Nowy numer 15/2021 Archiwum

Zima? Czas na żniwa!

Nowe trendy ekologiczne często wiążą się z powrotem do starych sprawdzonych rozwiązań. Na przykład coraz większą popularnością na naszym kontynencie cieszą się wykonane z trzciny dachy.

Trzcina lubi tereny podmokłe, czyli okolice jezior, rzek, stawów i łąk. Chociaż można ją znaleźć praktycznie w każdym zakątku Polski, w największych ilościach występuje na północy kraju. Ta rosnąca na Żuławach Wiślanych jest podobno najbardziej odpowiednia do krycia dachów. – Naszą trzcinę charakteryzuje wysoka zawartość krzemu. Dzięki temu jest trwalsza od roślin z innych miejsc – przekonuje Ryszard Zagalski, który od ponad 40 lat zajmuje się pozyskiwaniem i sprzedażą tego surowca.

Tysiące wiązek

Jagodno, mała wieś położona na obszarze Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej. Spod siedziby Gospodarstwa Rolnego Plantacyjno-Trzciniarskiego ruszamy w kierunku Nowakowa. Po pokonaniu kilku kilometrów docieramy do rozległego, liczącego 600 hektarów, terenu porośniętego trzciną. To tzw. Złota Wyspa, a tak naprawdę półwysep wcinający się w akwen Zalewu Wiślanego. Od 15 listopada do 15 marca trwają tutaj żniwa. – Ten obszar jest chroniony programem Natura 2000. Konserwator przyrody wyznacza konkretne miejsca, w których wolno nam pracować. Zgodnie z rozporządzeniem możemy skosić 40 proc. rosnącej tutaj trzciny – tłumaczy pan Ryszard.

Trzcina jest rośliną jednoroczną: wschodzi wiosną, dojrzewa latem, a usycha zimą. Właśnie wtedy trzeba ją skosić i przygotować do sprzedaży. W ubiegłych latach zbiory były bardzo skromne. Zalew nie zamarzł nawet na jeden dzień, a to praktycznie uniemożliwiało wyjazd kombajnu. – Zastanawialiśmy się już nawet nad zamknięciem firmy. Na szczęście w tym roku temperatura jest znacznie niższa. Myślę, że pozyskamy ok. 50 tys. wiązek. Daleko nam jednak do wyników sprzed kilkunastu lat. Pamiętam, że kiedyś udało nam się zebrać 500 tys. wiązek. Byliśmy jednym z największych producentów trzciny w Europie – opowiada właściciel przedsiębiorstwa.

Przeszkodą w prowadzeniu działalności jest nie tylko ocieplenie klimatu, ale także konkurencja z Azji. Pan Ryszard tłumaczy, że ponad 10 lat temu europejskie rynki zostały zalane przez tanią trzcinę z Chin. Na szczęście wielu klientów nadal ceni sobie wysoką jakość polskiego produktu. – Nie mamy problemów ze sprzedażą. Nasi odbiorcy wolą zapłacić 30 eurocentów więcej za wiązkę dobrej, sprawdzonej trzciny – mówi nasz rozmówca.

Praca wre

Pokryta śniegiem ziemia kontrastuje z ciemnozłotymi sztywnymi łodygami trzciny. Trochę kropi, ale to nie przeszkadza w rozpoczęciu koszenia. Wsiadamy do wyprodukowanego w Danii kombajnu. Ta niepozorna na pierwszy rzut oka maszyna została złożona z najlepszej jakości podzespołów: opon Pirelli, silnika Lamborghini, skrzyni biegów Volkswagena oraz instalacji elektrycznej Boscha. Kieruje pan Radosław, a panowie Sylwek i Bartek zajmują się odbiorem skoszonej trzciny i układaniem jej na naczepie. – Największą przeszkodą w zbiorach jest poziom wody. Na Zalewie Wiślanym przypływy są bardzo wysokie, w takich warunkach nie możemy kosić. Problemem są także duże opady deszczu, ale zwykle wystarczy kilka godzin, aby trzcina była znowu sucha. Silny wiatr działa na naszą korzyść – mówi pan Ryszard.

Z kombajnu surowiec trafia na ciężarówkę, która przewozi go do zakładu w Jagodnie. W hali produkcyjnej panie Halina i Barbara sortują trzcinę i układają w wiązki o obwodzie 60 cm oraz długości ok. 170 cm, a panowie Arkadiusz i Łukasz pakują je w baloty. W każdej paczce znajduje się 50 wiązek. Tak przygotowany materiał trafia do klienta. – Od zarania dziejów wszystkie prace przy trzcinie wykonywano ręcznie. W dużej mierze tak pozostało do dzisiaj. Wyjątek stanowią kombajn oraz elektryczny miernik, za pomocą którego sprawdzamy, czy produkt nie jest zbyt mokry. Wilgotność nie może przekroczyć 18 proc. Jeśli produkt nie spełnia tej normy, wystawiamy go na zewnątrz i czekamy, aż wyschnie – tłumaczy pan Ryszard.

Sto lat

Za jedną wiązkę trzeba zapłacić ok. 8 zł netto. Wśród klientów przeważają Niemcy, Holendrzy, Duńczycy i Szwedzi. Zainteresowanie tym materiałem coraz częściej przejawiają także Polacy. To stosunkowo nowe zjawisko. – Na Zachodzie trzcinowe dachy były kładzione od zawsze i nigdy z nich nie zrezygnowano. W Niemczech jeszcze do niedawna były nawet dotowane przez państwo. Osobom rządzącym naszym krajem w latach 50. ubiegłego wieku zupełnie niesłusznie kojarzyły się natomiast z biedą i zacofaniem. Wówczas zakazano kładzenia takich pokryć, a trzcinę zastąpiono eternitem. Ten szkodliwy dla zdrowia materiał jest do dzisiaj ogromnym problemem – mówi pan Ryszard.

Za sprawą wzrostu świadomości ekologicznej społeczeństwa dachy wykonane z trzciny przeżywają swoisty renesans. To rozwiązanie jest stosowane nie tylko w budownictwie regionalnym (zajazdy, hotele, karczmy itp.), ale także w mieszkalnym. Jego atutem jest łatwość utylizacji zużytego materiału oraz jego właściwości termoizolacyjne: trzcina w 98 proc. zabezpiecza dom przed utratą ciepła. Koszty położenia takiego dachu są porównywalne z tymi, które trzeba ponieść, decydując się na pokrycie wykonane z dachówki ceramicznej. Czy ten materiał jest jednak równie trwały? – Trzcina może nam posłużyć od 50 do 70 lat. Na Mazurach są dachy, które mają nawet i sto lat. Faktem jest jednak, że ten materiał wymaga okresowej konserwacji. Po około dwóch latach trzcinę trzeba doklepać, a później od czasu do czasu poprosić dekarza, aby sprawdził, czy wszystko jest w porządku – tłumaczy nasz rozmówca.

Przeszkodą przepisy

Obecnie w naszym kraju pracuje ok. 100 dekarzy trzcinowych. To stosunkowo niewielu specjalistów, ale i tak dużo w porównaniu ze stanem z przełomu lat 70. i 80. Wówczas odeszli ostatni polscy mistrzowie tego fachu, a osoby zainteresowane wykonaniem dachu pokrytego trzciną nie miały komu powierzyć tego zadania. Dopiero w latach 90. Polacy zaczęli wyjeżdżać na Zachód, ab na nowo uczyć się zawodu. – Sprzedając trzcinę do Holandii, nawiązaliśmy kontakty ze świetnymi dekarzami, którzy chętnie podzielili się z nami swoją wiedzą. Dzięki temu dzisiaj kilku naszych pracowników specjalizuje się w kładzeniu takich dachów – mówi pan Ryszard.

Wiązki trzciny przytwierdza się za pomocą wkrętów i drutu do drewnianych łat ułożonych na krokwiach. Dach powinien być możliwie jak najbardziej stromy. To gwarantuje, że nie będą na nim zalegały woda i śnieg. A co z zagrożeniem pożarem? Zdaniem naszego rozmówcy, przy dobrym wykonaniu pracy przez dekarza ryzyko zaprószenia ognia nie jest większe niż w przypadku pokrycia wykonanego z innego materiału. Pan Ryszard przyznaje jednak, że pewną przeszkodą w wyborze takiego rozwiązania są przepisy. Budynek z łatwopalnym pokryciem dachowym (trzciną lub strzechą) musi znajdować się w odległości co najmniej 20 metrów od innych domów. – Kiedyś przepisy były jeszcze bardziej rygorystyczne, z ich powodu sam nie mogłem sobie pozwolić na taki dach. Wielu moich przyjaciół zdecydowało się jednak na to rozwiązanie i są bardzo zadowoleni. Byłoby pięknie, gdyby takie dachy znowu stały się widocznym elementem krajobrazu polskiej wsi – podsumowuje nasz rozmówca.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w Akademickim Radiu UL Uniwersytetu Łódzkiego. Współpracował z kwartalnikiem „Fronda Lux”, „Teologią Polityczną Co Miesiąc”, portalami plasterlodzki.pl i bosko.pl. Publikował także w miesięczniku „Koncept”. Interesuje się muzyką i szeroko pojętą kulturą. Jego Obszar specjalizacji to kultura, sprawy społeczno-polityczne, tematyka światopoglądowa, media.

Kontakt:
maciej.kalbarczyk@gosc.pl
Więcej artykułów Macieja Kalbarczyka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także