Nowy numer 19/2021 Archiwum

Walka po walce

W Głuchołazach od ponad 200 lat z powodu czystego powietrza leczyło się gruźlicę. Teraz cała Polska wie, że od kilku miesięcy do sił wracają tam ozdrowieńcy po zakażeniu koronawirusem.

W Szpitalu Specjalistycznym MSWiA od 1 września 2020 roku trwa pilotażowy projekt rehabilitacji tych, którzy przeszli COVID-19. Do tej pory przez wyjątkowy nie tylko w skali kraju, ale i świata program przeszło ponad 700 osób. Potrwa on do sierpnia 2022 r. i już wszystkie miejsca są zajęte. Jednocześnie ze skutkami koronawirusa walczy w placówce 120 pacjentów.

Wymagana ciągła aktualizacja

Kiedy prof. Jan Szczegielniak zaproponował uruchomienie pionierskiego programu rehabilitacji, w Polsce zdawano sobie sprawę (korzystając np. z informacji tłumaczonych z języka chińskiego), że pacjenci po przejściu zakażenia nie są całkowicie zdrowi. Profesor miał wcześniej doświadczenie rehabilitacji osób z problemami pulmonologicznymi i kardiologicznymi. Dysponując wiedzą o pierwszych dolegliwościach po koronawirusie, wraz ze swoim zespołem postanowił wdrożyć rehabilitację dla „pocovidowców”. – Po uruchomieniu całej inicjatywy nagle się okazało, że schorzenia pulmonologiczne i kardiologiczne to tylko część dolegliwości, których doświadczają ludzie. Na podstawie dotychczasowego leczenia zebraliśmy już ponad 50 skutków ubocznych wymagających rehabilitacji – mówi „Gościowi” Mariusz Grochowski, dyrektor szpitala MSWiA w Głuchołazach. Nieleczone powikłania mogą doprowadzić nawet do śmierci lub kalectwa.

Pacjenci na początku poddawani są szerokim badaniom (np. spirometrii) i gruntownej diagnostyce. Później kieruje się ich do odpowiedniego modułu rehabilitacji, która trwa do 21 dni. Po tym okresie zostają dokładnie przebadani, aby zebrać potrzebne informacje i zobaczyć efekty. – Z naszych obserwacji wynika, że ponad 90 procent z nich odczuwa znaczną poprawę stanu zdrowia. Widzimy skuteczność i staramy się doskonalić program, ponieważ kolejne mutacje wirusa generują różne skutki. Musimy być przygotowani na ciągłe nowości – stwierdza M. Grochowski.

Co niezwykle istotne, zdecydowana większość rehabilitowanych zmaga się (dodatkowo) z problemami psychicznymi i psychologicznymi, ponieważ nagle zmieniła się ich sytuacja życiowa. Prowadzili np. bardzo aktywny tryb życia, a nagle trafili na oddział szpitalny, w odosobnieniu, gdzie umierali ludzie. Oni sami także walczyli o każdy oddech. Gdy udało im się z tego wyjść, trafili na wymagającą rehabilitację, gdzie także panuje ograniczony kontakt z otoczeniem. Stracili kontrolę nad swoim życiem, przeżywają szok, nie mogą się z tym pogodzić.

– Skutki koronawirusa w organizmie nie kończą się po przejściu choroby. Prawie 30 procent ludzi po zakażeniu doświadcza ciężkich objawów do 4 tygodni po przejściu choroby i musi korzystać z respiratora lub tlenu. 10 procent ludzi cierpi na różnego rodzaju schorzenia od 4 do 12 tygodni. Około 3 procent osób przechodzi przewlekły okres pocovidowy powyżej 12 tygodni – wymienia dyrektor placówki w Głuchołazach.

Nie tylko duszności

O jakich powikłaniach mówimy? Lista jest długa i nie zawsze w przypadku jednego ozdrowieńca występuje jedno schorzenie. Często to grupy różnego rodzaju dolegliwości, np. zmiany śródmiąższowe, które powodują, że część płuc nie pracuje. Dalej: zaburzenia rytmu serca, zaburzenia kurczliwości serca, różnego rodzaju problemy psychiczne i psychologiczne, dolegliwości neurologiczne, demencja, wypadanie włosów, wypadanie zębów, otępienie. – My tutaj nie realizujemy pobytów sanatoryjnych, jak może niektórzy to postrzegają. Podejmujemy konkretne leczenie bardzo różnych grup ludzi. Rehabilitacja pocovidowa wciąż nie jest właściwie rozumiana – oświadcza prof. Jan Szczegielniak, konsultant krajowy ds. fizjoterapii. – Mamy do czynienia z pacjentami w różnym wieku, z różnymi objawami, o różnych nasileniach i różnym przejściu koronawirusa. To wszystko się przenika i tworzy mieszankę indywidualnych przypadków, dlatego powinniśmy wdrażać rehabilitację o różnorodnych zakresach: domowym, szpitalnym czy ambulatoryjnym.

