Nowy numer 19/2021 Archiwum

Dobry ojciec i mąż

Pozyskane przez Instytut Pileckiego prywatne dokumenty por. Eilerta Diekena, mordercy rodziny Ulmów oraz wielu innych Polaków i Żydów, nakazują postawienie Niemcom pytania, jak rozliczyli się ze zbrodniami III Rzeszy.

Zbiór Diekena udało się nabyć na własność w ramach szeroko zakrojonego programu archiwalnego, prowadzonego przez oddział Instytutu Pileckiego w Berlinie. Obejmuje on zarówno kwerendy i masową digitalizację zbiorów niemieckich archiwów państwowych oraz krajowych, jak i monitoring rynku obrotu archiwaliami prywatnymi. Zbiór trafił niedawno do Polski, aby służyć badaniom historycznym i działalności edukacyjnej. Ważne jest, aby po opracowaniu został zaprezentowany w Niemczech. Wówczas bliscy i znajomi Diekena będą mogli spojrzeć na jego biografię z innej perspektywy. Być może skorygują opinię o nim jako solidnym policjancie, troskliwym mężu i ojcu. Nie będą już mogli zasłaniać się niewiedzą.

Zabić wszystkich

24 marca 1944 r. pod dom Józefa i Wiktorii Ulmów, położony na skraju Markowej, podjechało komando składające się z czterech niemieckich żandarmów oraz czterech polskich granatowych policjantów. Dowodził nimi por. Eilert Dieken. Celem pacyfikacji było zabicie ukrywających się u Ulmów dwóch żydowskich rodzin Szallów i Goldmanów. Najpierw zastrzelono Żydów, później Ulmów. Na końcu wszystkie ich dzieci. Wiktoria była w ostatnim miesiącu ciąży. Później okazało się, że podczas egzekucji zaczęła rodzić swe siódme dziecko.

Ulmowie byli gorliwymi katolikami. W znalezionym w ich domu Piśmie Świętym jest podkreślony fragment przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie i być może to jest odpowiedź na pytanie o motywy, dla których ukrywali Żydów. Trwa ich proces beatyfikacyjny.

Nie są znane losy dwóch niemieckich żandarmów, uczestników zbrodni: Michaela Dziewulskiego i Ericha Wilde. Ukarany został jedynie Joseph Kokkot, Niemiec sudecki. Na rozkaz Diekena zastrzelił dzieci Ulmów. Po wojnie wrócił do Czechosłowacji. Został przypadkowo rozpoznany w 1957 r., a rok później przekazany polskim sądom. Otrzymał karę śmierci, ale Rada Państwa zastosowała wobec niego prawo łaski, zamieniając wyrok na długoletnie więzienie. Zmarł w więzieniu w Raciborzu w 1980 r. Mniej szczęścia miał Włodzimierz Leś, posterunkowy granatowej policji z Łańcuta. Według ustaleń podziemia nie tylko był członkiem komanda śmierci w Markowej, ale także zadenuncjował Ulmów. Wydano na niego wyrok śmierci, który został wykonany.

Dzisiaj, dzięki aktywności badaczy i dziennikarzy, a także pozyskanym dokumentom, wiemy, jak potoczyły się powojenne losy Diekena.

List z Łańcuta

– Zaczęło się od zbierania materiałów do Muzeum Rodziny Ulmów w Markowej – wspomina dr Mateusz Szpytma, jego współtwórca, obecnie wiceprezes IPN. – Wyszedłem z założenia, że trzeba spróbować zdobywać informacje wszędzie, gdzie jest to możliwe. Rozesłałem wiec do różnych instytucji w Niemczech listy z prośbą o informację o zbrodniarzach odpowiedzialnych za śmierć rodziny Ulmów i przechowywanych przez nich Żydów. Jeden z nich wysłałem do archiwum miasta Esens, gdyż wiedziałem, że Dieken mieszkał tam po wojnie. Jego śladów szukałem od 2003 r., aż wreszcie znalazłem w internecie informację, że w latach 50. ubiegłego wieku brał udział w przetargu na remont posterunku w Esens. Wtedy dowiedziałem się o nim dwóch podstawowych rzeczy: że po wojnie mieszkał w Esens oraz pracował tam w policji.

List do archiwum w Esens z prośbą o informację o Diekenie wystosowało 8 sierpnia 2011 r. Muzeum w Łańcucie, dodając, że materiał będzie wykorzystany przy tworzeniu muzeum rodziny Ulmów. Wspomniano w nim, że Dieken w czasie wojny służył w Łańcucie, ale nie było żadnej wzmianki o jego zbrodniach. Muzeum było inwestorem zastępczym Muzeum Ulmów w imieniu marszałka województwa podkarpackiego, dlatego prowadziło korespondencję przygotowaną przez dr. Szpytmę. List skierowany do archiwum w Esens został następnie przekazany na posterunek policji, gdzie po wojnie służył Dieken. Stamtąd w 2011 r. przyszła szybko odpowiedź z kilkoma zdjęciami Diekena z okresu jego powojennej służby. – Myślałem, że to jest wszystko, czego dowiemy się o powojennych losach zbrodniarza – mówi dr Szpytma. – Jednak nieoczekiwanie po półtora roku na adres Muzeum przyszedł list Grety Wilbers, która przysłała zdjęcie ojca w mundurze żandarmerii z czasów II wojny. Było to pierwsze znane zdjęcie Diekena z okresu, kiedy służył w okupowanej Polsce. Niezwykła była także treść listu adresowanego do „Wielce szanownej rodziny Ulmów”. Skąd ten dziwny adresat? Otóż list z Muzeum w Łańcucie, od którego wszystko się zaczęło, podpisała w zastępstwie dyrektora Grażyna Ulma – wyjaśnia dr Szpytma.

Córka Diekena zapewne myślała, że informacji o jej ojcu poszukuje rodzina Ulmów, pragnąca zebrać kolekcję do tworzonego rodzinnego muzeum. Dlatego napisała w nim m.in.: „Drogą okrężną otrzymałam państwa pismo. Wiele stacji przeszło, zanim znalazło się u mnie. Jestem córką Eilerta Diekena, który zmarł w 1969 r. (data była błędna, Dieken zmarł w 1960 r. – przyp. A.G.). Wiadomym mi jest, że pełnił służbę w Łańcucie. Ku mojej radości wiem, że w wyniku jego działalności wyświadczył ludziom wiele dobra. Zresztą niczego innego bym się po nim nie spodziewała. Tym bardziej cieszy mnie Państwa inicjatywa upamiętnienia, która będzie dostępna w Państwa muzeum. Dokumentów, o które państwo pytają, nie posiadam. Jedno jego zdjęcie mogę jednak Państwu przesłać. Gdy ukończą Państwo swoje przedsięwzięcie, będę czekać na wiadomość. Odwiedzenie Państwa muzeum na Zamku będzie mi bliskie. Z tą myślą pozdrawiam serdecznie i z radością czekam na wiadomość” (Tłumaczenie Muzeum-Zamek w Łańcucie). List z 18 lutego 2013 r. był adresowany na Muzeum-Zamek w Łańcucie, z dopiskiem „do rąk rodziny Ulmów w Markowej”.

Spotkanie w Esens

Na początku czerwca 2013 r. dr Szpytma pojechał, aby spotkać się z córką Diekena. Przyjęła go w swoim pokoju w domu spokojnej starości w Esens. Była uprzejma i miła. Rozmowa odbywała się za pośrednictwem tłumacza. – Przyjąłem taką taktykę, aby na początku pytać o Diekena – opowiada dr Szpytma. – Córka opowiadała szczegółowo, jakie ojciec skończył szkoły, jak wyglądała jego służba. Gdy pytałem ją o wojnę, mówiła, że nic nie wie na ten temat. Ponoć zasłaniał się tajemnicą i wykręcał się od odpowiedzi. Twierdził, że w Łańcucie był zaprzyjaźniony ze sprzedawcą warzyw na rynku. – Zapytałem ją, czy chce wiedzieć, jaka jest nasza wiedza na jego temat – opowiada dalej dr Szpytma. Nie była tym zainteresowana. – Nie chciałem jej na siłę konfrontować z przeszłością ojca, zwłaszcza że była w podeszłym wieku. W końcu ona niczemu nie była winna. Dzieci nie są odpowiedzialne za zbrodnie rodziców. Powiedziałem jej jednak, że jestem historykiem, badającym m.in. okoliczności służby Diekena w Łańcucie i mam zupełnie inny jego obraz. Na pożegnanie zostawiłem w zaklejonej kopercie szereg różnych dokumentów na temat zbrodni na Ulmach oraz innych, które Dieken popełnił, służąc w okupowanej Polsce. Zostawiłem też wizytówkę i poprosiłem o kontakt, gdy przeczyta te materiały i będzie miała jakieś pytania. Dopiliśmy herbatę i pożegnaliśmy się. Koperta została na biurku. Później już się do nas nie odezwała, ani nikt z jej rodziny. Wiem, że w 2016 r. jeszcze żyła – mówi dr Szpytma.

Do tej opowieści można dodać, że z publikacji na portalu Interia w grudniu 2019 r. wynika, że druga córka Diekena Hannelore wiedziała o zbrodniach ojca, a więc prawdopodobnie obie zapoznały się z zawartością koperty, którą zostawił im dr Szpytma.

Zbrodnia bez kary

Pozyskane przez Instytut Pileckiego zdjęcia i dokumenty są świadectwem nieprzerwanej służby państwowej Eilerta Diekena. Szereg fotografii dokumentuje jego karierę w policji niemieckiej, która rozpoczęła się w latach 20. i była kontynuowana w III Rzeszy, a później w RFN. Na jednym ze zdjęć Dieken pozuje wraz z kolegami zgromadzonymi wokół symbolu swastyki i portretu Adolfa Hitlera, wykonując gest nazistowskiego pozdrowienia. Wśród poświadczeń awansów i przydziałów służbowych znajdują się dokumenty z czasu okupacji niemieckiej w Polsce, kiedy Dieken służył w powiecie nowosądeckim Generalnego Gubernatorstwa, m.in. jako komendant posterunku żandarmerii w Łańcucie. Ostatni z awansów, na stopień porucznika, miał miejsce we wrześniu 1944 roku, już po zbrodni w Markowej. Z okresu okupacji pochodzą także zestawienia zarobków z lat 1940–1941, kieszonkowy kalendarz na rok 1943 z odręcznymi zapiskami Diekena oraz jego portret z 1942 roku, naszkicowany ołówkiem przez osobę o polskim nazwisku.

Po wojnie Dieken wrócił w rodzinne strony i kontynuował służbę w policji. Zmarł we wrześniu 1960 roku. Pozyskany przez Instytut Pileckiego zbiór zawiera m.in. dokumenty z jego postępowań denazyfikacyjnych z lat 1946 i 1949, które zakończyły się konkluzją, że może służyć w policji. Formalnie nie był nazistą, gdyż nie należał do NSDAP. W 1933 r. otrzymał dożywotni status urzędnika państwowego, który w 1950 r. mu potwierdzono.

Ta dokumentacja potwierdza, że po wojnie ani w NRD, ani w RFN nie było rozrachunków ze zbrodniami III Rzeszy. Kultura zapomnienia i odwracania głowy dominowała w zachowaniach kolejnych pokoleń Niemców. Ta dokumentacja umożliwia skonfrontowanie współczesnych Niemców z pytaniem, dlaczego ich rodzice nie chcieli wiedzieć, co tacy jak Dieken i wielu innych „zwykłych Niemców” robiło w okupowanej Polsce. I to pytanie powinni sobie zadać z myślą nie o nas, ale o sobie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama