcową tych zmian się nie wysłucha. U dzieci szmery serca, opisywane obrazowo jako szczekanie psa czy miauczenie kota, są charakterystyczne dla różnych wad. Kiedy lekarz przyłoży słuchawkę do piersi pacjenta, rozpoznaje, co mu dolega.

Jakie zabiegi przeprowadza Pana zespół u noworodków?

Wykonujemy trzy grupy zabiegów ratujących życie. Pierwsze to udrożnianie zwężonej krytycznie zastawki aortalnej, przez którą krew nie może dopłynąć do aorty. Wtedy musimy otworzyć przewód tętniczy lekiem dożylnym, przejść prowadniczkiem przez zastawkę, zrobić jej plastykę balonową, czyli ją rozerwać, co poprawia krążenie. Drugi zabieg dotyczy krytycznego zwężenia zastawki płucnej. Sytuacja się pogarsza, gdy przewód tętniczy zamyka się po urodzeniu. Dopiero po podaniu prostaglandyny E1 otwiera się – wtedy przeprowadzamy zabieg balonowej walwuloplastyki. Przypomnę, że dziecku w życiu płodowym tlen jest dostarczany przez łożysko, które równocześnie produkuje prostaglandynę E1. Żeby maleństwo mogło rosnąć, jego układ krążenia ma połączenie między aortą a tętnicą płucną i krew płynie od razu do aorty, omijając płuca. Istnieją wady zależne od tego połączenia, czyli tzw. przewodozależne. W takich przypadkach zaraz po urodzeniu podajemy dziecku produkowaną farmakologicznie prostaglandynę E1. Trzeci stary, prosty zabieg, wymyślony w 1966 r. przez Rashkinda, dotyczy częstej wady tzw. przełożenia pni tętniczych. Rozrywamy wtedy przegrodę międzyprzedsionkową i krew chorego miesza się, poprawiając krążenie i utlenowanie.

Wszczepiacie też amplatzery, czyli parasolki, które otwierają się w sercu, powodując zamknięcie ubytków międzykomorowych i międzyprzedsionkowych. Sama taką mam, więc o tym przypominam.

Miałem szczęście, że w maju 1997 r. pojechałem na Hawaje, do Honolulu, na Światowy Zjazd Kardiologów Dziecięcych, gdzie tę technikę zaprezentował prof. Józef Masura z Bratysławy. Jego krewnym jest prof. Amplatz mieszkający w Stanach, który nie uzyskał tam zgody na robienie takich zabiegów, natomiast na Słowacji to się udało. Już we wrześniu tego roku uczyła się u niego prof. Małgorzata Szkutnik z naszego zespołu, a w październiku prof. Masura przeprowadził u nas dwa pierwsze takie zabiegi w Polsce. Od tego czasu wykonaliśmy ich ponad dwa tysiące. Drugim dużym osiągnięciem jest zakładanie stentów u dzieci i dorosłych w celu poszerzania zwężonych aort bądź tętnic płucnych.

Zajmujecie się też dorosłymi.

Jedna połowa naszych pacjentów to dzieci, druga to dorośli. Naszą zasługą jest zamykanie u dorosłych pozawałowych ubytków międzykomorowych. Uważam to za sukces, że w 2002 r. udało mi się przekonać dziekana prof. Połońskiego, żebyśmy zajmowali się także chorymi po osiemnastym roku życia.

Jako kardiolog nieinwazyjny przeprowadza Pan zabiegi nie na otwartym sercu, ale patrząc na ekrany monitorów.

W pracowni hemodynamiki cewnikujemy serce, obserwując je na aparacie do echa serca i na monitorach za pomocą promieni rentgenowskich. Do zeszłego roku byłem krajowym konsultantem do spraw kardiologii dziecięcej i zadałem sobie trud, żeby na podstawie statystyk określić, jak praca kardiologów nieinwazyjnych ma się do działań kardiochirurgów. Okazało się, że w ostatnich dziesięciu latach podwoiliśmy liczbę zabiegów. W 2018 r. liczba 2271 zabiegów interwencyjnych zrównała się niemal z liczbą 2293 kardiochirurgicznych. Świadczy to, że nie pozostajemy na uboczu.

Jakie predyspozycje musi mieć lekarz tej specjalności?

Oprócz dużej wiedzy operujący powinien umieć szybko podejmować właściwe decyzje, zawsze kierując się podstawowym przesłaniem – po pierwsze nie szkodzić. W Hiszpanii uczyłem się u słynnego prof. Charlesa Mullinsa. Kiedyś w Zabrzu wykonał on zabieg trwający osiem godzin, który nie przyniósł żadnego efektu. Zapamiętałem jego komentarz: „Ważne, że nic złego temu dziecku nie zrobiliśmy”. Co on mówi – myślałem wtedy – osiem godzin staliśmy spoceni ze zmęczenia w promieniach RTG, a on się cieszy, że nic nie zepsuliśmy. Dopiero po latach zrozumiałem tok jego myślenia.

A co złego może się zdarzyć?

Można przebić serce, spowodować wylanie się krwi poza nie, uszkodzić naczynie itd. Każdy zabieg przeprowadza dwóch lekarzy. Obserwujący nas praktykanci mówili, że nasze dogadywanie się przypomina rozmowy pilotów samolotu, którzy stale się kłócą, ale ostatecznie bezpiecznie lądują. Podejmujemy wspólną decyzję i, na szczęście, mamy bardzo mało powikłań.

Operujący musi mieć też zdolności manualne.

Trzeba mieć ten dar od Pana Boga. Coraz częściej jedynie asystuję przy zabiegach, robię miejsce młodym kolegom. Okulista profesor Wylęgała, który tak jak ja jeździł do Chin, nauczył się tam, że najważniejsze, żeby lekarz wychował sobie następców w drugim pokoleniu. Jestem szczęściarzem, bo nie tylko mam dobrego następcę – docenta Fiszera, ale też zdolnego jego następcę – doktora Gałeczkę.

A od kogo Pan uczył się kardiologii interwencyjnej?

Przez 15 lat zajmowałem się pediatrią. Po trzydziestce, w 1987 r., pojechałem na stypendium do Meksyku. Miałem być rok poza krajem, dostawać miesięcznie 50 dolarów. Koledzy nie chcieli skorzystać, a ja się zdecydowałem i wygrałem los. Szkoliłem się także w Madrycie. Moi przyjaciele z tamtego czasu pomagali mi w rozkręcaniu oddziału, kiedy w latach 90. XX wieku zaczęliśmy odważnie rozwijać kardiologię interwencyjną w Zabrzu. Na ścianach korytarza wiszą zdjęcia moich mistrzów – miałem szczęście do dobrych ludzi. Są wśród nich mój mentor z Hiszpanii dr Ramon Bermudez-Cañete, jego przyjaciel dr Luigi Ballerini – szef oddziału kardiologii dziecięcej szpitala papieskiego w Rzymie, i zwany mistrzem mistrzów prof. Chuck Mullins z Houston. Oprócz medyków wisi tam zdjęcie Plácida Dominga, który odwiedził nasz oddział i ofiarował pieniądze z zastrzeżeniem jednak, żeby kupić za nie coś dla dzieci, nie sprzęt. Uczyliśmy się więc od kolegów z Hiszpanii i Włoch, a potem robiliśmy więcej zabiegów niż oni.

Dziś wielu przyjeżdża na nauki do Pana.

Przed pandemią praktykowało u nas bardzo wielu Latynosów z Meksyku, Gwatemali, Kolumbii, Boliwii, Argentyny. Szkolili się u nas także lekarze z Ukrainy, Białorusi, Chin, Bułgarii, Włoch, a nawet z Rwandy. Jestem bardzo dumny z ich osiągnięć.

Przyczynił się Pan do powstania pierwszej pracowni hemodynamiki w Rwandzie.

U nas pacjentom wszczepia się implanty, które kosztują 35 tys. zł, a w Rwandzie, liczącej 15 mln mieszkańców, nie mają ani jednej pracowni hemodynamiki. Zacząłem ich inspirować, pisać o tym artykuły do międzynarodowych pism medycznych i rwandyjskiego Ministerstwa Zdrowia i tak się zorganizowali, że od zeszłego roku już mają pracownię. Jeździłem tam, żeby się modlić w sanktuarium Matki Bożej w Kibeho w intencji ciężko chorej na raka profesor Szkutnik. Jej wyzdrowienie uważam za prawdziwy cud.

Modli się Pan w pracy?

Zawsze noszę ze sobą różaniec. Kiedy jestem w pracowni hemodynamiki jako konsultant, wyjmuję go z kieszeni i po cichutku odmawiam. Kiedy robiliśmy najtrudniejsze zabiegi pozawałowe i miałem świadomość, że pacjent może umrzeć na stole, rano szedłem na Mszę św. pomodlić się za niego. Pomagało.

Ale niektórym nie udaje się ­pomóc.

Nie potrafię się przyzwyczaić do nieuchronności śmierci. Bo kiedy dziecko przychodzi na świat z sercem jednokomorowym, wiem, że wcześniej czy później musi odejść. To nie jest jeden taki pacjent, ale dziesięciu, dwadziestu na rok. Ważne, aby takiemu choremu wskazać światełko w tunelu i w odpowiednim czasie zaproponować np. przeszczep serca. Przez tyle lat nie oswoiłem się z cierpieniem pacjentów.

A jednak radzi Pan sobie.

Staram się odrzucić emocje. Kiedy moi koledzy się rozklejają, zachowuję spokój. Są tacy, którzy płaczą z rodzicami chorych dzieci. Uważam, że to nie jest dobre. Lekarz musi być ostoją i dawać nadzieję. Dlatego staram się do końca walczyć o każde życie. •

Prof. Jacek Białkowski

kierownik Kliniki Wrodzonych Wad Serca i Kardiologii Dziecięcej SUM w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Nauczyciel akademicki, pasjonat nowoczesnych technik przezcewnikowego, nieoperacyjnego leczenia wrodzonych wad serca.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także