Szpital MSWiA w Głuchołazach obejmuje wszystkie te obszary i robi to jako jedyny na świecie. Kwalifikacja pacjenta, diagnostyka, konsultacja lekarska, opieka medyczna… – U nas wysiłek fizyczny jest traktowany jako lek – ani za dużo, ani za mało. Pamiętajmy, że samo przejście COVID-19 (łagodniejsze czy ostrzejsze) nie determinuje też powikłań. Pojawiają się wielorakie warianty, dlatego realizujemy kompleksową opiekę – wyjaśnia prof. Szczegielniak. Do Głuchołaz trafiają ludzie z dyskomfortem oddechowym – dusznościami i niemożnością wykonywania wysiłku fizycznego, z problemami z długotrwałym ruchem ciała, z zaburzeniami mechanizmów oddychania czy problemami z równowagą i koordynacją o większym i mniejszym nasileniu (objawy neurologiczne). Autorski program jest na bieżąco sprawdzany i udoskonalany. Wprowadzane są nowe ćwiczenia, nowe urządzenia. Ozdrowieńcy po pobycie w Głuchołazach otrzymują również informację, co powinni robić, by doprowadzić się do stanu możliwie jak najbardziej zbliżonego do tego sprzed zakażenia.

Obserwuj siebie

Nie wszyscy, którzy przechorowali koronawirusa, powinni przejść rehabilitację, ale nie możemy z drugiej strony bagatelizować objawów. – Pamiętajmy jednocześnie, że mamy umożliwić dalsze działanie i funkcjonowanie służby zdrowia, a nie rzucać wszystkie siły na tę jedną konkretną rehabilitację pocovidową. Powinniśmy także wykonywać równolegle inne działania. Cały czas stoimy w Polsce przed wyzwaniem opracowania standardów postępowania dotyczących kwalifikacji pacjentów i zakresów rehabilitacji. Musimy znaleźć złoty środek między dostępnością takiej rehabilitacji a tym, żeby nie przeszkadzała innym dziedzinom medycyny – diagnozuje prof. Szczegielniak.

Jeżeli ktoś przeszedł koronawirusa i czuje się gorzej niż wcześniej, powinien się zgłosić do lekarza. Bardzo często nie kojarzymy bowiem wielu objawów z covidem. A zaburzenia stale się zmieniają. Przy mutacji wirusa wiemy już na przykład, że nie występują tylko problemy z węchem czy smakiem. Pojawiają się nowe symptomy choroby, jak i powikłań – np. ciągłe zmęczenie, trudności z zasypianiem. I lekceważymy je, a one powinny być zdiagnozowane, leczone lub poddane rehabilitacji. Mówimy zatem o wielu zakresach i o szerokiej interdyscyplinarności. Ośrodek w Głuchołazach akurat dysponuje potrzebnymi specjalistami, a jeśli trzeba, wzywani są też inni z zewnątrz.

Po kilku miesiącach funkcjonowania programu widać, że ma on sens. Ludzie wracają do normalnego trybu życia, wykonując bez problemów podstawowe czynności. Umożliwia im to również powrót do pracy. – Nie dysponujemy cudownym lekarstwem dla każdego. To tak nie działa. Część objawów się wycofuje, część się zmniejsza, ale wymaga dalszej rehabilitacji. Większość pacjentów mówi nam, że trzy tygodnie dają efekt, ale gdyby było sześć, byłoby idealnie… – uśmiecha się prof. Szczegielniak. Jednocześnie uważa, że w kraju nie powinniśmy tworzyć nowego modelu rehabilitacji pocovidowej. Nie trzeba powoływać zupełnie nowych ośrodków i struktur. Rehabilitacja ozdrowieńców może wpisać się w model, który już istnieje: rehabilitacji ambulatoryjnej, dziennej i szpitalnej.

Kilka tygodni temu na międzynarodowej konferencji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia okazało się, że szpital w Głuchołazach jest pierwszą placówką na świecie, która realizuje stacjonarną rehabilitację po COVID-19. – Międzynarodowe grono zgadza się bezsprzecznie, że trzeba to robić, choć, jak wiadomo, potrzebne są fundusze. My wdrażamy konkretne modele, jak pracować z pacjentami, jak optymalizować rehabilitację. Mamy już trochę doświadczenia i chętnie się podzielimy tą wiedzą. Na oddziale obserwujemy pełen przekrój społeczeństwa. Są to osoby w różnym wieku i przedstawiciele różnych zawodów. Warto podkreślić przy tym, że nigdy nie trafiali do nas tak młodzi ludzi jak teraz, czyli dwudziestoparolatkowie – mówi Mariusz Grochowski.

Ten czas stawia na nogi

Agnieszka Korfanty przejechała 500 kilometrów z Lublina do Głuchołaz. Jest instruktorem terapii zajęciowej. Pracuje z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. O wyjątkowej rehabilitacji dowiedziała się z mediów, skierował ją tutaj lekarz. We wrześniu jeszcze chodziła z werwą na fitness i zumbę. Kiedy pod koniec października zachorowała, wirus przykuł ją do łóżka na 1,5 miesiąca. Była bardzo osłabiona i miała nietypowe objawy, np. 34 stopnie. – Nie mogłam wstać i chodzić. Po prostu leżałam bez apetytu, ciągle było mi zimno. Gdy wyszłam pierwszy raz z domu, przez 100 metrów cztery razy się zatrzymywałam i miałam zadyszkę. Kręciło mi się w głowie. Znalazłam się w dołku fizycznym i psychicznym – wspomina 49-latka.

Do dziś ma również problemy z pamięcią i koncentracją. – Rozmawiam z kimś i tracę wątek, gubię się. Innym razem rozwiązuję krzyżówkę, trafiam na bardzo trudne słowo, z łatwością je znajduję w głowie, by sekundę później patrzeć na stół i nie umieć nazwać widelca widelcem. Miałam też omamy węchowe, ciągle czułam stare spalone pety z popielniczki. Przechodzę tzw. mgłę covidovą – opisuje lublinianka. Przyjechała do szpitala w Głuchołazach w bardzo kiepskiej formie. Problemy z płucami, z oddychaniem, stany depresyjne, strach przed wyjściem do ludzi. Po 3 tygodniach spędzonych na rehabilitacji zauważyła wielką poprawę, głównie w oddychaniu. Dostosowano jej ćwiczenia do stanu zdrowia. – Na początku ledwo człapałam po parku, ale pod koniec kręciłam się jak fryga. Kiedy wsiadłam pierwszy raz na rowerek, to ledwo dokręciłam do 17 km/h. Potem bez problemu jeździłam powyżej 25 km/h – opisuje pani Agnieszka. Dzisiaj cieszy się, że skorzystała z tego programu. Wiele ćwiczeń na koncentrację i równowagę jej pomogło. Lubiła muzykoterapię. Dziennie przechodziła przez 8 różnych procedur rehabilitacyjnych.

Aleksandra Tomaszewska z Bełchatowa zakaziła się na przełomie października i listopada. Przeżyła rozległe zapalenie płuc wraz z zatorem płucnym wysokiego ryzyka. Trafiła do szpitala aż na 23 dni i leżała 2 tygodnie pod respiratorem. Po wyjściu jeszcze przed 2 miesiące korzystała z koncentratora tlenu. Przyjechała do Głuchołaz z niewydolnością oddechową. – Miałam problemy z układem ruchowym. Podstawowe czynności życiowe, jak umycie zębów, dojście do toalety czy zjedzenie kanapki, sprawiały mi niesamowitą trudność. Nie dawałam rady rozwałkować ciasta na Boże Narodzenie! – opowiada 61-latka. W szpitalu w Głuchołazach postawiono ją na nogi. Wraca do sił. – Dużą rolę odegrał również empatyczny personel, który tworzy pozytywną aurę, a ta z kolei bardzo wspiera regenerację. O ośrodku dowiedziałam się przez media, a mój lekarz prowadzący po pierwszej wizycie od razu wypisał mi tutaj skierowanie. Poprawiłam nie tylko moją zdruzgotaną kondycję fizyczną, ale także psychiczną – puentuje pani Aleksandra.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama